Day 7 – Colorado

Day 7 – Colorado

Żeby zupełnie się nie znudzić postanowiliśmy zachować nasz rytm – jednego dnia góra wyspy (północny wschód), drugiego dół, czyli południe i zachód. Ponieważ pogoda miała być całkiem ładna, postanowiliśmy przejść się wąwozem Masca. Niestety nie wzięliśmy z Polski treków (nie zmieściły się w walizce), ale stwierdziliśmy, że nasze adidasy (choć przed kostkę) powinny dać radę. Pojechaliśmy więc w kierunku Los Gigantes i wąwozu Masca.

Masca to malownicza wioska położona na zboczu góry, która jest właściwie poczatkiem wąwozu o tej samej nazwie, schodzącego do samego morza. Podjechaliśmy do wąwozu i poszliśmy w stronę restauracji. Może wydawać się to dziwne, ale poranne procedury plus podróż krętymi górskimi dróżkami spowodowały że zbliżała się już pora lunchu. Zresztą nie mieliśmy dużo do gadania – albo jemy teraz, albo dopiero po zejściu z wąwozu.

No właśnie – jedzenie. W sumie nie pisałem o tym jeszcze zbyt dużo.  Co dobrego można zjeść na Kanarach? O ile nie traficie na angielski bar (w zależności od wyspy jest ich mniej lub więcej, ale zawsze mnóstwo) to możecie zamówić owoce morze, ryby lub befsztyk – wołowy lub wieprzowy. Owoce morza aż tak nie powalają, na południu Europy można chyba zjeść lepsze krewetki 🙁 [Marysia: Niestety 1.5 roku spedzone w kulturze frankofońskiej baaaardzo rozpieszcza jeśli chodzi o jedzenie!] Jedyne które polecam to krewetki w czosnkowym oleju podawane jako przystawka.

Ryby niestety też nie powalają – to zawyczaj filety – nie wiem czy nie mrożone… Trochę kiepsko jak na wyspę otoczoną zewsząd morzem.

Powalają za to papas arrugadas, czyli pomarszczone ziemniaki. Robi się je dość prosto – wystarczy ugotować małe ziemniaczki, w mundurkach, w wodzie osolonej najlepiej solą morską. Do tego obowiązkowo sosy – mojo rojo (pikantny) i mojo verde (łagodny). Respektywnie (trudne słowo) czerwony i zielony. Pycha.

Ale wracajmy do dnia dzisiejszego. My z Tatą zjedliśmy wołowe befsztyki, Mama ichniejszy placek zbójnicki (wymięka przy naszym!),  Mary sałatkę. Założyliśmy buty i ruszyliśmy w stronę wąwozu. Rzecz jasna sami, we dwójkę – Franol i rodzice zostali, odbiorą nas w Los Gigantes gdzie dopłyniemy specjalną łódką. I właśnie w tejże łódce cała magia naszego zejścia. Otóż łódka odpływa trzy razy dziennie – o 13.30, 15.30 i 16.30. Później niestety nie ma nic… Gdy wyruszaliśmy była 13:50. Zejście według localsów trwa od 2 i pół godziny do 3 godzin – w zależności od kondycji rzecz jasna. Mieliśmy więc niewiele czasu… Kupiliśmy mapę, dwulitrową wodę, bilety na łódkę odbierającą nas na dole (nie wspomniałem chyba że na dole nie ma innej opcji niż odpłynięcie łódką – nie dochodzi tam żadna droga) i ruszyliśmy. [Marysia: Jest jeszcze możliwość powrotu tą samą drogą, ale w górę, co już na początku odrzuciliśmy] [przerwę na chwilę opowieść, bo właśnie grajek w moim ulubionym barze pyta z hiszpańskim akcentem: anybody likes Dir Straits? Kam aaaan! I oczywiście śpiewa… Sultans of Swing 🙂 ]

Wąwóz już od samego początku zaczął robić na nas gigantyczne wrażenie. Droga w dół wiodła kamiennymi schodkami, potem samymi kamieniami lub żwirem. Właściwie nie dało radu się zgubić – jak w grze komputerowej większość innych tras była po prostu zablokowana lub zbyt trudna. Dodatkowo główna trasa oznaczona była piramidkami z kamieni. Kiedy mieliśmy wątpliwości co dalej, oglądaliśmy się na piramidki.

