Day 12 – La Gomera

Day 12 – La Gomera

Siedzę znowu w moim ulubionym barze z widokiem na ocean (którego nie widać bo jest za ciemno 🙂 i słucham mojego ulubionego śpiewaka w za dużej marynarce (który wygląda jak Rutger Hauer) śpiewającego tym razem Piano Man. Przed chwilą śpiewał „what would you do if I sang out of tune” – trochę to śmiesznie brzmiało w tym wykonaniu, powinien zaśpiewać „what would you do if I didn’t sing out of tune”,  heh :]. Ale teraz jeden z moich ulubionych kawałków – z harmonijką w tle rzecz jasna. Harmonijka z playbacku rzecz jasna. Harmonijka to dla mnie wyjazdy w góry i prawde mówiąc trochę słysząc tę harmonijkę zatęskniłem za Polską. No wiem, że zimno teraz i będe tęsknił za Teneryfą jeszcze zanim wysiądę z samlotu, ale za Polską też zawsze po dwóch tygodniach już trochę tęsknię 🙂 Taki ze mnie głupek.

Ale nie miałem się zwierzać, tylko pisac o naszej ostatniej dużej wycieczce – na La Gomerę!

[umap id=”81060″ tp=”6″ size=”m” alignment=”center”]

Pisałem już o tym kilka razy, ale dla mnie wytrwałych w śledzeniu moich wojaży powiem jeszcze raz. Wyspy Kanaryjskie możemy podzielić na trzy grupy. Grupa wschodnio-północna to Lanzarote i Fuerteventura, wyspy środkowe (największe i najbardziej turystycznie zagospodarowane) to Teneryfa i Gran Canaria, a trzy małe wyspy położone na zachodzie to El Hierro, La Gomera i La Palma. Wyspy te oparły się przemysłowi turystycznemu i są o wiele dziksze niż pozostałe. Mają mnóstwo tras trekkingowych – musimy tu kiedyś wrócić 🙂

Tym razem wybraliśmy się na Gomerę, tym samym zaliczając 4 z 7 wysp. to już większość 🙂 Gomera położona jest blisko Teneryfy, podróż promem zajmuje jedynie 40 minut. Ale zanim dotarliśmy na Gomerę spotkała nas jeszcze przygoda. A właściwie dwie przygody 🙂

Wycieczka na Gomerę zaczynała się o nieludzkiej porze – autobus odjeżdża o 7.45. I to wcale nie z hotelu. Wyjść z hotelu musimy o 7.30 (ał!), zejść na śniadanie o 7.00 (ałłł!), więc wstać o 6.55 (według mnie) i o 6.00 (według Marysi) (ałłłłłłłłłłł!).

Udaje nam się wstać (nie wiem czemu nie mogę pospać dłużej, skoro moja poranna toaleta trwa 5 minut w przeciwieństwie do tej damskiej) zwlekamy się na śniadanie, a następnie na przystanek na który ma podjechać autokar. I tu pierwsza niespodzianka. Nie mamy kwitu potwierdzającego zapłatę za wycieczkę. Tata szuka go gorączkowo po portfelu, a ja przypominam sobie że chyba brałem go ze sobą, gdy wczoraj wieczorem szedłem sprawdzić miejsce odjazdu autobusu (nasz sprzedawca, Słowak Marco, podał nam miejsce mówiąc „ano to je kolo takeho banka Santandera”, więc woleliśmy to sprawdzić 🙂 ). Patrzę na zegarek. Mamy 10 minut. Uda się więc pobiec po kwit to pokoju. Mózg jeszcze się nie obudził, ale mięśnie działają. Ruszam. Biegnę, biegnę, i nagle mój głos (nie wiem czy o tym pisałem, ale mój Głos to jest GOŚĆ i zawsze mi dobrze doradza, tylko ja nie zawsze go słucham) mówi mi „wyjmij klucz do pokoju!”. Ciągle biegnąć przekładam plecak na brzuch, wyjmuję portfel, z niego kartę-klucz…. eeeee… nie wyjmuję karty-klucza. Bo jej nie wziąłem. Chyba po raz PIERWSZY. Akurat dziś. Ech.

Wracam więc do reszty rodzinki. Trudno, teraz już nie zdążę. Ale w tym momencie przypominam sobie, że już raz nie wzięliśmy (uprzedzę moją małż – kraa kraaa to JAAA nie wziąłem!) pokwitowania wycieczki – w Turcji. I nie było problemu. Tak więc teraz też na to liczę. Udaje się – jesteśmy na liście, podaję nazwe hotelu i numer pokoju i wsiadamy do autobusu.

[I znów flamenco show dzisiaj! Może to te ame tancerki i te same numery, ale to i tak wspaniałe! :)]

Ale to nie koniec przygód. Pisałem wczoraj o tym, że mamy samochód na jeden dzień dłużej. Niemiec powiedział nam, że możemy oddać go teraz lub następnego dnia rano (w niedzielę po południu Autovermietung jest nieczynne). Ale ponieważ w poniedziałek rano mielismy zaplanowany wyjazd na Gomerę, mieliśmy zostawić klucz na recepcji hotelu (Ja, ja, kein Problem, Sie gehen nach Gomera!)

