Image

Warning: Trying to access array offset on value of type bool in /home/goorekst/domains/mikemary.pl/public_html/wp-content/themes/edition/author.php on line 17

Posts By Michał Górecki

Latest Posts | By Michał Górecki

Day 0 – Here we go again

Warszawa pożegnała nas jesienna pluchą – w sumie to nawet dobrze, podczas wyjazdu na urlop kontrast jest pożądany, jest dobrym motywem tłumaczenia sobie poniesionych wydatków. Dotaraliśmy na lotnisko przed czasem, bez przygód – słowem nuda. Pozytywnym aspektem odprawy był fakt, iż Itaka wreszcie wpadła na racjonalizatorski pomysł, aby nie stać w kolejce dwa razy. Do tej pory najpierw stało się w kolejce do punktu Itaki na lotnisku, potem w drugiej do odprawy bagażowej. Teraz udało się połączyć to w całość.

Samolot odleciał o 20.55. To trochę późno – dzieciaki usnęły zaraz po starcie. Dało nam to trochę spokoju, jednak prawdziwe wyzwanie miało się dopiero zacząć – ogarnięcie się po przylocie po północy. Udało się to jednak całkiem sprawnie, chyba zaczynamy dochodzić do wprawy. Bagaże, spotkanie z rezydentką na lotnisku, truptamy do autokaru, jedziemy w stronę hotelu. Czujemy się jak stare wygi – w końcu w tym roku mija 5 lat od naszej pierwszej eskapady z Itaką. Read More

Kierunek Grecja!

Witaj zakurzony pamiętniczku. Przypominam sobie o tobie dość rzadko – mam coraz mniej czasu, a i blogów mi się namnożyło. W pracy jest co robić, koszulkowo.com się rozkręca, Z dwójką dzieci też czasu więcej jakoś nie ma. A i lato rozleniwia mnie jakoś zawsze. Tak czy inaczej przypominam sobie o tobie wtedy kiedy zawsze – przed urlopem!

Potrzebujemy go bardzo. Bardzo. BARDZO. To znaczy każdy go zawsze potrzebuje, ale tym razem jest to potrzeba silniejsza niż poprzednie. Urlopu zimowego znów jakoś nie było, po drodze wydarzyły się jakieś dwa tygodniowe. Lila przestała być cichutką dziewczyneczką i czasami potrafi dać porządnie w kość. Czas się oderwać. Read More

Życie bez smaku
10 lat ago

Życie bez smaku

Natura troszkę sobie ze mnie zadrwiła. Z jednej strony wyposażyła mnie w bardzo dobry węch i smak. Jestem jednocześnie osobą która odbiera życie zmysłami (Feeling a nie Thinking w typologii Briggs-Myers), więc właściwie zmysły są dla mnie wszystkim. Kiedy jestem zdrowy potrafię delektować się jedzeniem przez cały dzień, lub wyczuwać zapachy odległe ode mnie o setki metrów, zupełnie jak główny bohater “Pachnidła”. Sęk w tym, że przez większość czasu zdrowy nie jestem.

Lekarze głowili się nad moimi infekcjami od dawna i głowią się dalej, wymieniać wszystkiego tu rzecz jasna nie będe, bo to nie forum lekarskie. Grunt, że moja krzywa przegroda, przewlekłe infekcje i nadużywanie kropli do nosa spowodowały, że właściwie doszedłem do momentu w którym nie czuję zapachów, a smak czuję  bardzo słabo. Read More

Ku czterdziestce
10 lat ago

Ku czterdziestce

Tak, to już ten moment. Jakby straszliwie to nie brzmiało – za chwilę kończę pierwszą połowę dekady 30’s. Od jutra będę raczej zbliżał się do czterdziestki niż oddalał od trzydziestki. I choć od czasu 39,5 i kojarzenia się tego wieku z bardziej z Karolakiem niż z inżynierem Karwowskim ten wiek aż tak bardzo nie przeraża, to jednak skłania to do pewnych przemyśleń. Szczególnie w dobie inwazji gimbusów którzy zostali chyba nauczeni, że ludzie umierają w wieku 40 lat…

Siedzę na kanapie, we własnym domu i zastanawiam się gdzie jestem. W życiu. Myślę o zeszłych pięciu latach i prawdę mówiąc gdyby każde 5 lat mojego życia obfitowało w tyle wydarzeń co te to byłbym na prawdę szczęśliwym człowiekiem. Mógłbym powiedzieć, że minęło jak z bicza strzelił, ale… hell no! Read More

Miejsca Magiczne: Dadaj
10 lat ago

Miejsca Magiczne: Dadaj

Jeśli miałbym ułożyć listę miejsc magicznych do których chciałbym wrócić, nie byłyby to na pewno żadne odległe miejsca położone w zakątkach świata do których dotarłem mając pieniądze, możliwości i sposobności. Byłyby to miejsca z dzieciństwa – z czasu kiedy wszystko było na swój sposób magiczne, choć zupełnie się tego nie doceniało.

Jednym z podstawowych miejsc mojego dzieciństwa był ośrodek wypoczynkowy „Dadaj” położony w sercu Warmii. Mazury były dla mnie prawdę mówiąc czymś zupełnie nieznanym aż do czasu kiedy w wieku dwudziestu kilku lat poprowadziłem tam obóz żeglarski, za to praktycznie wszystkie wakacje aż do początków nastoletnich wyjazdów na obozy harcerskie spędziłem właśnie tutaj – na Warmii. Warmia – dla nieczytających Pana Samochodzika 😛 – to obszar rdzennie polski i mimo wszystko bardziej dziki od większości Mazur. Read More

Kupujemy samochód
10 lat ago

Kupujemy samochód

Do kupna nowego samochodu przygotowujemy się już od roku. To będzie chyba najbardziej przemyślany zakup w naszym życiu 🙂 Wiedzieliśmy kiedy kończy się leasing oraz kiedy będziemy mogli sprzedać nasz obecny samochód bez podatku. Tak więc rozpoczęliśmy poszukiwania i research. A jest z czego wybierać!

Pierwszą rzeczą jest oczywiście zdefiniowanie naszych potrzeb. A te w naszym wypadku są dość jasno sprecyzowane. Potrzebujemy samochodu rodzinnego. Dwójka dzieci, pies. Rodzina w jednym końcu Polski, wyjazdy nad morze czy inne rejony, czasem za granicę. To zdecydowanie TEN kierunek. Po pierwsze potrzebujemy więc samochodu pojemnego. Z dwójką dzieci nie ma przelewek. Dwa wózki, albo nawet jeden. Walizki, torby i inne manatki – tego naprawdę jest dużo i fajnie nie musieć iść na kompromisy. Read More

Ostatnia prosta
10 lat ago

Ostatnia prosta

To już za chwilę. Siedzę sobie w wygodnym fotelu w pokoju Franka i wiem, że za chwilę wszystko się zmieni. Z jednej strony nie mogę się tego doczekać. Z drugiej strony się obawiam. Tego, że za chwilę wszystko wywróci się do góry nogami.

Nie mogę się nie cieszyć. Córka. Marzenie każdego taty. W głębi serca. Wiadomo, że każdy chce mieć syna, ba, o tym będzie mówił. Ryby, piłka i inne męskie sprawy. Ale córka – oczko w głowie. Najbardziej niesamowite co moe go spotkać. Kobieta –  najwpanialsze zjawisko na ziemi. Z moim pierwiastkiem. Z częścią mnie. Z elementami mojego charakteru. Z kawałkami mojego wyglądu w jakiś magiczny sposób pozlepianego tak, że wychodzi z tego piękno i delikatność. Nie potrafię tego zupełnie objąć swoimi myślami. Nie jestem w stanie. Read More

Urlop w domu
10 lat ago

Urlop w domu

Wziąłem urlop zupełnie niespodziewanie. Zostały mi z tego roku jeszcze 3 tygodnie, nie byliśmy nigdzie w zimę, w lato wyjechaliśmy na dwa tygodnie. I to w sumie tyle. Święta ułożyły się w tym roku tak nietypowo, że między nimi a Nowym Rokiem zostały akurat 4 dni, więc co tam. Trzeba się nieco wyluzować przed nadejściem końca świata 😉

Nigdy nie rozumiałem brania urlopu bezwyjazdowo. Bo po co? Świat czeka otworem, a ja miałbym siedzieć na dupie w domu? Pojawiły się jednak pewne okoliczności łagodzące. Mają dwie nogi, dwie ręce i wyjątkowo silny charakter. Tak, mowa oczywiście o Franku. Read More

Jutro
10 lat ago

Jutro

To już jutro. Odpowiedź. Oczywiście jeszcze nie do końca pewna, ale mimo wszystko. Jutro mamy poznać płeć. To niesamowite, że jeszcze żyję w tej nieświadomości, jeszcze nie wiem jaka będzie moja przyszłość, chociaż decyzja już dawno zapadła, a w sumie podobno była podjęta (choć nieco nieświadomie) przeze mnie. Nie wiem czy będę miał dwóch chłopaków, dwóch zbojów, Tomka Sawyera i Hucka Finna, czy może Franek będzie miał młodszą sister którą będzie bronił i chronił. A może nie będzie?

A jeśli nawet jest to chłopak, to czy będzie taki sam, tylko nieco mniejszy czy może zupełnie inny? A może będzie to spokojny brunet, zupełnie inny od Franola? A może… Nie wiem. Nic nie wiem. Niesamowite to uczucie. Read More

Day 15 – Adeus!
10 lat ago

Day 15 – Adeus!

Finał. Musiał kiedyś nadejść. Choć ten po dwóch tygodniach nie jest taki tragiczny, szczególnie jeśli w domu czeka Franek. Musze przyznać, że rzeczywiście różnica między tygodniowym a dwutygodniowym urlopem jest ko-lo-sal-na. To dwa światy. Tygodniowy urlop do odliczanie do końca, po tygodniu człowiek dopiero łapie luz, a dwa tygodnie to naprawdę w sam raz. Akurat na tyle żeby choć troszeczkę zatęsknić za deszczem 🙂

Rano udało nam się jeszcze skorzystać trochę ze słońca, choć dosłownie na godzinkę bo autobus odjechał z hotelu o 12.40. Szybka akcja na lotnisku (Mary biegnie zająć kolejkę, do checkinu, ja z walizkami) i znowu mamy czas na kafejkę. Jeszcze trochę zakupów na stoisku Blandy (bilet wstępu z muzeum daje nam zniżki) i wsiadamy do samolotu. Read More

Day 14 – Bul bul bul
10 lat ago

Day 14 – Bul bul bul

{EAV_BLOG_VER:2b5f975f1f09dd93} Choć najważniejsze wydarzenie dzisiejszego dnia trwało tylko około godziny i dotyczyło tylko mnie, to zdecydowanie zdominowało dzisiejszy, dość nudny dzień. Chodzi oczywiście o nurkowanie! Z niewiadomych przyczyn do tej pory nigdy jeszcze nie nurkowałem. A to dziwne – wychowałem się nad Dadajem gdzie nurkowanie było na porządku dziennym. Siostra ma rodzona – Marta oraz jej małż – Maciek nurkują w każdej wolnej chwili kiedy nie żegluja i nie zajmują się schorowanymi pacjentami 🙂 A Marysia nurkowanie ma przecież we krwi – dla jej Taty nurkowanie było pasją…

Tak czy inaczej jakoś na żadnym wyjeździe nie nurkowaliśmy. Ale w końcu nadejszła wiełkopomna chwiła! Za jedyne 60 euraczy niemiecka stacja nurkowa miała nauczyć mnie podstaw tauchen i zabrać na ocean! Read More

Day 13 – Dolina Zakonnic
10 lat ago

Day 13 – Dolina Zakonnic

Dolina Zakonnic to miejsce położone w sumie niedaleko od Funchal – pół godziny miejskim autobusem na północ. Nazwę swoją nosi od historii która wydarzyła się w XVII w. Zakonnice z miejscowego klasztoru zobaczywszy, że port łupiony jest przez piratów, postanowiły salwować się ucieczką, zebrały co mogły i wyruszyły na północ. Uciekły przez góry do niewidocznej ze strony morza malowniczej doliny, która od tego czasu właśnie tak się nazywa. Do Funchal nie mogliśmy udać się tym razem autokarem hotelowym – w niedzielę kierowca ma wolne – musieliśmy pojechać miejskim 155 jadącym przez okoliczne, górskie wioski.