Ale, ale! Zapomniałem o samej wiosce Masca. No cóż zapomniałem, bo z nóg nas nie powaliła. Może nie przyjrzeliśmy się jej zbyt dobrze, może byliśmy zbyt zaabsorbowani samym zejściem, a może rzeczywiście nie jest az taka wspaniała… Jest fajnie zbudowana i tyle. Widoku zbyt pięknego nie było. Ale wróćmy do naszego zejścia.

Schodzenie po kamieniach nie było mega trudne, ale mimo wszystko niezbyt łatwe. Słońce, jak to w wąwozie, nie paliło zbytnio, ale niektóre kamienie były rzeczywiście śliskie. A my nie mieliśmy vibramowych podeszw…

Droga kręciła w te i we wte, mijaliśmy wielkie głazy i skupiska małych kamyków. Strumień cicho szumiał w dole, a góry sięgały coraz wyżej. Prawdę mówiąc nie było zbytnio szans, żeby oddać magię chwili zdjęciem – szczególnie panoramą. Bo żeby oddać potęgę chwili musiałbym robić panoramę pionową, lub 360 stopni 🙂 Do 360 mam zbyt kiepski obiektyw, pionowych kilka zrobiłem.

Droga ciągle schodziła w dół. Nie robiliśmy specjalnych postojów – schodzenie w dół nie jest zbyt męczące o ile nie ma się zbyt długich paznokci i zbyt małych butów (albo co gorsza dwóch rzeczy na raz!). Całość czuje się dzień później :] [Znowu musze przerwać – gitarzysta przestał grać, obok rozpoczął się show flamenco- trzy laski dygają w rytm andaluzyjskich rytmów. W obecnym momencie czasowym wyrażenie „październik w Polsce” jest synonimem słowa „TRAGEDIA”. No jestem ciepłolubny. Jestem cholernie ciepłolubny I CO MI MOŻECIE ZROBIĆ? 😛

Swoją drogą czas na refleksję która męczy mnie od kilku dni. Otóż zawsze kochałem język angielski. Od kiedy uczyłem się go w zerówce, poprzez wszystkie lekcje które brałem, wyjazdy do Anglii, certyfikaty które zdawałem i inne zastosowania. Uwielbiam akcenty angielskiego, uwielbiam wsłuchiwać się w język, rozróżniać je, uczyć się udawać kolejne z nich, ale… po głębszym zastanowieniu się wcale nie kocham ani Anglików ani Amerykanów. Pierwsi nie są w niczym nadzwyczajni, ba, większość z tych których spotykam to zwykłe chlejusy. A ci lepsi nie są w niczym nadzwyczajni. Amerykę wyobrażam sobie taką jaką widzę w filmach, ale zdaje sobie sprawę, że rzeczywistość jest zupełnie inna.

Hiszpanów natomiast kocham miłością bezwzględną. Od kiedy ich ujrzałem podczas mojego wyjazdu do Malagi w 1995. Kocham ich luzackie podejście do rzeczywistości, ich luźne podejście do reguł, ich temperament, humor i dystans. Cieszę się bardzo że w pierwszej klasie ogólniaka wybrałem właśnie hiszpański i myślę sobie że przede mną jeszcze mnóstwo hiszpańskojęzycznego zwiedzania – od Kuby i innych wysp Karaibów, przez Hiszpanię która w sumie mało znam, po prawie całą Amerykę Południową!]

