Day 4 – Eastcoast


5017

Wschodnie wybrzeże Fuerteventury nie jest tak malownicze jak zachodnie jeśli chodzi o ukształtowanie terenu, nadrabia za to malowniczymi plażami – tak malowniczymi, że momentami az kiczowatymi. To znaczy trudno plażę nazwać kiczowatą, ale kolory wody są tak niesamowite i tak nasycone, że na zdjęciach trzeba zdejmować nasycenie, w przeciwnym wypadku każdy powie „eee, podkręciłeś”.

Plan na dzisiejszy dzień był dość prosty – jedziemy jak najdalej na północ po czym wracamy korzystając możliwie często z pięknych plaż i oddajemy się słodkiemu nicnierobieniu. Ja sam szykowałem się bardzo na plażę przy Corralejo – miejscowości w której mieszkaliśmy podczas podróży poślubnej – moim zdaniem najpiękniejszej plaży jaką kiedykolwiek widziałem.

DSC_6353.jpgAle najpierw choć jedna wioska – tym razem Tetir. Po niej odechciało nam się zwiedzać kolejne, bo nie zobaczyliśmy nic nowego. Białe, kostkowate domy, zamknięty kościół i lekko smrodliwy sklep. Sennie biegające psy i pojedyńcze osoby – głównie bawiące się na ulicy dzieci.

Udaliśmy się więc do Corralejo. Przejechaliśmy obok hotelu i zatrzymaliśmy się na lunch w Teksańsko Meksykańskien restauracji w której Marysia po raz pierwszy spróbowała Gazpacho. Niestety tym razem nie było go w menu 🙁

DSC_6393.jpgPosileni pojechaliśmy w kierunku plaży. Dużo pisać nie będę, bo nie ma o czym, zdjęcia mówią same za siebie. Zalegliśmy na leżakach, wpatrzyliśmy się w błękit i turkus oceanu i zaczęliśmy się zastanawiać czemu przyjechaliśmy tu tylko na tydzień. Kiedy to nam się nudziło biegliśmy chłodzić się w niewiarygodnie czystej wodzie a następnie zalegaliśmy znowu. I znowu. I znowu 🙂

Tu muszę napisać jasno i wyraźnie, że przyszłe matki bardzo o siebie dbają – stosują kremy 50tki i 90tki, leżą prawie cały czas pod parasolem i starają się nie przegrzewać – o ile to możliwe. A wieczorem smarują się całę aloesem!

DSC_6434.jpgW drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze przy wydmach, zrobiliśmy kilka „pustynnych” zdjęć i pognaliśmy w kierunku hotelu. Marta wreszcie kupiła ładowarkę do aparatu (jej oryginalna nie wytrzymała jednak zalania falą dwa dni temu), a my przy okazji wykonaliśny trochę zakupów w centrum handlowym (ceny w COTTONFIELD są tu całkiem sensowne :D)

Tym razem wróciliśmy tak późno, że nawet nie załapaliśmy się na kolację. Ale i tak chyba nie mielibyśmy na nią siły. Oddaliśmy kluczyki do samochodu na recepcji i padliśmy na łóżka.