W Funchal mieliśmy godzinę do następnego autobusu, ale i tak nie pozostało nam wiele oprócz spaceru – w niedzielę wszystko jest tu zamknięte. W końcu wsiadamy w autobus i ruszamy w stronę doliny. A właściwie w stronę przełęczy – postanowiliśmy nie dojeżdżać do samej doliny, a wysiąść na samej górze, na przełęczy Eira do Serrado. Stamtąd można zejść górską ścieżką w dół – mamy wystarczająco dużo czasu, więc czemu nie? Read More

Day 12 – Bronzeiro
10 lat ago

Day 12 – Bronzeiro

Zostały nam właściwie 3 dni pobytu. Zwiedziliśmy już odległe zakątki wyspy, zresztą tam nie dotrzemy, bo nie będziemy już wynajmować samochodu. Z tych bliskich została nam Dolina Zakonnic. Mamy trochę kasy “zaoszczędzonej” z powodu faktu że nie popłyniemy na Porto Santo – najpierw chciałem ją wydać na skutery wodne, ale okazało się, że na całej Maderze nie ma ani jednej wypożyczalni! To niesamowite na Teneryfie było ich pełno. Tu była jedna ale splajtowała. To pokazuje dosadnie jak spora jest różnica w turystach tu i na Kanarach.

Postanowiliśmy więc uciąć sobie jeszcze jeden dzień totalnie basenowy. Poszliśmy na basen zaraz po śniadaniu, rozłożyliśmy leżaki i oddaliśmy się słodkiemu nicnierobieniu. Naszą uwagę przykuły trzy leżaki z ręcznikami i klapkami na nich. Generalnie leżaków zajmować nie wolno, ale i tak zazwyczaj zdarza się to często. A przodują w tym dwie nacje – Brytyjczycy i Niemcy. Nie raz chciałem powiedzieć im w twarz, że zarówno czasy imperialnych podbojów jak i czasy szukania Lebensraum się skończyły i NIE zdobywamy leżaków niczym nowej ziemi – po prostu przychodzimy i kładziemy się na nich. Ale moja wrodzona delikatność i kultura osobista nie pozwoliła na taki wybryk 😉 Read More

Day 11 – Maderska Odznaka Turystyczna
10 lat ago

Day 11 – Maderska Odznaka Turystyczna

Być na Maderze przez dwa tygodnie i nie przejść się szlakiem turystycznym wzdłuż levady to jak być w Zakopanem i nie zrobić sobie zdjęcia z misiem 🙂 Jako, że Mary nie jest w kondycji na długie eskapady, a i ja współodczuwając – jako przykładny mąż – ciążę z małżonką zapuściłem nieco brzucha i zgubiłem kondycję, wybraliśmy trasę niezbyt hardkorową. Całość ma nieco ponad 8 km długości i zajmuje według przewodnika 4 godziny marszu.

Dojechaliśmy hotelowym autokarem do Funchal skąd miejskim autobusem udaliśmy się do Ogrodów Palheiro. Do samych ogródów nie wchodziliśmy, powoli podliczamy wydatki – nie jest kolorowo, a wejście kosztuje 10 Euro od osoby. Tak więc uprzednio zaopatrzywszy się w lokalny odpowednik kiełbasy i chleba (czyli chorizos i bol do caco) ruszyliśmy w drogę. Read More

Day 10 – Wino, kafelki, Tesla i Zara
10 lat ago

Day 10 – Wino, kafelki, Tesla i Zara

Motywem przewodnim dzisiejszego dnia jest wino. A raczej madera, bo nie jest to wino jakie znacie, zresztą pisałem już o tym wcześniej. Ale o tym za chwilę. Dzisiaj udało się zrealizować wycieczkę do piwnic św Franciszka, do bodegi Blandych i poznać proces powstawania tego wspaniałego trunku. Trunku którym raczę się właśnie (zajadając przy tym roquefort) i patrząc na ocean. Ale do rzeczy.

Wstaliśmy o w miarę znośnej porze (pamiętam nasze pobudki z Capo Verde – to była masakra!), o godzinie 8 z groszami. Poranne oporządzenie się, śniadanie i autokar do Funchal. Nie pisałem chyba jeszcze o tym – są dwie drogi do Funchal. Pierwsza to droga którą jeździ nasz hotelowy autokar (a raczej autokarek) oraz miejski autobus ekspresowy – biegnie ona drogą ekspresową, jedzie się jakieś 10-15 minut. Druga trasa to trasa zwykłego autobusu 155. Na wiedzie przez okoliczne dzielnice, czy miasteczka – a pisałem że różnice wysokości sa kolosalne. Krótko mówiąc czujemy się na rollercoasterze – dodając do tego ciążę Mary można powiedzieć że to istny hardkor. Read More

Day 9 – All Inclusive
10 lat ago

Day 9 – All Inclusive

Dziś mieliśmy zwiedzić Funchal, a raczej to czego jeszcze nie zobaczyliśmy. Ciężko było zrobić to w jeden dzień – to prawie 200 tysięczne miasto jest na tyle ciekawe, że jeden dzień to nieco za mało. Zarezerwowaliśmy więc hotelowy autokar transferowy na godzinę 10.00 rano i ruszylismy.

Niestety rzeczywistość znowu zweryfikowała nasze plany – z przyczyn znanych tylko Wszechmogącemu Marysia czuła się bardzo słabo i co chwilę musiała przysiadać – to przekreślało nasze plany. Głównym punktem programu miało być zwiedzanie piwnic świętego Franciszka, czyli tak naprawdę bodegi rodziny Blandych – tutejszych potentatów w produkcji madery, czyli lokalnego, wzmacnianego wina. Dotarliśmy tam około godziny 11. Trochę za późno – poranne zwiedzanie już się zaczęło, a następne w języku angielskim miało odbyć się dopiero o 14.30. Postanowiliśmy więc wrócić do hotelu i spędzić ten dzień jak porządny turysta all inclusive 😉 czyli przy hotelowym barze i basenie. Read More

Day 8 – Zachód
10 lat ago

Day 8 – Zachód

Pierwsza połowa dnia to pakowanie rodziców i nadzieja, że przypadłości Marysi się skończyły. Ponieważ pod koniec wczorajszego dnia miała lekka gorączkę i inne dolegliwości, doszliśmy do wniosku że to jednak zatrucie jakimś lokalnym świństwem. Tym bardziej, że jak się okazało rodzice zdychali całą noc – ich też dorwał Kolumb ze swoją zemstą. Chciałoby się rzec – Powrót Kolumba. Tak więc i ja być może wcale nie miałem udaru…

Pakujemy się i próbujemy zmieścić wszystko do walizek. Sprawę komplikuje fakt, że jednak dziecko nie zwiększa limitu bagażu nawet o kilogram. Czarterowe linie nie przestają mnie zaskakiwać. Negatywnie. A doszło trochę rzeczy, choćby kupiona Franolowi przez Dziadka miniatura gitary (wda się w tatę mam nadzieję!). Udaje się jednak wszystko spakować oraz opłacić zaległe rachunki. Ci którzy nie byli na wyjeździe HB (Half Board) mogą nie wiedzieć, że zazwyczaj jest tak, że napoje do śniadania są wliczone w cenę posiłku, natomiast te do kolacji trzeba kupować (PŁACIĆ ZA HERBATĘ DO KOLACJI? SKANDAL!) Tu kilka euro, tam kilka euro i zbiera się pokaźna sumka. A całość zazwyczaj dolicza się do pokoju, jedynie rok temu musieliśmy płacić gotówką po każdym posiłku. Tak czy inaczej dobrze jest po tygodniu opłacić całość, żeby wiedzieć na czym się stoi 🙂 Read More

Day 7 – Kolumb kontratakuje
10 lat ago

Day 7 – Kolumb kontratakuje

Każdy fan gwiezdnych wojen zauważy moje nawiązanie do poprzedniej notki “kolumbowej”, choć każdy prawdziwy fan będzie też zły za brak ciągłości nazewniczej – w końcu w pierwszej notce nie było nic o “nowej nadziei” a o “zemście”. Tak, czy inaczej – Kolumb znowu uderzył. Tym razem nie we mnie, a w Marysię.

Rano nie wiedzieliśmy zupełnie co to jest, tym bardziej że w jej przypadku całość rozgrywała się raczej w ciągu dnia a nie w nocy. Dziś jesteśmy prawie pewni że to nie ciąża, tylko też zatrucie – w moim przypadku jednak chyba też nie chodziło o udar… A może to wszystko się łączy? Read More

Day 6 – Centrum
10 lat ago

Day 6 – Centrum

Dzisiaj część na centralną część wyspy, czyli podróż górskimi łańcuchami na północ i z powrotem. Choć odległości w linii prostej nie są jak już pisałem duże, co widać gdy jedzie się drogą ekspresową, to odległości podawane na górskich drogowskazach mogą zaskakiwać. 30, 40 czy nawet 50 km – tyle wynoszą trasy prowadzące krętymi górskimi ścieżkami. Doliczmy do tego szalone nachylenia o których pisałem wczoraj i mamy pełen obraz sytuacji.

Wczoraj myślałem że to najbardziej stroma wycieczka samochodowa w moim życiu. Bo pewnie taką była. Do dzisiaj. Bo dzisiaj było rzeczywiście hardkorowo 🙂 Read More

Day 5 – Wschód
10 lat ago

Day 5 – Wschód

Dzisiaj pierwszy z czterech dni samochodowych. Wypożyczenie samochodu jest droższe niż na którejkolwiek z Wysp Kanaryjskich, choć generalnie jest tu taniej. Co więcej – w większości wypożyczalni po prostu brakuje samochodów! W końcu wypożyczamy Nissana Micrę – niestety czarnego, więc będziemy musieli parkować go w cieniu.

Zwiedzanie wyspy dzielimy na 3 dni, zgodnie z przewodnikiem Pascala – na wschód, zachód i część centralną. Dziś czas na część wschodnią. Z chęcią pojechalibyśmy na północ, w stronę Sao Vincente, gdzie pokierowała nas Karolina – niestety na wyspie trwa właśnie rajd samochodowy i spora część dróg jest zamknięta. Nie mieliśmy większego wyboru… Read More

Day 4 – Santa Maria
10 lat ago

Day 4 – Santa Maria

Siedzę w barze hotelowym i patrzę na ocean. Powoli zaczynam doceniać tą lokalizację. Czuję się już dobrze, dzień należał do udanych, a ja powoli gubię stresa. Jakiego? Ano tego którego nazbierałem podczas całego roku. Tak, tak, ja też się stresuję. Większość z Was pewnie myśli sobie że to nieprawda, przecież ja zawsze jestem dość wyluzowany. To prawda. Ale przecież wszystko gdzieś się odkłada, right? 🙂

Na wakacjach często przypominam sobie moje studia, zrealizowane w sumie z czystego hobby, czyli turystykę (tematu polskiego szkolnictwa wyższego nie będziemy tu i teraz poruszać, ja tam się cieszę z tych studiów 🙂 Otóż na jednym z wykładów była mowa o tak zwanej “bańce turystycznej”. Każdy z nas przywozi ze sobą część swojego codziennego życia. Wyrywamy się z domu zazwyczaj w ostatniej chwili załatwiając jeszcze sprawy w pracy, robiąc zakupy i nie potrafimy od razu się wyluzować. Doskonale widać to na lotnisku – w dniu wyjazdu wszyscy sa bladzi, znerwicowani, niewyspani – warczą na siebie w kolejce do check-inu. Pewien facet wydarł się na Marysię że przechodziła koło niego z wózkiem, przecież dalej jest tyle miejsca. Masakra. Potem lot, przylot. Pierwszy błysk w oku, ale nadal nerwy i oczekiwanie na pojawienie się bagażu. Read More

Day 3 – Zemsta Kolumba
10 lat ago

Day 3 – Zemsta Kolumba

Dzisiejszy dzień rozpoczął się wcześnie. O wiele, wiele za wcześnie. Gdzieś około godziny drugiej w nocy poczułem się nieswojo,zrobiło mi się duszno. Sięgnąłem po pilota do klimatyzacji – chodzi ona dość głośno i postanowiliśmy na noc otwierać okno. To nie zdało jednak egzaminu, było dość gorąco. Włączyłem więc klimę, poczekałem chwilę i… nic. Wtedy uświadomiłem sobie, że chyba mój żołądek wysyła mi dziwne sygnały. Wstałem i… nie miałem już wątpliwości. Zapaliłem światło w łazience i skierowałem wzrok ku toalecie (aby objąć ja w miłosnym uścisku) i… zamarłem. Po podłodze biegał wielki karaluch – same jego wąsy miały z 5 cm, on sam drugie tyle. Bueh. Szybki cios kapciem i… No właśnie. Powstrzymam się oczywiście od opisów, powiem tylko tyle – chyba nigdy w życiu czegoś takiego nie przeżyłem. No może raz – kiedy na HRŚ w 1996 roku dostałem udaru słonecznego.

