Godotem oczywiście jest Franek. Franciszek. Syn nasz.

Siedzimy i czekamy. Właściwie siedzimy, leżymy, sprzątamy, jemy i oglądamy TV. Głównie Pitbulla. Ściągnąłem wszystkie 3 serie i oglądamy jeszcze raz. Tacie bardzo się podoba, a dla nas to najlepszy polski serial – ever.

Marysi każdy dzień upływa pod znakiem zgagi. Franek kopie w żołądek, hormony robią swoje – co zrobić. Aha, właśnie jest z nami Tata – już od tygodnia. Pomaga fizycznie i psychicznie, choć tak naprawdę pomoże – razem z Mamą zaraz po porodzie. Właśnie – Mama przyjeżdża jutro.

I czekamy. Ciągle czekamy. To trochę dziwne. Teraz, gdy poród ma się zdarzyć lada chwila, to po prostu taka cisza przed burzą.

Trochę tego nie ogarniam. To szczególnie dziwne po tym roku spędzonym w taki emerytalny sposób. Przyzwyczaiłem się już do rytmu dnia i spokoju. Poranee zakupy, spacer z Denisem, śniadanie. Rytm seriali, pisanie na blogach. Spacer popołudniowy, spacer wieczorny.

To wszystko poprzecinane coraz rzadszymi wizytami znajomych i naszymi wizytami. W sumie cisza spokój. Nuda – owszem – ale spokój.

Siedzenie przy laptopach, „kochanie, herbaty?”.

I nagle w domu ma pojawić się ON. Wymagający opieki, ale też wyzwalający olbrzymie pokłady miłości i czułości. Część mnie, część Mary. Niesamowite.

Ale my nadal czekamy. Ciągle wyobrażam sobie gdzie to będzie, kiedy to będzie. Kiedy odejdą nagle wody, albo może zaczną się skurcze. A może nic z tego, może trzeba będzie ciążę wywołać? Nic nie wiemy.

Wiemy tylko, że to ostatnie chwile ciszy i spokoju. Jeśli Franko choć w ułamku będzie tak ruchliwy jak w brzuchu – to hardkor. Na KTG kopnął 8 razy w ciągu badania, norma to 3 kopy. Ostro.

Czekamy. I czekamy. W poniedziałek wizyta u lekarza. Wtedy może coś będzie wiadomo. A na razie… tik tak tik tak. Termin właśnie w poniedziałek.