Zonk. Der Zonk. Otóż na recepcji dowiedzieliśmy się że kluczy nie przyjmują. I tyle. Koniec. Fin. Ende. Nie i już. Wzięliśmy więc klucze ze sobą licząc na to, że może ktoś podjedzie do nas do portu, przed samym odpłynięciem promu. W końcu autobus odjeżdża o 7.45, a wypożyczalnia czynna jest od 8.00

Dzwonienie przed 8 nie miało sensu, zadzwoniłem więc po 8. Wytłumaczyłem co i jak – w kierunku portu wyruszył kierowca którego zadaniem było odebranie kluczyka. Czasu było mało, ale udało się nam zlokalizowac się nawzajem. Tak więc zupełnie spokojnie już wsiedliśmy na prom.

Mama i Marysia na promie. W tle El Teide.

Prom bujał dość mocno, ale było na nim WIFI! Wszedłem na Facebooka i sprawdziłem maila. UPS! Czas zrobić kilka płatności, przede wszystkim VAT – urlop urlopem, ale kwartał się kończy…

Prom dopłynął do brzegu, wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy w podróż po Gomerze. Nasz przewodnik to niezły kozak – przez całą wycieczkę mówił w czterech językach – angielskim, hiszpańskim, niemieckim i francuskim. A do gadania było sporo. Summa summarum przed każdym postojem czekaliśmy jeszcze minutkę, dwie, zanim skończy gadać – po prostu się nie wyrabiał…

Gomera jest przede wszystkim ZIELONA. Naprawdę. Robi to różnicę po naszym pustynnych wyspach i Turcji. Otóż wiatry wiejące w kierunku wysp wznoszą się napotykając góry i tworzą chmury. A te oczywiście produkują deszcz. A deszcz powoduje, że wyspa jest zielona…

Gomera

My wiedzieliśmy o tym, ale zapomnieliśmy o różnicy wysokości. Dlatego też nie wzięliśmy ze sobą cieplejszych ubrań. A park narodowy Gomery przywitał nas mgłą, deszczem i polskimi 12ma stopniami. Udało mi się zrobić kilka zdjęć drzew porośniętych mchem, po czym rozgrzaliśmy się herbatą. Ruszyliśmy dalej i na szczęście za chwilę wyjechaliśmy z chmur. Zrobiło się cieplej 🙂

Park Narodowy na Gomerze

Mijaliśmy różne wioski położone na górskich zboczach. Prawdę mówiąc tu różnice między wioskami a miastami nie są wcle aż tak wyraźne jak u nas – będa to zawsze kolorowe prostokątne domki. Na wsi będzie ich mniej, w okolicy pojawią się też pola uprawne. Właśnie – pola. W górzystym terenie Gomery, jedyna możliwość upraw to uprawy tarasowe. Niestety te są często opuszczone. Widzimy opuszczone pola, a nawet całe domy i budynki gospodarcze. Podobno spora emigracja miała miejsce w czasie kryzysu lat 20tych XX wieku, a następnie podczas wojny domowej.

Mijamy kolejne wzniesienia i doliny i zbliżamy się do LUNCHU! Niestety nie zaskakuje nas on – to udko kurczaka z ryżem, z dodatkiem lokalnym pomarszczonych ziemniaków i mojo rojo. Jedyną atrakcją byli szwajcarzy którzy siedzieli przy naszym stoliku. Udało mi się nawet porozumieć z nimi po francusku – chyba mój mózg pogodził się ze znajomością dwóch podobnych języków i ich nie myli. Yeah!

Podczas obiadu mieliśmy też możliwość zapoznania się z lokalnym językiem gwizdanym. Otóż mieszkańcy Gomery porozumiewali się tak ze względu na mnogość wąwozów. Podobno można było takim gwizdem pogadać sobie z wąwozu do wąwozu. Trochę w to nie wierzę, ale co zrobić 🙂

W ramach lunchu jeden z kelnerów wygwizdał kilka słów w różnych językach, a nawet powiedział kelnerce (której nie było podczas pierwszej części) gdzie ma szukać uprzednio schowanych przedmiotów. Kelnerka oczywiście bezbłędnie je znalazła. Przedmioty były własnością uczestników wycieczki i oni też decydowali gdzie te przedmioty schować. Ale i tak całość śmierdziała lekką ściemą :] Muszę więcej poczytać o tym języku.

Najedzeni ruszyliśmy w dalsza podróż. Prawdę mówiąc już trochę się od wycieczek autokarowych odzwyczailiśmy, także nie byliśmy zbyt zachwyceni. Z jednej strony dość nietypowa i fajna wyspa, z drugiej strony monotonny głos przewodnika i odbębniane przystanki na robienie zdjęć. To wszystko spowodowało że uciąłem sobie drzemkę – pierwszą chyba w ciągu tego wyjazdu :] Przegapiłem podobno kilka punktów widokowych, ale nic nadzwyczajnego nie mijaliśmy. Warto jeszcze nadmienić że północ wyspy różni się od południa – zimne wiatry z północy napotykają na góry, skraplają się i spadają. Dlatego też klimat północnej części wyspy jest łagodniejszy – więcej tu zieleni. Południe wygląda bardziej jak choćby Teneryfa.

Fauna! Inna niż karaluchy i mewy! 🙂

Dotarliśmy do portu, stamtąd „Fredek” czyli prom Fred Olsen Express zabrał nas spowrotem w stronę Teneryfy. Zmęczeni wczesną pobudką dość szybko zalegliśmy – wyjątkowo bez wycieczki do śpiewaków.