No właśnie. Udar. Na wyjazd do Funchal nie wziąłem ze sobą czapki. Ale w końcu moja łysa głowa była już nieco opalona, a nie jest wcale tak gorąco. Nie jest? Jest! Wszystkiemu winny jest wiatr. Kiedy siedzisz na słońcu, a morski, chłodny wiatr owiewa ci twarz, wydaje ci się że słońce nie grzeje. A jednak. Read More

Day 2 – Stolica part one
10 lat ago

Day 2 – Stolica part one

Madera jest inna niż wszystkie wyspy które dotychczas zwiedziliśmy. I wcale nie chodzi tu tylko o klimat i ukształtowanie terenu o którym pisałem wczoraj. Jeśli czytaliście którąkolwiek z naszych wyjazdowych relacji, macie pewnie pojęcie że to co lubimy najbardziej robić podczas tego typu wyjazdów to wczuwanie się w lokalny klimat i kulturę. I jeśli miałbym porównać tę wyspę do którejkolwiek z tych na których byliśmy, byłoby to pewnie Sao Vincente i może troszkę Rodos. Niema tu wszechobecnej machiny turystycznej, straganów z klapkami i kąpielówkami, ani stojaków z ulotkami. Są knajpki pełne Portugalczyków, a w gębi lądu (podobno) czeka na nas lokalna kultura.

Właśnie. To co najbardziej zawiodło mnie na Kanarach to brak bardzo wyraźnej lokalnej kultury. Owszem – jest jej trochę, ale w dużej mierze jest ona tak naturalna jak kultura góralska na Krupówkach. Na Fuerteventurze nie ma jej zupełnie – wyspa przepełniona jest kulturą surferów i masową turystyką, na Lanzarote dominuje kultura brytyjska, a miasteczka położone w głąb lądu są dość zapyziałe i puste. Na Teneryfie znowu słychać hiszpański, ale to hiszpański kontynentalny. A tutaj? Tutaj stolica jest chyba najładniejszą stolicą danej wyspy, spośród wszystkich naszych podbojów. Ale po kolei. Read More

Day 1 – Welcome to paradise
10 lat ago

Day 1 – Welcome to paradise

Nadejszła wiełkopomna… No właśnie. Prawda jest taka, że znowu zaniedbuję bloga i piszę tylko wtedy kiedy nadchodzi wiełkopomna chwiła. Eh, nawet wtedy nie piszę. Fakt jest jednak taki że nadejszła i to nie jedna a nawet trzy. Wszystkich trzech na raz nie opiszę, bo to tematy na osobne notki, ale napomknę chociaż nieco. Trzeciej pewnie się domyślacie z tytułu notki 🙂

A więc po pierwsze – dla tych którzy nie śledzą Facebooka – nasza rodzina się powiększy. W okolicy przełomu stycznia i lutego 2012 zawita do nas Lila / Rysiek. Ciąża trwa sobie w najlepsze, nie absorbuje nas co prawda tak jak ta pierwsza, choć fizycznie wykańcza Marysię nieco bardziej. No cóż – życie :] Drugi temat to odnalezienie się (a raczej odnalezienie nas przez nią) kuzynki z San Francisco – Lindsey, ale o tym na pewno muszę napisać osobną notkę. Read More

Życie jest piękne
11 lat ago

Życie jest piękne

Nie wiedziałem na którym  moich blogów napisac tę notkę. Choć moja szufladkująca natura kazała stworzyć mi ich tak wiele, to jednak do żadnego z nich nie pasowała. Chciałem napisać o social media, więc to temat na Netgeeks, ale jednak jest chyba trochę zbyt osobisty. Zbyt mało felietonistyczny na Subiektywa a nie aż tak intymny żebym pisał o tym na brainz. Więc piszę to tu, na naszym prywatnym poletku. Choć będzie trochę o wszystkim.

Najpierw chciałbym trochę wytłumaczyć się z tego że tyle pisałem o wszystkim na facebooku. Bo niektórych pewnie to może razić, choć już kiedyś wyjaśniałem czemu tyle piszę. A więc najpierw cel, potem założenia. Cel był prosty. Pamiętacie “Życie jest piękne”? Nie chcę w żadnym wypadku porównywać mojej wizyty w szpitalu do tego co spotykało ludzi w obozach zagłady. Ba, z obecnego punktu widzenia mój pobyt to prawie jak pobyt w hotelu. Ale na początku nie wyglądało to tak różowo. Ok, ok, rokowania optymistyczne, ale 90% tego że wszystko będzie w porządku? A co z tymi 10%? Dziesięć procent to bardzo, bardzo dużo. To liczba o której myśli się cały czas. Bo przecież często wypada jedynka na kostce d10… Read More

Alien vs Goorator
11 lat ago

Alien vs Goorator

No i stało się. Jestem w szpitalu. Mija własnie 5 lat od mojej poprzedniej wizyty szpitalnej z noclegiem, kiedy to grzebali mi w zatokach i znowu czas na piżamę w paski i ściany pomalowane farbą olejną. Tym razem zamiast pobytu w Warszawie wybrałem miasto Breslau. Ale o co chodzi?

Ano o obcego który zalągł się w mojej tarczycy. Został wykryty zupełnie przypadkiem, pod koniec listopada. Ot, rutynowe badanie gardła i węzłów chłonnych. Był tam od jakiegoś czasu, więc aż dziw że został wykryty dopiero teraz, a nie na przykład jeszcze w Szwajcarii. Ale co zrobić… Read More

Nie lubię zimy
11 lat ago

Nie lubię zimy

Zupełnie. Kompletnie. Bezapelacyjnie. I to co najmniej z kilku powodów. Owszem, bywały czasy kiedy pałałem do niej miłością, ale one chyba już nie wrócą. Lubiłem to, że przynosi ferie, czyli odpoczynek od systemu repres… ee edukacji, którego nigdy nie znosiłem. Lubiłem ją za to, że mogłem rzucać się śniegiem, czy jeździć na sankach. Później na nartach rzecz jasna, choć sport ten nigdy mnie porządnie nie wciągnął. I może stąd mój dystans do zimy? Read More

Otworzę wino ze swoją dziewczyną…
11 lat ago

Otworzę wino ze swoją dziewczyną…

Pamiętasz zapach swojego domu? Domu w którym się wychowałeś? Ja tak, bardzo dobrze. A nawet jeśli nie pamiętam go zbyt dobrze (bo jak tu pamiętać zapach, jak go opisać, czy w inny sposób skwantyfikować…) to pamiętam moment w którym go czułem. Moment w którym wracałem z wakacji – po długiej nieobecności w domu, po trzech tygodniach na obozie harcerskim, miesiącu byczenia się nad morzem, czy nawet dwóch tygodniach ferii zimowych. Dom witał mnie porządkiem, minimalizmem i tym swoim zapachem – zapachem stałości i niezmienności. Ściągałem buty, wieszałem niedbale kurtkę i biegłem do pokoju, żeby rzucić się na łóżko. I cieszyłem się jak głupi, że jestem w domu.

Nie mogę się do końca odnaleźć w naszym nowym domu. Może dlatego, że ciągle jest w wersji “beta”. Może dlatego że w sumie całkiem niedawno się do niego wprowadziliśmy. A może dlatego, że prawie całe życie mieszkałem gdzie indziej? Tyle rzeczy było oczywistych. Sztućce leżały w pierwszej szufladzie. Najpierw łyżki, potem widelce, potem noże. W szufladzie poniżej było miejsce na nożyczki, nitki i igły. Jeszcze niżej – sitka i takie tam. Wiedziałem gdzie jest miejsce na odkurzacz, gdzie leżą obrusy, gdzie ręczniki a gdzie zapasowe żarówki. Wszystko było jasne, ustalone i pewne. Read More

Day 14 – Wroooom
11 lat ago

Day 14 – Wroooom

Pierwszą połowe ostatniego (buuu) dnia spędziliśmy w iście brytyjsko-niemieckim stylu, czyli na basenie. No właśnie. Nie napisałem jeszcze najważniejszej rzeczy, a takiej którą znają dobrze wszyscy którzy wyjeżdżali gdzieś na ciepły urlop na Kanary, do Tunezji, Egiptu, czy w inne miejsce. Niemcy i leżaki. To zjawisko jest tak niesamowite, że jest nawet film na Youtube je pokazujący. Otóż z samego rana, o godzinie 6 lub innej (w zależności od tego jak otwierany jest basen), ludzie pędzą na basen, aby zajmować sobie leżaki. Inne nacje tez tak postępują, ale Niemcy są tu po prostu mistrzami. Najlepsze jest to, że jest wyraźny zakaz “zaklepywania” leżaków, ale co tam. Co bardziej kreatywni ustawiają nawet na ręcznikach piramidki z krzeseł, albo zostawiają miało wartościowe przedmioty, np paczkę papierosów. Ech. Masakra. Read More

Day 13 – Siam Bis
11 lat ago

Day 13 – Siam Bis

Zostały nam dwa dni. Dwa dni spędzona na totalnej beztrosce. Pierwszy z nich zdecydowaliśmy się spędzić w Siam Parku. Kupiliśmy przecież bilet na drugie wejście!

Pogoda była bezbłędna i może właśnie dlatego (a może z innego powodu – długo się zastanawialiśmy nad nim) park okazał się być oblegany przez tłumy. To znaczy tłumy były tam też poprzednio, ale kolejki do zjeżdżalni były w miare znośne. Teraz już pierwsza z nich wprawiła nas w szok. W kolejce ciągnącej się dobre 200 metrów stało kilkaset osób. Godzina czekania, huh. Read More

Day 12 – La Gomera
11 lat ago

Day 12 – La Gomera

Siedzę znowu w moim ulubionym barze z widokiem na ocean (którego nie widać bo jest za ciemno 🙂 i słucham mojego ulubionego śpiewaka w za dużej marynarce (który wygląda jak Rutger Hauer) śpiewającego tym razem Piano Man. Przed chwilą śpiewał “what would you do if I sang out of tune” – trochę to śmiesznie brzmiało w tym wykonaniu, powinien zaśpiewać “what would you do if I didn’t sing out of tune”,  heh :]. Ale teraz jeden z moich ulubionych kawałków – z harmonijką w tle rzecz jasna. Harmonijka z playbacku rzecz jasna. Harmonijka to dla mnie wyjazdy w góry i prawde mówiąc trochę słysząc tę harmonijkę zatęskniłem za Polską. No wiem, że zimno teraz i będe tęsknił za Teneryfą jeszcze zanim wysiądę z samlotu, ale za Polską też zawsze po dwóch tygodniach już trochę tęsknię 🙂 Taki ze mnie głupek. Read More

Day 11 – Vamos a la Playa!
11 lat ago

Day 11 – Vamos a la Playa!