Idziemy w dół. Krajobraz który widzimy jest wyjęty z westernów… Wielkie głazy, ściana kanionu, jaszczurki i cicho szumiący strumień.

Mijamy kilku hiszpańskich turystów – pytamy się ile jeszcze do końca. Mówią, ze godzina. I to nas strasznie myli. Jest dopiero 14.30 – myslimy sobie że jestesmy rzeczywiście niesamowici i że właściwie zdążymy na 15.30! O jak bardzo się mylimy… Schodzimy dalej i urządzamy sobie nawet dłuższe postoje. Po jakiejś godzinie spotykamy grupkę Niemców wchodzących na górę – jedna z uczestniczek wycieczki mówi nam od niechcenia „noch eine Stunde”. No własnie – spotykamy po drodze samych Niemców! Nie ma otyłych Brytyjczyków, jest trochę Hiszpanów, ale oprócz tego nikogo. Trochę Rosjan. Wszysscy w plecakach i trekach. No tak, to nieco zbyt trudny szlak dla zwykłych wczasowiczów…

W każdym razie uwaga Niemki mocno nas niepokoi. Myślimy sobie jednak, że po prostu się pomyliła i idziemy dalej. Co chwilę wydaje nam się, że jesteśmy już właściwie przy wyjściu, ale za chwilę okazywało się, że kanion wiedzie w bok i to jeszcze nie to. Zaczęliśmy się poważnie martwić, gdy wybiła godzina 16, a morza ani widu, ani słychu. Byłem nawet w stanie włączyć roaming i odpalić Google Maps, ale niestety w wąwozie nie ma żdnego zasięgu. Przyspieszyliśmy. Nie było to zbyt proste – trudno biec po kamieniach w butach poniżej kostki. Czas płynął nieubłaganie, a my zagłębialiśmy się w kolejne skręty wąwozu. Gdy wybiła 16:15 – zaczęliśmy właściwie biec. Patrzyłem się co chwilę na iphone i odmierzałem kolejne minuty. Bolały nas już stopu od schodzenia w miękich butach po ostrych kamieniach, bolały nas kolana i łydki. Energii dodawała nam myśl, że jeśli się spóźnimy, musimy wejść na górę. HARDKOOOR!

O 16:20 poczuliśmy morze. Resztką sił dowlekliśmy się do kolejnego zakrętu i doszliśmy żwirowym traktem do morza. Była 16:26. Poganiała mnie cały czas Marysia, która ze swoim wrocławskim poczuciem czasu była przerażona możliwością spóźnienia się. Ja wiedziałem, że będzie dobrze. I co? I miałem rację. Zawsze wiedziałem, że bliżej mi do Hiszpanów niż do Niemców 🙂 Łódka spóźniła się… pół godziny!!!

[Marysia: Warto dodać przy okazji, że jeśli chodzi o chodzenie po górach, to idzie mi to trochę szybciej niż Michałowi, w związku z tym to ostatnie 30 minut wyglądało tak, że ja biegłam, a Michał ciągnął się kilkadziesiąt metrów za mną. Koniec końców w czasie biegu po kamieniach 2 razy wykręciłam sobie kostkę, ale na statek się nie spóźniłam;)]

Czas który nam został spędziliśmy na obserwowaniu krabów i morza 🙂 Następnie wsiedliśmy na łódkę i ruszyliśmy w kierunku Los Gigantos. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze jeden żenujący show. Łódka na którą wsiedliśmy brała udział w jakimś rejsie na którym pasażerom gwarantowało się delfiny. Chyba ich nie spotkali, bo podpłynęliśmy do czegoś w rodzaju paśników i zatrzymaliśmy się tam na dłuższa chwilę. Niestety – niczjewo. Całe szczęście 🙂

Dopłynęliśmy do Los Gigantes spotkaliśmy się z rodzicami i stęsknionym Franolem i wróciliśmy – wyjątkowo wcześnie – do hotelu. Spać!