Jutro

Jutro

To już jutro. Odpowiedź. Oczywiście jeszcze nie do końca pewna, ale mimo wszystko. Jutro mamy poznać płeć. To niesamowite, że jeszcze żyję w tej nieświadomości, jeszcze nie wiem jaka będzie moja przyszłość, chociaż decyzja już dawno zapadła, a w sumie podobno była podjęta (choć nieco nieświadomie) przeze mnie. Nie wiem czy będę miał dwóch chłopaków, dwóch zbojów, Tomka Sawyera i Hucka Finna, czy może Franek będzie miał młodszą sister którą będzie bronił i chronił. A może nie będzie?

A jeśli nawet jest to chłopak, to czy będzie taki sam, tylko nieco mniejszy czy może zupełnie inny? A może będzie to spokojny brunet, zupełnie inny od Franola? A może… Nie wiem. Nic nie wiem. Niesamowite to uczucie.

Tymczasem Frank rośnie. Rośnie jak na drożdżach i zmienia się nie do poznania. Jeszcze w lipcu narzekałem, że mam wrażenie że jakoś zastygł w swoim rozwoju, a teraz po prostu nie mogę się nadziwić. Z małego sikającego i machającego łapami stworzenia nagle powstał mały chłopak, który co prawda jeszcze nie mówi, ale ogarnia iPhone’a, ma swoje ulubione aplikacje, gra we Fruit Ninja, rozpoznaje Audi (samochód dziadka), Toyotę (samochód babci) i Mazdę (nasz samochód) po logo, rozpoznaje podstawowe kolory, ma humory co do tego w co się chce ubrać, uwielbia ser pleśniowy i ogórki kiszone, a nie znosi pomidorów. To wszystko tak nagle – w ciągu kilku miesięcy, czyli w czasie który zazwyczaj mija nam tak szybko, że nie jesteśmy tego w stanie zauważyć.

Pisałem już o tym że posiadanie dziecka to rzecz wspaniała. Pisałem o tym, że to strasznie banalne, normalne, błahe i nienadzwyczajne podniecać się dzieckiem. Mają je prawie wszyscy, od zawsze. A jednak dla CIEBIE jest to najbardziej niezwykła rzecz na świecie. I patrząc egoistycznie – tak, jest to ZAJEBISTE. Tak, współczuję wszystkim tym, którzy dzieci mieć nie mogą lub nie chcą.

Dziecko zatrzymuje czas. Czas który płynął do tej pory strasznie szybko, nagle zwalnia. Każdy miesiąc to kompletna zmiana, każdy miesiąc to co innego.

Dziecko nadaje życiu sens. Kolejny banał. Ale tak to czuję. Zanim urodził się Frank, miałem problemy z sensem życia. Wracałem do domu, siadałem na kanapę, albo szedłem na piwo z kumplami, albo wychodziłem do klubu, albocoś. Rano do pracy. I znowu. I znowu. I znowu. Teraz wracam po to żeby zobaczyć jak 13 kilo ląduje z impetem na mojej głowie i papuguje po mnie wszystko co robię.

Dziecko wreszcie to wehikuł czasu. Jeszcze tego nie przeżywam, ale czekam z utęsknieniem kiedy będę mógł razem z nim (czy też nimi) przeżywać od nowa fascynację światem, opowiadać o wszystkim co jest wokół nas, cieszyć się mrówkami w lesie, doświadczeniem z magnesem, czy każdą inną rzeczą. Bo świat jest zajebiście niesamowity, a ja jako stary człowiek już nim otwarcie podniecać się nie mogę 0 zrobię to z dziećmi.

Jest ciężko czasami. Bardzo ciężko. Jest upierdliwie do bólu, trzeba robić to czy tamto, nie można oddawać się tylko prostym przyjemnościom, nie można przepierdalać całego wieczora, czasem krew zalewa z tego czy innego powodu. Czasami kończy się cierpliwość. Ale tym setkom minusów towarzyszy miliard plusów. I poczucie że wreszcie przestaje się być egoistą. Bo byś egoistą przy dziecku się nie da.

Frank śpi. Śpi też Marysia, a w jej brzuchu Lila albo Rysiek. Lili, albo Ryszard Lwie Serce. Ja jeszcze nie wiem, choć on/ona tam jest. Mój mały Kot Schrödingera. W kwestii płci rzecz jasna.