Dziś miał odbyć się dzień byczenia – w końcu to koniec naszych samochodowych wojaży. Niestety już na początu dnia okazało się, że nie wszystko może iść zgodnie z planem. Otóż samochód powinniśmy byli oddać wczoraj o 20… Trochę to dziwne, w końcu braliśmy go na pełny tydzień, ale cóż – tak było napisane na kartce którą oczywiście schowaliśmy i do której nie zaglądaliśmy. Tydzień to tydzień… Tak więc i tak musieliśmy dopłacić 30 Euro, ewentualnie móc zatrzymać samochód do końća dnia. Ponieważ o 12.00 Tata i Mama mieli wykupioną jazdą skuterem wodnym na nieco odległej plaży, zdecydowaliśmy się nie oddawać samochodu.

Pojechaliśmy do portu Krzysztofa Kolumba i zaczęliśmy przygotowania do wodnego ślizgu. To znaczy my jak my – głównie rodzice. My wspięliśmy się na kamienie-falochrony i robiliśmy zdjęcia. To znaczy my jak my – Marysia robiła zdjęcia a ja karmiłem Franka 🙂 Read More

Day 10 – Wulkanizacja
11 lat ago

Day 10 – Wulkanizacja

Dziś zdecydowaliśmy się wreszcie na nieuniknione – po tygodniu krążenia wokół wulkanu i objeżdżaniu go ze wszystkich stron, postanowiliśmy na niego wjechać! Pogoda zapowiadała się całkiem nieźle, kolejka podobno już działa, a samochód musimy oddać jutro. Więc avanti!

Droga na Teide zaczyna się w samym Playa de las Americas i wiedzie właściwie pod sam wulkan. Nie jest to co prawda autostrada, ale droga czerwona, czyli krajowa. Co ciekawe, nasz GPS (swoją drogą, nigdy więcej Garmina!!!) kazał nam skręcić wcześniej i poprowadził nas drogą żółtą, czyli z założenia gorszą. I tu niespodzianka. Droga wiodąca przez góry i tak zazwyczaj wygląda podobnie – jeden pas w danym kierunku, zero pobocza. Dlatego klasyfikowanie dróg jako czerwonych i żółtych jest czysto umowne. Co więcej, drogi krajowe są starsze więc często gorsze – asfalt cały w dziurach, poczuliśmy się jak w Polsce. Nowe, żółte – prościutkie, wyprofilowane, zakręty o stałym promieniu skrętu – bajka. Read More

Day 9 – Nordwest
11 lat ago

Day 9 – Nordwest

Na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy wycieczkę wokół Teide – kolejka na szczyt jest co prawda jeszcze nieczynna, ale nam zostały dwa dni, a tereny wkoło są podobno bardzo fajne. Niestety Franko dał czadu w nocy i obudziliśmy się dopiero koło dziewiątej. To spowodowało, że mogliśmy wyruszyć koło 11.30 – trochę za późno. Odpuściliśmy sobie więc góry Anaga w północnej części wyspy i postanowiliśmy “nordwestowe przejście zdobyć”. Północno-zachodni cypel, czyli część położona jeszcze za Mascą kryje właściwie tylko latarnię Teno i park krajobrazowy. Ale Tata lubi latarnie morskie, a są właśnie jego 59te urodziny! Wsiadł więc za kierownicę i ruszył górskimi ścieżkami.

Choć jak już chyba pisałem krajobrazy niestety nie są tak zróżnicowane jak na Fuercie, to mimo wszystko robią wrażenie. Górskie ścieżki wiją się w lewo i w prawo, a na każdym zakręcie zastanawiasz się, czy zaraz nie wyjedzie autobus… Read More

Day 8 – Shopping
11 lat ago

Day 8 – Shopping

Zostały nam jeszcze trzy dni z samochodem. Pozostałe cztery (CZTERY?!) spędzimy na wycieczce na Gomerę i słodkim nicnierobieniu, na razie chcemy jeszcze nieco pojeździć po wyspie. Dziś postanowiliśmy pojechać do stolicy. Ostatnia podróż zakończyła się fiaskiem – w niedzielę wszystko jest zamknięte. Tym razem trzeba było zrobić trochę zakupów. Słowo pisane nie odda ironi z która to piszę, więc wyjaśnię – dla mnie osobiście robienie zakupów ubraniowych w sklepach sieciowych, podczas takiego wyjazdu totalnie mija się z celem. Niestety pozostali uczetstnicy naszej wyprawy myślą zupełnie inaczej. Tak więc Zara, H&M, Promod i inne takie, stały się nagle częścią naszej marszruty. Nie zrozumcie mnie źle, lubię chodzić na zakupy ubraniowe, ale w Warszawie i SAMEMU 😛 Ewentualnie z Czoczem 😉

Tak czy inaczej sporą część dnia spędziliśmy na buszowaniu pomiędzy wieszakami i stwierdzaniu (O RLY?) że nie ma tu nic ciekawego / innego niż u nas. Read More

Day 7 – Colorado
11 lat ago

Day 7 – Colorado

Żeby zupełnie się nie znudzić postanowiliśmy zachować nasz rytm – jednego dnia góra wyspy (północny wschód), drugiego dół, czyli południe i zachód. Ponieważ pogoda miała być całkiem ładna, postanowiliśmy przejść się wąwozem Masca. Niestety nie wzięliśmy z Polski treków (nie zmieściły się w walizce), ale stwierdziliśmy, że nasze adidasy (choć przed kostkę) powinny dać radę. Pojechaliśmy więc w kierunku Los Gigantes i wąwozu Masca.

Masca to malownicza wioska położona na zboczu góry, która jest właściwie poczatkiem wąwozu o tej samej nazwie, schodzącego do samego morza. Podjechaliśmy do wąwozu i poszliśmy w stronę restauracji. Może wydawać się to dziwne, ale poranne procedury plus podróż krętymi górskimi dróżkami spowodowały że zbliżała się już pora lunchu. Zresztą nie mieliśmy dużo do gadania – albo jemy teraz, albo dopiero po zejściu z wąwozu. Read More

Day 6 – Due North
11 lat ago

Day 6 – Due North

Siedzę w barze nad morzem. Dziś nie ma całe szczeście Elvisa, jest za to spokojnie grający zespół – właśnie fabrykują Laylę. Nie jest źle. Jest za to ciepło 🙂 Dochodzi dziewiąta, a ja siedzę w koszuli z podwiniętymi rękawami. Znowu mrozi mnie na myśl o tym co teraz dzieje się w Polsce. Zaganiacz do knajpy w której to ogródku się znajduje właśnie podchodzi do brytyjskiej rodzinki. Bierze za rękę zachwyconą, szesnastolenią córę, odprowadza ją do stolika, pstryka w ucho jej 12 letnią siostrę, podaje rękę ojcu i całuje w policzek mamę. Są kupieni. Ja zamawiam Caipirinhę (choć chyba nie powininem jej pić bo jest za kwaśna na mój żołąd, ale co tam!) i w przy dźwiękach bluesa przechodzę do opisywania kolejnego dnia. Od morza dzieli mnie tylko deptak, linia palm i kamienista plaża. Depatkiem właśnie przejeżdża powoli policja. Otwarte okno, łokieć na zewnątrz. Za nimi biegnie joggerka. Ech, prawie jak Miami – chwilo trwaj! Ale ad rem!

Read More

Day 5 – Goryle we mgle
11 lat ago

Day 5 – Goryle we mgle

Dzisiaj słońce wyjątkowo nas nie obudziło. Prawdę mówiąc w ogóle nie chciało wyjść zza chmur… I tak pozostało do końca dnia. Włączyłem aż roaming w komórce, żeby szybko sprawdzić pogodę w różnych częściach wyspy, ale werdykt był tragiczny – zimne 22 stopnie (he he) i mgła. Postanowiliśmy więc zmodyfikowac nieco nasze plany i pojechać tam, gdzie mgła nie będzie zbytnio przeszkadzała. Ja chciałem co prawda pojechać do stolicy (i tak nas to czeka, a lepiej byłoby tam pojechać w chłodniejszy dzień), ale moja małż uparła się na co innego, w związku z tym zdjęcia z tego dnia nie powalają (każdy fotograf wie jaka to kicha gdy nie ma dobrego światła…).

Read More

Day 3 – Kot Syjamski
11 lat ago

Day 3 – Kot Syjamski

Ponieważ mamy przed sobą dwa tygodnie, zdecydowaliśmy się rozpocząć zwiedzanie atrakcji od tych najmniej wymagających. Z dwóch dużych parków rozrywki postanowiliśmy odwiedzić jedynie jeden – Siam Park. To taki duży aquapark, z przewodnim motywem tajskim. Drugi z parków (Loro Park) przypomina podobno swój odpowiednik na Fuerte – byliśmy tam już dwa razy – wystarczy nam zwierząt 🙂
Day 2 – Recon
11 lat ago

Day 2 – Recon

Dzisiejszy dzień zaczął się bardzo wcześnie. Za wcześnie. Wszystko oczywiście za sprawa Franka. Oszczędzę oczywiście szczegółów, ale powiem tylko, że chyba jego układ pokarmowy musi przyzwyczaić się do lokalnej wody :/ Kupiliśmy co prawda specjalnie taką oznaczoną tutejszym certyfikatem tutejszego instytutu matki i dziecka, ale nic to nie dało. A może wziął o jedną rzecz do buzi za dużo? Tak czy inaczej poranek zaczął się nim poprzedni dzień się zakończył, czyli między drugą a trzecią.  Po kilku naprzemiennych budzeniach się nawzajem i zajmowaniu się usypiającym jedynie na pół godziny Frankiem, podrzuciliśmy kukułkę pokój obok. Dziadkowie w końcu mają więcej cierpliwości 😀
Day 1 – Przylot
11 lat ago

Day 1 – Przylot

Wstaliśmy o nieludzkiej porze uwielbianej tylko przez piekarzy, grzybiarzy i wędkarzy. Pierwszy wstał oczywiście Franko, jakby przeczuwając co się święci. Szybki prysznic, sprawdzenie czy wszystko wzięte, taksówka bagażowa i kierunek Okęci… eee Port Lotniczy Imienia Fryderyka Chopina (lubię tę tendecję do skracania nazw). Już na samym początku uświadomiłem sobie jedną rzecz związaną z faktem naszego Piątego Pasażera Nostromo. Do tej pory jeśli nie wzięliśmy czegoś (o ile nie był to na przykład portfel albo coś równie ważnego) nie stawała się żadna tragedia. Teraz większość rzeczy Franka jest kluczowa – na przykład niewzięcie niebieskiej butelki skończyłoby się tragicznie (Franek z innych po prostu nie pije). To samo będzie się działo podczas naszego pobytu – ciągłe sprawdzanie checklisty – butelka, mleko, woda, czapka, wózek… No dobra, może trochę dramatyzuję. Zobaczymy :>

Day 0 – Czterej Pancerni z… Frankiem :)

Tegoroczny wyjazd będzie po części nowy, po części znajomy. Znajomy dlatego, że znowu lecimy na Kanary. Może to niektórym wydawać się nudne, ale robimy to z kilku powodów. Po pierwsze jak już nie raz pisałem – lubimy wyspy. Wyspę – w większości wypadków – można objechać dookoła, zwiedzić, zamknąć temat i mieć świadomość zaliczenia.
Oczywiście wysp do zobaczenia zostało nam bardzo dużo, ale przecież także tu, na Kanarach, wszystkich wysp nie widzieliśmy. Zaczęliśmy od spokojnej i nieco księżycowej Lanzarote i surferskiej Fuerteventury (podróż poślubna), na Fuertę wróciliśmy jeszcze w zeszłym roku. Zostały nam dwie duże, główne wyspy – Teneryfa i Gran Canaria, oraz trzy malutkie położone na zachodzie – Gomera, El Hierro i La Palma. Po zasięgnięciu opinii zdecydowaliśmy się na Teneryfę. Wulkan (na który mam nadzieję wjedziemy) to niecodzienna sprawa, a i generalnie podobno jest tam ciekawiej i mniej “przemysłowo” i “masowo” niż na Gran Canarii. Znajoma natomiast będzie kultura (a raczej jej resztki), język i kuchnia. To fajnie, bo bardzo ją lubimy 🙂 Tak jak język w którym ciągle jeszcze jakoś (mam nadzieję!) się porozumiewam. Co prawda ostatnie regularne lekcje pobierałem w (ugh) 1995, ale jakoś daję sobie radę. Nawet francuski nie wyparł mi az tak bardzo hiszpańskiego z głowy (choć trochę je mylę i odruchowo używam francuskich wyrazów), w zeszłym roku dawałem sobie radę :>

Dziecko to koniec!

