Zupełnie. Kompletnie. Bezapelacyjnie. I to co najmniej z kilku powodów. Owszem, bywały czasy kiedy pałałem do niej miłością, ale one chyba już nie wrócą. Lubiłem to, że przynosi ferie, czyli odpoczynek od systemu repres… ee edukacji, którego nigdy nie znosiłem. Lubiłem ją za to, że mogłem rzucać się śniegiem, czy jeździć na sankach. Później na nartach rzecz jasna, choć sport ten nigdy mnie porządnie nie wciągnął. I może stąd mój dystans do zimy?

Nie jestem narciarzem i pewnie nigdy nim nie będę. Oj jeździłem, sporo jeździłem, na obozy narciarskie zdarzało mi się też jeździć, ale nigdy nie byłem fanem ślizgu. Ze snowboardem miałem też romanse, mniej lub bardziej udane ale specjalnie się nie wciągnąłem, może też dlatego że z początkiem snowboardowania zbiegło się przyjście Franka czyli odejście sporej ilości wolnego czasu.

Nie lubię zimy za to że mnie izoluje od świata. Bo to robi i co do tego nie mam zupełnie wątpliwości. Życie zimą, przynajmniej w mieście wygląda jak poruszanie się po terenie rodem z Fallouta, terenie po wojnie atomowej. Od schronienia do schronienia, byle nie za długo na zewnątrz. Wychodzisz z jednego miejsca i już automatycznie wyliczasz za ile czasu dotrzesz do ciepła, stoisz na przystanku podskakując z zimna, wtulasz głowę w kołnierz i nie w głowie ci rozglądanie się na boki. Balansujesz żeby nie walnąć o ziemię na kawałku lodu, ubierasz się pół godziny i tyle samo się rozbierasz. Przeklinasz gdy zapomnisz założyć kalesonów (a mróz akurat zszedł poniżej -10), czy włożyć cieplejszej czapki.

Siedzę właśnie w domu i myślę o tym, że za chwilę muszę wyjść z Denisem. Przypominam sobie zapach cieplejszych pór roku. Takich podczas których świat nie próbuje ze mną walczyć i wystawiać mnie na próby. Takich podczas których wyskakuję z domu i cieszę się tym co wokoło.

Prawdę mówiąc środek lata też nie jest moim faworytem – jak zima jest po prostu zbyt mocny, zbyt ostry, zbyt przerysowany. Jak potrawa do której dodano za dużo przypraw i aromatów.

Lubię późną wiosnę i wczesną jesień. Temperatury są wtedy całkiem znośne. Powietrze ma swój zapach, czuję wtedy że jestem integralną częścią świata przez który idę.

Nie lubię zimy, bo mnie dołuje. Za każdym razem kiedy wychodzę z pracy po ciemku i myślę sobie że dzień już się właściwie skończył. Jutro zacznie się nowy, też spędzę go w pracy. Latem to wszystko chyba jest jakieś takie łatwiejsze do zniesienia. A nawet podczas dnia zazwyczaj słońca po prostu nie ma. Ciemno, zimno. Syf.

Powiem więcej, moja niechęć do zimy rośnie i rośnie. Teraz nie lubię jej też za to, że ubieranie Franka do wyjścia na dwór jest hardkorem, ale przede wszystkim za to, że odcięła mnie od moich dwóch kółek, czyli Vespy.

Nie lubię zimy i tyle. Mogę oglądać ją przez okno samochodu, mogę pochodzić sobie trochę w górach oddychając górskim powietrzem i posłuchać jak skrzypią moje treki, mogę nawet pojeździć trochę na nartach. Ale szczerze mówiąc równie dobrze może mi pod nogami skrzypieć piasek, a na nartach mogę płynąć za motorówką.

No nic. Denis czeka, a ja muszę skończyć pisać te truizmy którymi tylko odwlekam wyjście z nim. O, wiecie że nie pisałem znowu ponad dwa miesiące? A czemu? Przez zimę. No dobra, dobra, kończę. NIE LUBIĘ 😛