Taką oto teorię usłyszałem gdzieś, kiedyś od kogoś lub usłyszał ją ktoś od kogoś kiedyś, nie chcę pisać dokładniej, bo zaraz zaczną się podejrzenia różne, a to przecież niczemu nie służy. Fakt faktem, że do mnie dotarła i rozśmieszyła mnie, bo “końców” w życiu miałem już kilka. Miało się “skończyć” po wprowadzeniu się dziewczyny do mnie, później po zaręcznych, po skończeniu 30tki, później po ślubie (rzecz jasna!). Nasza mobilność miała skończyć się po kupieniu psa. No i po urodzeniu się dziecka miało się skończyć zupełnie wszystko. Ale ja chyba inny jestem. Bo u mnie za każdym razem wszystko się zaczynało.

Tak było też z dzieckiem. Oczywiście razy sto.

Read More

O głupim Jasiu

Pamiętam z dzieciństwa bajkę o głupim Jasiu. Było ich pewnie kilka, ale ta najbardziej utkwiła mi w pamięci. Wracała kilkukrotnie przypominając przy okazji to co zawsze mówiła polonistka “Górecki, pamiętaj, bajka musi mieć morał”. Ta ma. Wyraźny.

W bajce tej, wspomniany bohater co chwilę idzie do wsi po COŚ. I starannie się do tego przygotowuje. Niestety zdobyte wczesniej doświadczenie wcale nie pomaga mu w kolejnej sprawie. Otóż najpierw idzie po krowę, ale zapomina wziąć ze sobą sznurka. Nie ma na czym jej przyprowadzić, więc wraca z pustymi rękoma. Potem idzie po wodę. Ale nieświadomy tego że trzeba wziąć wiadro, niesie ze sobą sznurek. Ten w tym przypadku na nic się nie przydaje. Następnym razem bierze więc wiadro. Ale wiadro jest już zupełnie niepotrzebne bo idzie załatwić coś zupełnie innego…

Read More

O Tetrisie, Super Mario Bros i Panu Everymanie

Na samym początku chciałem uprzedzić tych i owych, że o grach komputerowych pisac nie będę. A przynajmniej nie bezpośrednio. O życiu będzie. Banalnie nieco. Trudno. No to skorom już zadisclaimerował to mogę ruszać. Naprzód.

Graliście w Tetrisa? Kto nie grał… A jak nie grał to niech żałuje. Otóż jest sobie moment w tej grze, który zdarza się bardzo bardzo rzadko, gdy klocki ułożą się nam tak wspaniale, że wsadzeniem kolejnego likwidujemy wszystko. Wszystko znika. Pusto. Tabula rasa. Możemy wszystko układać od nowa. Read More

Swiss Miss

p-0597.jpgTęsknota przyszła nagle. Pojawiła się znienacka i zaatakowała z całą swoją siłą. Prawdę mówiąc nie miałem zupełnie czasu o niej myśleć, choć od wyjazdu ze Szwajcarii minęły 3 miesiące. Nie miałem czasu zajęty sprawami codziennymi, wkręcony w kierat i cykl rannapobudka/praca/remontdomu.

Poranek zaczyna się teraz o wiele wcześniej – generał Franco budzi nas ok 6, a nawet prawie dwumetrowe łóżko nie pozwala skryć się przed jego porannymi kopniakami w plecy. Tak, tak, zasypia sam, ale w nocy marudzi i prawie zawsze kończy noc między nami. Asertywność o 4 rano spada nam bardzo. No ale nie o nim miało być.

Read More

Babciu…
12 lat ago

Babciu…

Zbierałem się do napisania czegoś bardzo długo. Nie miałem czasu, po pracy kursuję od razu do Otwocka, wracam późno i od razu kładę się spać. Zbierałem się i zbierałem. Aż w końcu… No własnie. Napisać muszę o czymś zupełnie innym. Zupełnie.

Nie da oswoić się ze śmiercią. Nie chciałbym oczywiście licytować się z  osobami, które straciły osoby bliskie w kwiecie wieku, nie wiem w ogóle czy taka licytacja ma sens. Chyba nie. Jednak pomimo wiary w to, że kiedyś, gdzieś tam się spotkamy, aż tak bardzo nie pomaga.

Read More

Adieu…

Właśnie kątem oka zerknąłem na pewną liczbę na blogu i okazało się, że to… setna notka. No proszę, kto by się spodziewał. A dopiero co zerkałem na pierwsze notki pamiętające gdy strona ta była po prostu stroną ślubną 🙂 ale koniec rozczulania się. Do pióra!

Lubię urlopy. Kto ich nie lubi? Ano te osoby które muszą wziąć wolne, aby wcale wolnego nie mieć. I tak jest właśnie tym razem. Read More

Pół profylu, jedno ściankie.

Wróciliśmy. Na dobre. W sumie nie wiem do końca czy słowo “wróciliśmy” jest odpowiednie, bo implikuje ono istnienie pewnej bazy, pewnego miejsca do którego ewidentnie się wraca. Pewnego TU w przeciwieństwie do owego TAM skąd się wraca. Przez pewien czas było to jasne, teraz zupełnie się zamazało.

Read More

Tydzień w macierzy

Dokładnie tydzień temu spędzałem ostatni dzień w Szwajcarii. Może nie do końca ostatni, bo będę tam jeszcze w następny weekend, a potem pod koniec marca, ale to w biegu, bez Denisa, nie liczy się. Zmieniłem już “Home city” na Facebooku, więc następne wyjazdy będą wyjazdami turystycznymi. Jestem już tu, w Polsce. Dziś telegraficznie. Ze zmarzniętymi palcami. Read More

To ostatnia niedziela…

dd-9.jpgLubię teraźniejszość. Nawet bardzo. Przeszłości zmienić nie możemy, a przyszłość jest tylko mieszanką nieskończonej ilości opcji i wielką niewiadomą. Teraźniejszość jest tu i teraz. Nauczyłem się ją lubić dawno temu, gdy podczas kolejnych już wakacji pomyślałem: korzystaj! Teraz! Właśnie teraz! Za miesiąc będziesz siedział w ławce.
Dlatego carpę djem dość często. Djem i djem, korzystam, uświadamiam sobie i chłonę rzeczywistość. Tak jest właśnie teraz. Teraz, gdy jeszcze jestem w Szwajcarii, gdy przeżywam ostatnią niedzielę tutaj – tak, w najbliższą sobotę wyruszam w wielką podróż w kierunku Polski. Tym razem terminalną.

Read More

Don’t you cry tonight

Ja wiem, że piosenka którą postanowiłem nazwać dzisiejsza notkę jest zupełnie o czymś innym, ale słowo “płacz”, czy “ryk” w każdym możliwym języku, jest nam ostatnio szczególnie bliskie. To właśnie dlatego tak długo nie pisałem – zbierałem się do napisania notki już od co najmniej dwóch tygodni. Ale niestety albo nie miałem czasu, albo siły, albo po prostu weny. Albo też to o czym chciałem napisać zmieniało się zupełnie – bo nasze życie i samopoczucie zmienia się jak poczciwy człowiek w wilkołaka, czy jak dr Jekyll w Mr Hyde’a. Czyli tak jak Franek z grzecznego, słodkiego aniołka w bachora którego chce się wystawić na dwór, żeby mieć chociaż chwilę ciszy.

Read More

Smaki dzieciństwa

Dziś wyjątkowo nie podam żadnego przepisu, a jedynie napomknę o rzeczy która przenosi mnie w czasie. to chyba naturalne, że większość z nas – szczególnie na rozpasana podniebiennie – kojarzy …
Read More

Szum Biały

“rodzaj szumu akustycznego (a ogólniej: wszelkiego rodzaju szumów – sygnałów o przypadkowo zmieniających się w czasie parametrach, w tym sygnałów elektromagnetycznych, a także – np. w ekonomii – wahań kursów walut albo akcji na giełdzie, w demografii – wahań liczby ludności itp.) o całkowicie płaskim widmie; nazwa wyprowadzona przez analogię do światła: światło białe to de facto szum elektromagnetyczny mieszaniny wszystkich możliwych barw o całkowicie płaskim widmie w zakresie widzialnym.”

Czemu o tym piszę? Za chwilę. Read More

Myśli garść

Zbieram się. Powoli ale się zbieram. Minął juz prawie tydzień, a dla mnie to chwile dopiero. Powoli ogarniam myśli i próbuję sobie wszystko uporządkować.

Opada cała wrzawa – być musiała bo taki jestem. Radością każda muszę się dzielić – tak mają ekstrawertycy i jest to dla nich naturalne jak oddychanie. Podczas kiedy Wy, zamknięci do środka introwertycy, lubicie w ciszy i spokoju napawać się czymkolwiek, dla nas zamykanie się w sobie z radością, jest jak kichanie z zamkniętymi ustami. Coś z nosa wyleci, wiatry zafurczą z wysiłku, o i tyle radości tylko dlatego że kichnąć głośno nie chciałeś. I po co? 🙂

Read More

Hello World!

7839Wszystko zaczęło się ze szwajcarską dokładnością, a może raczej pruskim drylem 😉 Termin porodu znany nam od wielu miesięcy – 14 grudnia, wreszcie nadszedł. Tego właśnie dnia mieliśmy zaplanowane badanie. Niestety o 8 rano – trudno jest wcisnąć się z wizytami pod koniec ciąży, kiedy są już dość częste. Wiem, wiem, dla większości z was to nie jest jakaś hardkorowa godzina, ale my, rozpuszczeni zupełnie, do tej pory budziliśmy się właśnie o tejże godzinie. Tym razem obudziliśmy się o 5. Najciekawsze było to, że obudziłem się też ja, może czując podświadomie co ma się wydarzyć.

Read More

Czekając na Godota

Godotem oczywiście jest Franek. Franciszek. Syn nasz.

Siedzimy i czekamy. Właściwie siedzimy, leżymy, sprzątamy, jemy i oglądamy TV. Głównie Pitbulla. Ściągnąłem wszystkie 3 serie i oglądamy jeszcze raz. Tacie bardzo się podoba, a dla nas to najlepszy polski serial – ever. Read More

Listopad miesiącem oszczędzania

Ile można się oszukiwać? Lato nie wróci na pewno. To stało się jasne pod koniec października, przestałem się łudzić. Pozostało nam długie czekanie. Czekanie w domu – z kilku powodów.

Po pierwsze mobilność Marysi zmniejsza się z każdym dniem. Po drugie nasz samochód nadal tkwił w piwnej stolicy Europy. Po trzecie wszędzie panoszy się grypa – czy to ludzka, czy świńska. A Genewa miastem międzynarodowym jest, więc ryzykować zbytnio nie chcieliśmy.

Read More

Gotujemy!

Zapraszam do mojej książki kucharskiej 🙂

http://gookbook.glogg.pl

Home sweet home (Alabama)

Dopiero co wygrzewaliśmy się w ogródku i odpędzaliśmy od os które upatrzyły sobie naszą winorośl, a już i jesień staje się historią. Coraz więcej liści zamiast na okolicznych drzewach znajduje się w naszym ogródku, deszcz rozmiękcza nasz trawnik, a rtęć w termometrze coraz bardziej opada z sił. Witryna “Steigmaier i synowie” zmieniła wystrój na jesienny, żeby kilka dni temu wypełnić się czerwienią, bielą, zielenią i migającymi lampkami choinkowymi. Read More

Ich habe es eilig und mein Wagen ist kaputt!

7394

Niemieckiego uczyłem się już dość dawno, bo jakieś 15 lat temu. Kilka ładnych lat nauki, prawdę mówiąc z dość małym przekonaniem – ani to nie był do końca mój wybór, ani wielkiej sympatii do tego narodu nigdy nie czułem. Nie, nie zrozumcie mnie źle, nie mam za złe rodzicom, wręcz przeciwnie – cieszę się bardzo że się go uczyłem, zresztą zaraz się dowiecie dlaczego. Po prostu nie sądziłem że potrafię jeszcze cokolwiek po niemiecku powiedzieć – ot kilkaset lekcji, nudnej gramatyki i powtarzania zdań. A jednak…

Read More

Côte d’ Azur – day 4

7260

Budzimy się z nadzieją na to, że Sanremo chociaż rano zaprezentuje nam się z piękniejszej strony. I rzeczywiście – nie zawiedliśmy się. Wąskie uliczki włoskiego miasteczka, zaspani Włosi popijający swoje ranne espresso i pagórkowata okolica tworzą wspaniałą mieszankę. Mijamy katedrę i kierujemy się do czegoś co zwie się La Pigna.

Read More

Côte d’ Azur – day 3

7145

Dziś przekraczamy granicę francusko-włoską zachaczając po drodze o Monako. Przed nami podobno “najpiękniejsza europejska autostrada”, choć jak wiadomo przewodniki wypisują czasami różne bzdury. Na początku wjeżdżamy na pobliskie wzgórze i rozkoszujemy się widokiem na Niceę i morze.

Autostrada prowadząca do Monako jest rzeczywiście bajeczna, choć powstrzymałbym się z określeniami w stylu “najpiękniejsza”. W sumie te którymi jechaliśmy we Włoszech też były piękne. Czas płynie szybko i już za chwilę wjeżdżamy do jednego z najmniejszych państw świata.

Read More

Côte d’ Azur – day 2

7144

Dziś na pierwszy ogień poszło słynne Grasse – miasto perfumerystów. Ja osobiście nie mogłem się doczekać najwazniejszej rzeczy która się tam znajdowała – perfumerii w której można stworzyć własny zapach. Zafascynowany “pachnidłem” nie mogłem doczekać się już wizyty w perfumerii. Jednak rzeczywistość jak zwykle wszystko zweryfikowała 🙁

Przede wszystkim muzea okazały się po prostu przybudówkami do zakładów perfumeryjnych, czyli tak na prawdę były kolejnym trikiem mającym na celu zbałamucenie klienta i zachęcenie go do zakupu. Przypominało to bardziej sceny znane nam z Turcji, gdzie pokazy niby-zakładzików miały na celu tylko stworzenie wyjątkowości miejsca i wpłynąć na chęć zakupu.

Read More

Côte d’ Azur- day 1

7083

Już chwilę po tym jak rodzice Marysi skręcili zniknęli nam z oczu dopadła nas znana nam dobrze samotność. Znowu zostaliśmy w trójkę, lub może prawie czwórkę – Marysia, Ja, Denis i dający coraz mocniej o sobie znać Franek. Dlatego nie czekając na zupełną załamkę od razu chwyciłem telefon i zadzwoniłem do moich rodziców. W końcu Tata był u nas ostatnio w maju, a Mama w grudniu zeszłego roku!

Rodzice trochę pomarudzili, ale dość szybko dali się przekonać do przyjazdu. Oderwać od codzienności jest im trudno, ale jak już się oderwą to czerpią z tego pełnymi garściami 🙂
Pierwszy plan przewidywał wyjazd do Paryża. Ostatnie spotkanie z Guillesem (naszym dobrym znajomym, paryżaninem, który przez wiele lat wynajmował od nas mieszkanie) nie wypaliło, więc może spotkamy się z nim tym razem. Niestety. Guilles właśnie zaplanował wyjazd do Japonii – jak pech to pech.
Postanowiliśmy więc ruszyć tym razem na północ Francji – do Alzacji i Lotaryngii. W sumie to rejon nam zupełnie nieznany, a chyba każdy o nim słyszał z lekcji historii (choć większość nie wie gdzie dokładnie leży, niestety większość nauczycieli historii zbyt często zapomina o mapie). Jednak wyjazd do Włoch odbyty w trakcie czekania na rodziców diametralnie zmienił nasze plany. Po co jechac na zimną północ, gdy na południu nadal lato? Ciepłolubna Mama na pewno przystanie na nasz plan a i Tata, który lubi architekturę (jednak głównie współczesną) woli pewnie pojechać na południe niż zwiedzać zamki i kościoły na zimnej północy. Jednak aby nie powtarzać trasy wycieczki która odbyliśmy z rodzicami Marysi, zdecydowaliśmy się od razu wyruszyć bardziej na wschód i dojechać aż do Włoch, zapełniając geograficzną dziurę między naszymi dwoma ostatnimi wyjazdami. Zresztą trasa Saint Tropez, Monte Carlo, Cannes, czy w końcu San Remo zapowiadała się ciekawie, a rodzicom nazwy tych miast na pewno bardzo dużo mówią. Świadczą w końcu same za siebie!
Dodatkowo wyjazd ten to prezent na 34 rocznicę ślubu rodziców (11 i 13 września).

Read More

Como i Portofino day 2-3

7011

Niestety wiatr nam nie dopisał. Kolejny wyjazd okazął się surfingowa klapą, choć nie tracę nadziej że kiedyś wreszcie mi się uda. Może nawet sfinalizujemy ten plan wyjazdu na Hawaje, który pojawił się zaraz przed oznajmieniem Franka: “Tu jestem”.

Postanowiliśmy więc wykorzystać pozostały dzień i pojechać dalej na południe… nad morze! Dowiedziałem się też, że Bartek i Paweł planują zostać tu do poniedziałku, więc jako wolny ptak przystałem na tę propozycję (Mary wróci z Jabolem).

Read More

Como i Portofino – day 1

6934

Poranny wyjazd z Mediolanu trochę nas przerósł. GPS odmówił posłuszeństwa – później już domyśliłem się, że po prostu zgubił się podczas wyznaczania trasy – miliony kombinacji małych uliczek okazały się zabójcze. Rozłożyliśmy więc papierowa mapę i ruszyliśmy w stronę malowniczego jeziora Como. Droga na północ tego jeziora (o kształcie biegnącego człowieka spróbujcie przybliżyć sobie na załączonej mapce) biegnie właściwie wschodnią jego stroną. Jest to jednak ukryta w tunelach droga ekspresowa – my wybraliśmy drogę zachodnią, krótszą ale o wiele bardziej malowniczą. Tam spotkaliśmy się z chłopakami i zarezerwowaliśmy mały hotelik basenem. Bajka!

Read More

Como i Portofino – day 0

Choć już końcówka września, w dodatku pochmurna i brzydka (nie to co dokładnie dwa lata temu gdy braliśmy ślub 😉 ) to cofniemy się jeszcze raz w czasie do początku września, kiedy to w desperackim akcie ucieczki przed jesienią, zdecydowaliśmy się pojechać na południe, czyli północ Włoch.
(Aha, uwaga techniczna – kiedy długo nie piszę – dostaję maile od oburzonych czytelników. Kiedy zaś piszę – cisza, nawet żadnego komentarza. Wprowadziłem więc wzorem Facebooka małe udogodnienie, jeśli podoba Ci się co piszę – wciśnij “I like it” pod postem. Takie coś zdecydowanie bardziej motywuje do prowadzenia bloga. W przeciwnym wypadku nie wiem nawet czy ktoś to czyta czy nie 😉

Read More

Prowansja i Langwedocja day 3

6673

Nie bez kozery dzisiejsza mapka jest mapą uwzględniającą ukształtowanie terenu. Niestety mój GPS tego nie robi. Choć w sumie żałować nie ma czego. Ale po kolei.
Mama Marysi nie lubi autostrad. W sumie trochę ją rozumiem – po początkowej ekstazie Polaka-Za-Granicą którą można streścić do “o rany, autostrady jednak istnieją!” jeżdżenie autostradami dość szybko się nudzi. Szczególnie podczas wyjazdu krajoznawczo-turystycznego. Większość z nich (nie licząc nielicznych górskich odcinków choćby we Włoszech) jest po prostu nudna jak flaki z olejem. Do tego typowo polskie oszczędzanie na parkingach i przejazdach (które nam przeszło dopiero po pół roku) i wszystko jasne. Ja zresztą też chciałem wrócić jakąś ciekawszą trasą, więc zdecydowałem się pojechać do Grenoble linią prostą a nie naokoło, autostradą.

Read More

Prowansja i Langwedocja day 2

6562

Dziś podróż na południe, aż do morza, na słynne Lazurowe Wybrzeże. No może nie do końca, bo Camargue to chyba jeszcze nie Cote d’ Azur w czystej postaci (o czym mieliśmy się dziś przekonać), ale zawsze blisko…

Awinion – jak możecie zobaczyć na mapce – leży na granicy Prowansji i Langwedocji, więc większość miast położonych w okolicy nie ma czysto prowansalskiego charakteru. Langwedocja jest rejonem w którym pozostało wiele pozostałości po czasach rzymskich. Pierwsze na naszej drodze jest Arles.

Read More

Prowansja i Langwedocja day 1

6445

Prowansja, do tej pory, kojarzyła mi się jako przeciętnemu zjadaczowi chleba, głównie z ziołami prowansalskimi. Langwedocja natomiast nie kojarzyła się z zupełnie niczym. Prawdę mówiąc do tej pory nazwa ta brzmi dla mnie trochę jak  kraina z bajek dla dzieci.

Wizyta rodziców Marysi zaplanowana była już (co w przypadku rodziny z Wrocława nie powinno dziwić :D) od dawna. Przede wszystkim chcieliśmy odwiedzić jeszcze raz, z Mamą i Martinem miejsce ostatniego nurkowania Taty Marysi, a przy okazji zwiedzić trochę południa Francji.
Read More

Doublesoo

5924 Choć tak naprawdę nasze wakacje rozpoczęły się (i zakończyły w klasycznym słowa znaczeniu) już w czerwcu, to mini przyjazdy i wyjazdy trwały przez całe dwa upalne miesiące. Pierwszym z nich był przyjazd dwóch Suchych, czyli Soo i Piotrka Su* wraz ze swoimi żonami/kobietami 🙂 Wreszcie! Tak, tak pisałem już nie raz że jeśli mam na coś narzekać w Szwajcarii to własnie na brak znajomych.

Read More

Back to the future

Od ostatniego wpisu minęło już tyle czasu, że właściwie wcale nie zdziwiłbym się, gdybyście po prostu postawili na mnie krzyżyk i zdecydowali że nie będziecie odwiedzać az tak bardzo zaniedbanego bloga. Dwa miesiące, które zawsze były tymi najbardziej cennymi – wakacje. Może to dlatego właśnie ogarnęło mnie takie straszliwe lenistwo i rozleniwiony strasznymi upałami zupełnie opuściłem się w informowaniu was o moich whereabouts?

Read More

My home is…

…where my heart is. But where is my heart?

Ciągle myślę że w Polsce. Ale wystarczą dwa dni w stolicy i zaczynam mieć wątpliwości. Nie sądziłęm, że będe chciał wrócić do Genewy, a jednak…

Po pierwsze musze wam drodzy czytelnicy przyznać się do jednej dość dziwnej rzeczy. Otóż jedną z moich wewnętrznych sprzeczności (których mam tak wiele, że czasami w myślach bratam się z Hemingwayem i zastanawiam się czy nie cierpię na chorobę dwubiegunową) jest jednoczesne umiłowanie porządku i prostoty i jednoczesna niemożność jego utrzymania. Doszedłem już w sumie do etapu pogodzenia się z tym faktem (a żona dbająca o porządek i wyjazd d Genewy pomógł mi trochę w jego utrzymywaniu). Ale doszła do mnie jedna rzecz – dość nagle i dość mocno.
Read More

Day 8 – Frying Pan

5022

Samolot odlatuje wieczorem, więc mamy jeszcze cały dzień na spędzenie czasu na wyspie. Ja jak zwykle włączam mój “tryb świadomości” – bardzo go lubię i polecam go wam wszystkim. Siedzę sobie na basenie, obserwuję lazurową toń wody w basenie i granatowy ocean rozciągający się za nim i uświadamiam sobie, że jeszcze tu jestem. Własnie teraz, w tym momencie, w tej chwili. Przeszłość jest tak długa, przyszłość jeszcze dłuższa, a teraźniejszość trwa tylko mgnienie oka. Będę tęsknił za tym wyjazdem, już niedługo stanie się on historią, a teraz jeszcze tu jestem, jeszcze tworze jego historię, jeszcze moge napawać sie każdą jego sekundą. Oddycham głęboko i staram się wszystkimi moimi zmysłami chłonąć chwilę. Carpe diem.

Read More

Day 7 – Tsunami

5020

Ponieważ (Górecki, nie zaczyna się zdania od “ponieważ”! :P) zdawałem sobie sprawę że okres aktywniejszego spędzania czasu już minął postanowiłem przekonać żeńską część wycieczki do spędzenia tego dnia na plaży a nie na basenie (chociaż tyle). Marta koniecznie chciała jechać na Cofete, ale pomysł spotkał się z chłodną kalkulacją Marysi i (całe szczęście) wyparował 🙂 Przypomnę, że Cofete to ta plaża za dłuuuuugą i krętą drogą na samym południowym czubeczku wyspy. Corralejo też jest za daleko, zdecydowaliśmy się więc pojechać na najbliższą Playa de Sotavento.

Read More

Day 6 – Zoo

5019

Dziś przekonaliśmy się na własnej skórze dlaczego Brytyjczycy przyjeżdżają tu w październiku a nie w czerwcu. Do Oasis Parku wybraliśmy się chyba w najgorszy możliwy dzień – w straszny upał i w dodatku w sobotę. Tłumy wycieczek pełne wydzierających się dzieciaków co chwilę potrącały nas łokciami, a wielkie 100 kilowe turystki stawały przed nami blokując widoki na atrakcje. Masakra.

Read More

Day 5 – Catamaran

5018

Dziś katamaran. Dla tych mniej żeglarsko obeznanych dodam, że to typ łodzi żaglowej składającej się z dwóch pływaków i jednego masztu 🙂 Zresztą widzicie na zdjęciu. No właśnie. Katamaran tam widoczny to MAGIC, czyli ten do którego zniechęcił nas pan w wypożyczalni samochodów 3 dni temu. I miał rację! Nie jest on wiele większy od Santa Marii którą płynęliśmy, a mieści ponad 100 osób, co w porównaniu z naszymi 20 ma osobami czyni go Titanikiem. Tak też jest zbudowany, to łódź typowo turystyczna. Abstrahując już od faktu iż pewnie turystyczy był też przebieg rejsu, prędkość i czas płynięcia na żaglach, to samo przebywanie ze stoma spoconymi osobami na tak małej powierzchni wywołuje we mnie dreszcze.
Read More

Day 4 – Eastcoast

5017

Wschodnie wybrzeże Fuerteventury nie jest tak malownicze jak zachodnie jeśli chodzi o ukształtowanie terenu, nadrabia za to malowniczymi plażami – tak malowniczymi, że momentami az kiczowatymi. To znaczy trudno plażę nazwać kiczowatą, ale kolory wody są tak niesamowite i tak nasycone, że na zdjęciach trzeba zdejmować nasycenie, w przeciwnym wypadku każdy powie “eee, podkręciłeś”.
Read More

Day 3 – Westcoast

5016

Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy wzdłuż zachodniego wybrzeża. Nie jest ono tak przyjazne jak wschodnie – niskie i zasypane piaskiem z Sahary – za to upstrzone łańcuchami górskimi i klifami o które rozbija się Atlantyk. Marysia wybrała kilka miejsc w które mieliśmy dotrzeć, między innymi oczywiście plażę na której stoi wrak amerykańskiego okrętu “American Star” do którego nie zdążyliśmy dotrzeć w zeszłym roku.
Read More

Day 2 – Dixie

5015

Nie, nie udalismy się do Dixielandu czyli południowych stanów amerykańskich, zwiedziliśmy jedynie południe wyspy czyli półwysep Jandia – charakterystycznie zwężoną część Fuerteventury.

Obudziliśmy się przed dziewiątą, czyli dość normalnie – pamiętajcie o godzinnym przesunięciu czasowym. Zresztą spać poszliśmy zdrowo przed dziesiątą, więc wszelkie zmęczenie odpłynęło w siną dal. Zmniejszenie klimatyzacji poskutkowało nieco gorącą nocą, ja jednak trochę boję się ustawiać ją na zbyt dużą moc – zawsze kończy się to moją chorobą.
Read More

Day 1 – Jetlag

5014

Zanim jeszcze przeniesiecie się z nami na Wyspy Kanaryjskie musimy cofnąć się dwa dni w czasie abyście zrozumieli zmianę składu naszej wycieczki. Tak, tak, podróż rodzinna zmieniła się w podróż poślubną  – bez pana młodego.
Ze ślubem wszystko w porządku – odbył się, moja siostra stała się Martą Pożarską tym samym wstępując do książecego rodu Pożarskich (choć to linia z nieprawego łoża jak uważa Senior – ojciec Maćka 🙂 )
Wesele też jak najbardziej udane – nie licząc pogody iście “żeglarsko-sztormiakowej – gdyby nie jeden incydent który wydarzył się już na samym początku.
Read More

Kocha, nie kocha, kocha, nie kocha

Nie, ten wpis nie będzie o naszych miłosnych rozterkach spowodowanych upłynięciem Pewnego Czasu od naszych zaślubin. Nie to żeby ich nie było – w końcu każdy mężczyzna który wytrzymuje z kobietą w ciąży powinien dostawać pokojowego Nobla, ale to zupełnie inna historia i nie będę jej rozwijał, bo spowoduję jeszcze zaognienie na PEwnych Frontach 😉

Będę pisał o Polsce. Nie jakoś patetycznie i wzniośle, choć prawde mówiąc mam wrażenie, że na obczyźnie wszyscy prędzej czy później stajemy się romantykami.

Read More

Bon bon

tophatPisałem już o grzeczności Szwajcarów nie raz. Pisałem na początku, pisałem później gdy nadal nie przestaje mnie zadziwiać. Musze napisać natomiast jeszcze o jednej rzeczy bo ona ciągle nie daje mi spokoju. A mianowicie o różnorodności grzecznościowych form.

Dla kontrastu i wsadzenia buta w butonierkę (ha! jednak trochę uważałem na polskim!) powiem wam, że przecież nasz polski język też bogatym w formy jest niewątpliwie. Pamiętam jak swego czasu Niemcy dziwili się niepomiernie, że mamy aż tyle określeń na oddawanie moczu (stąd też niezapomniane tłumaczenia takie jak “Druck stabilisieren”, czy “sich mit Fluss verbinden”).

Read More

Le jardinage

DSC_5060.jpgMaj w pełni. Wystawa w warsztacie “Steigmeier i synowie” nie zmienia się co prawda aż od wielkanocy (co jest wielkim zaniedbaniem, w końcu była już wystawa jesienna, zimowa, bożonarodzeniowa, walentynkowa, wiosenna i wielkanocna), ale jest coraz cieplej. Co ciekawsze połączenie górskiego klimatu pobliskich Alp i łagodnego klimatu tworzonego przez olbrzymie jezioro jest całkiem przyjemne. Nawet jeśli jest gorąco, to co jakiś czas powieje chłodniejszy wiaterek, a bakterie zabite są chyba w ogóle. W Polsce – jak słyszałem – wszyscy chorzy, a tu nic. Nawet ja, chorowity grypowo tutaj jestem zdrowiutki. A może to dlatego, że chodze na siłownię i się wysypiam? 🙂

Z Marysią wszystko ok, oprócz tego że się bardzo męczy i bywa jej niedobrze. Ale to chyba nic w porównaniu z tym co może się dziać (a znam z opowieści, czy opowiadań siostry). Czekamy na kolejne USG 2 czerwca.

Read More

Italo disco

4418

Decyzja o wyjeździe do Mediolanu została podjęta – jak większość naszych decyzji – dość nagle. Ot, w czwartek, Mary zapytała czy przypadkiem nie pojedziemy do Milano. Mnie powtarzać dwa razy nie trzeba, tym bardziej że szykowaliśmy się do wyjazdu tam właściwie od samego początku pobytu w Szwajcarii. Mediolan, oprócz Paryża, to chyba najbliższe miasto – z tych bardziej znanych.
Oczywiście podróż pociągiem – samolot jest zbyt drogi, a samochodem do Włoch jeżdżą tylko samobójcy. Nawet do północnych…
Read More

I want to be BIG!

Był sobie kiedyś taki film z Tomem Hanksem. Nazywał się “Big”. W sumie chyba nigdy nie widziałem go w całości, bo to były czasy kiedy oglądałem o wiele więcej trailerów niż filmów – tylko trailery były odkodowane na Teleclubie i innych kanałach satelitarnych. Trailer do “Big” widziałem milion razy. Pewien chłopiec mający dość problemów bycia dzieckiem (eh, głupek!) podchodzi do maszyny spełniającej życzenia, wrzuca monetę, mówi “I want to be big!” i… budzi się następnego dnia jako Tom Hanks 🙂 Abstrahując może od samej atrakcji zbudzenia się jako Tom Hanks (do głowy przychodzi mi od razu milion możliwości jak to wykorzystać) (nie, Soohy, nie w ten sposób), sama idea stania się dorosłym nigdy specjalnie mnie nie pociągała – może dlatego w końcu nie widziałem tego filmu? To znaczy owszem, marzyłem o tym żeby skończyć tą durną edukację (tu miałem rację, polska edukacja to dno), marzyłem o tym, żeby mój zarost rósł równo i gęsto i o jeszcze kilku innych rzeczach 🙂 Ale wiedziałem w sumie że nie chcę bardzo się zmieniać, że nie chcę być sztywniakiem, dorosłym, poważnym człowiekiem.

Read More

With a little help from my friends

4302

Jeśli miałbym opisać Genewę jednym przymiotnikiem byłoby to słowo “zielona”. Genewa jest po prostu bardziej zielona niż jakiekolwiek inne miasto które znam. Szczególnie teraz, gdy kwiaty przekwitają a ich miejsce zajmują liście. Wszystko stało się bardzo szybko – mlecze, które znam właściwie z weekendów majowych, tu rozkwitły już dwa tygodnie temu, a teraz – choć jeszcze kwiecień – część zamienia się w dmuchawce. Wiosna natchnęła mnie tak bardzo, że kupiłem soczewkę makro +4 – mogę sfotografować nawet oczy muchy 🙂 Parki są dosłownie wszędzie, a tam gdzie ich nie ma rosną drzewa. Głównie platany, choć oczywiście nie tylko. Pełno żywopłotów – cisy, tuje, graby. Na każdym rondzie klomby z bratkami, w każdym ogródku irysy, tulipany. Bajka.

Read More

Ciepło, ciepło, gorąco.

Wiosna pełną gębą. Nie pisałem dość długo z prozaicznego powodu – dziwnym trafem nie miałem dostępu do mojego serwera – tylko stąd (inni widzieli serwisy) i tylko do tego. Panowie z superhosta naprawili sprawe i znowu mogę pisać.

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu, a pogoda zrobiła się całkiem wiosenna – na tyle, że można już chodzić w cienkich sweterkach, lub na upartego w tshircie. Własnie siedzę w ogródku, dochodzi 20.00, a na dworze wciąć 20 stopni. Lubię wiosnę i jesień – jak ostatnio pisałem – bo trochę się za nimi stęskniłem. Ostatnio zima dość ostro przechodziła w lato – kwiecień jeszcze trochę mroził, a potem nagle maj wybuchał upałami. Na jesieni “Indian Summer” przeradzał się bezpośrednio w zimną pluchę. Tu – jeśli czytaliście – rozkoszowałem się jesienią tak długo, az po raz pierwszy w życiu jesiennie widoki i koloryt liści po prostu mi obrzydły.

Read More

Wiosna

Obudziłem się o 8.20, choć dziś sobota. Byłem pewien, że jest znacznie później, ale promienie słońca wpadające przez nasze okno nad łóżkiem skutecznie przekonały mnie, że trzeba wstawać. Reszty dokonał Denis – nigdy nie budzi nas pierwszy (chyba że dolne piętro jego piramidy Maslowa da o sobie znać), ale gdy tylko wyczuje że się budzimy – rusza do akcji.

Za oknem rzeczywiście słońe i błękitne niebo. Oczywiście temperatura ma się nijak do tego, do czego przyzwyczaiło nas Cabo Verde, ale to też ma swoje zalety. Lubię wiosnę. Może dlatego, że wychowałem się w takiej a nie innej strefie geograficznej – nie wiem czy mógłbym żyć na stałe tam gdzie rok dzieli się tylko na porę suchą i deszczową. Lubię ją chyba nawet bardziej od upalnego lata i cieszącej oko jesieni. A napewno bardziej od zimy. Zimy to generalnie w ogóle za bardzo nie lubię.

Read More

Day 7 – Pożegnanie z Afryką
13 lat ago

Day 7 – Pożegnanie z Afryką

Wiem, wiem. Zaniedbałem bloga. Ale zrozumcie – powrót do zimnych rejonów był dla mnie takim szokiem, że zapadłem w sen zimowy 🙂 Więc najpierw nadrobię ostatni dzień, a potem opiszę co wydarzyło się juz po powrocie.

Ostatni dzień mieliśmy spędzić zgodnie z planem na totalnym wysmażaniu swoich ciał. Rzeczywiście trochę nam tego brakowało i nawet ja zatęskniłem za nieruchomym leżeniem na plaży (no może przez pierwsze 15 minut). Wyjechać na Cabo Verde i wrócić bez opalenizny to trochę wstyd. A ja opaliłem sobie głównie czubek łysej głowy – większość pobytu spędziliśmy przecież na wycieczkach (w wycieczkach jakby to Marysia powiedziała, ona jako Wrocławianka w ogóle nie uznaje słowa “na” :P)

Read More

Day 6 – Carnival!
13 lat ago

Day 6 – Carnival!

Jeśli Santiago można nazwać małą Afryką, to Sao Vincente z pewnością zasłużyło na miano małej Brazylii. Szczególnie jeśli tak jak my – zupełnym fartem – załapiesz się na karnawał.

O tym, że odbywa się teraz karnawał wpadliśmy już w Polsce – Mama powiedziała, że przecież najbliższy czwartek to Tłusty Czwartek, więc wracamy w Środę Popielcową. Co za tym idzie we wtorek odbywa się na wyspach karnawał. Całe szczęście w ten dzień zorganizowana była wycieczka na tę wyspę gdzie jest on najbardziej okazały.

Read More

Day 5 – Africa
13 lat ago

Day 5 – Africa

Zaczynamy tęsknić za plażą i normalnym hotelowym życiem. Zafundowaliśmy sobie ostrą jazdę – 4 wycieczki w 4 dni i czujemy się tym trochę zmęczeni. Ale na pewno było warto.

O tym, że Santiago – zgodnie z tym co mówiła rezydentka – jest najbardziej afrykańską z wysp przekonaliśmy się jeszcze przed wylotem. Na lotnisku bowiem okazało się, że lot został odwołany, o czym nikt nikogo nie zdołał poinformować. Zanim jednak opiszę całość muszę opisać dokładniej lotnisko. Otóż to mały budynek, coś wielkości naszego starego krajowego Okęcia, później Etiudy. Bilety wypisywane są długopisem, obsługa jeśli akurat ma chęć to stoi tam gdzie powinna. No stress. Dopełnieniem całości była lokalna drużyna piłkarska w zielonych koszulkach polo, która akurat leciała rozegrać jakiś mecz na Boavistę. Sajgon. Arturo – locals pracujący w Itace ruszył do boju i mieszaniną portugalskiego i kreolskiego zaczął wyjaśniać rozleniwionym paniom, że nasz lot to sprawa życia i śmierci.

Read More

Day 4 – Ognia!
13 lat ago

Day 4 – Ognia!

Dziś obudził mnie damski głos i nie był to bynajmniej głos mojej żony. Był to głos pani z recepcji, która o 6 rano oznajmiła, że  “this is wake up call”. Całe szczęście mój organizm nadal myśli czasem europejskim, więc tak na prawdę nie było az tak tragicznie.

Autokar zawiózł nas na lotnisko, gdzie po raz pierwszy mieliśmy przyjemność skorzystać z lokalnych linii lotniczych. Należą do nich malutkie samoloty LET. Bałem się że będzie gorzej, że będą to dwupłatowce z pilotami w szaliku i czapce pilotce, ale lot okazał się całkiem przyjemny. Jeszcze przyjemniejszy był check-in – po raz pierwszy mogłem przejść przez bramkę nie zdejmując… nic. Także z plecakiem. Bramka nie piszczała, bo była oczywiście wyłączona :]

Read More

Day 3 – Sól
13 lat ago

Day 3 – Sól

Dziś pierwsza z wykupionych atrakcji – wyspa Sal, czyli po naszemu “sól”. Wyspa ta kiedyś nazywała się “Płaską” do czasu kiedy odkryto na niej wulkany. A ponieważ warunki naturalne sprzyjały pozyskiwaniu “białego złota”, czyli soli – tak własnie ją nazwano.

Wyspa geograficznie jest trochę połączeniem Lanzarote i Fuerteventury. Na południu – tu gdzie znajduje się nasz hotel – posiada wspaniałe piaszczyste plaże, północ wyspy natomiast ukazuje jej prawdziwie wulkaniczny charakter. Południe wyspy jest bogatsze, tu posiadają domostwa ci z kapowerdeńczyków którym się bardziej powodzi. Biedota mieszka na północy, gdzie próbuje swych sił w rolnictwie. Gleby wulkaniczne są co prawda urodzajne, ale jak już pisałem wody pitnej na wyspie praktycznie nie ma, a pory deszczowe bywają czasami bardzo suche…

Read More

Day 2 – Prawie jak surfing
13 lat ago

Day 2 – Prawie jak surfing

A miało być tak pięknie…

Wstaliśmy rano podekscytowani surfingiem. W przeciwieństwie do windsurfingu, czy kitesurfingu (które można uprawiac nawet w Polsce) nie ma na świecie wielu miejsc odpowiednich dla wave surfingu, czyli po prostu surfingu. Warunkiem koniecznym są oczywiście duże fale, ale też stosunkowo mały wiatr, czy dobra linia brzegowa – mało kamieni, skał, czy klifów. Najodpowiedniejsze są oczywiście wody oceanów – każdy kto widział fale na Hawajach, czy w Australii (ja tylko w telewizji) wie o co chodzi. Oczywiście nie musza to być fale jak na specjalistycznych filmikach, gdzie surfer ślizga się po boku fali wielkim niczym stok Wierchu Bania w Białce Tatrzańskiej. Oprócz tego danego dnia musi być dobry wiatr – zarówno jego siła jak i kierunek. I tego własnie zabrakło 🙁

Read More

Day 1 – Sim City
13 lat ago

Day 1 – Sim City

Pierwsza przewaga Capo Verde nad naszymi dotychczasowymi miejscami docelowymi ukazała się w pełnej okazałości już z samego rana. Zmiana czasu! Czy znacie to uczucie kiedy na zimę przestawiamy zegarki i można spać godzinę dłużej? Tu, z różnicą dwóch godzin to naprawdę świetna sprawa.

Zarówno na Kanarach jak i w Turcji poranne pobudki to coś co kłóciło się z dobrym wypoczynkiem. Szczególnie jeśli wieczorem chce się trochę poimprezować. Śniadanie serwowane jest w godzinach 7.30 – 10, ale właściwie już od 9.30 można jeść tylko zimne resztki. Tak więc budzić trzeba było się ok 8-8.30, co na warunki urlopowe nie jest marzeniem. Tu budzę się naturalnie o… 7 rano i w sumie nie chce mi się zbytnio spać, bo mój organizm myśli, że to 9.00. Nie jest to na tyle duża różnica, żeby czuć jet-lag, ale na  tyle duża żeby się wysypiać. Super!

Read More

Day 0 – Przylot
13 lat ago

Day 0 – Przylot

Wylot wyjątkowo nie był zaplanowany na jakąś diabelską godzinę zombich, tylko na 10 rano. Wyjątkowo też nie przyjechaliśmy zbyt wcześnie, natomiast na tyle wcześnie, aby nie stać w gigantycznej kolejce do biura ITAKI. Niestety przy lotach czarterowych oprócz kolejek do odprawy bagażowej, paszportowej, kontroli bezpieczeństwa i wreszcie boardingu trzeba niestety jeszcze zameldować się w biurze przewoźnika.

Read More

Zielono nam w głowach
13 lat ago

Zielono nam w głowach

Dość zimy. Po prostu dość. Mamy totalną zimowa depresję – położenie Genewy skutkuje tym, że nie docierają do nas prawie żadne promienie słoneczne. Gęste chmury nad doliną skutecznie odcinają nas …
Read More

Gorąco i mokro

3207

Nie, nie, to nie to o czym myślicie 😛 Ale po kolei.
Weekend jak to weekend – zaczął się w sobotę. Wtedy to mieliśmy pojechać na narty do Avoriaz. Tylko że tym razem na jeden dzień. Postanowiliśmy zostawić Denisa w hostelu dla psów – warunki tu są całkiem dobre a i cena rozsądna. Rano , jeszcze niczego nie podejrzewając , zawieźliśmy Denisa. Problemy zaczęły się chwilę później – mój brzuch zaczął wydawać dość dziwne odgłosy. Nic nie przejmując się ruszyliśmy w stronę granicy francuskiej. Zaraz za granicą poczułem że jednak wszystko w porządku nie jest. Niestety dostałem rostroju żołądka i to naprawdę niesamowicie ciężkiego. No nic – nie ma co wracać, pojechaliśmy do apteki, kupiłem odpowiednie leki i pojechaliśmy dalej. Czułem się dość dziwnie, trochę jakby mnie coś rozbierało (nie, niestety nie była to moja żona). Kiedy dojechaliśmy na miejsce wiedziałem już że z nart nici. Byłem strasznie osłabiony i choć dolegliwości chwilowo ustąpiły, to cały się trząsłem i miałem chyba stan podgorączkowy. Pozwoliłem jednak Marysi nacieszyć się śniegiem (ta to ma męża!) i przespałem się w samochodzie. Około 17 byłem juz pewien że mam gorączkę, więc poprosiliśmy Bartka, aby prowadził samochód w drodze powrotnej.

Read More