Od ostatniego wpisu minęło już tyle czasu, że właściwie wcale nie zdziwiłbym się, gdybyście po prostu postawili na mnie krzyżyk i zdecydowali że nie będziecie odwiedzać az tak bardzo zaniedbanego bloga. Dwa miesiące, które zawsze były tymi najbardziej cennymi – wakacje. Może to dlatego właśnie ogarnęło mnie takie straszliwe lenistwo i rozleniwiony strasznymi upałami zupełnie opuściłem się w informowaniu was o moich whereabouts?

Czynników było kilka – oprócz lenistwa i upału zadecydował o tym także pewien zupełnie nieubłagany – w ciągu ostatnich tygodni moje elektroniczne zwierzęta urwały się ze smyczy i zdecydowały się kompletnie zbuntować – od komórki, przez dysk twardy a na laptopie kończąc. No własnie, ten po dwóch tygodniach kompletnego wariowania, własnie wtedy gdy chciałem nadrobić blogowe zaległości, zdecydował się wypić szklankę soku pomarańczowego. Skończyło się to niestety tragicznie – sok nie tylko zalał klawiaturę ale spowodował zwarcie płyty głównej i spalenie komputera.

Kupno nowego nie było proste – ceny Maków w Polsce są dość wysokie, a tu wszystkie mają szwajcarski układ klawiatury. W końcu udało się i – (juz pierwszego dnia!) – nadrabiam zaległości. Wysoki Sądzie, czy nie zasługuje na łagodniejsze traktowanie?

Zeby jeszcze w wakacje nic się nie działo… Wręcz przeciwnie. Wydarzyło się trochę (choć jednego dużego wyjazdu po Kanarach już nie było) i obiecuję że wszystko napiszę. Tak, tak, od jutra – słowo zucha – nadrabiam wszystko i opisuję wakacyjne eskapady szlakiem Rodanu. A dlaczego szlakiem Rodanu? A tak jakoś wyszło, że w tym roku wszędzie towarzyszył nam Rodan, od jego początku (a wypływa z Jeziora Genewskiego) po jego deltę i ujście do morza. Zaprszam tych którzy w te już dość zimne, jesienne dni będą chcieli, przy kubku ciepłej herbaty, przenieść się ze mną w te upalne letnie podróże. Moją pamięć wspomogą jak zwykle zdjęcia (które obrobiłem lub za chwilkę obrobię), więc bez strachu że coś umknie.

Dam wam chwilkę na przygotowanie i od jutra ruszamy. Od wizyty Soochockich, przez wyprawę z teściami do Prowansji az po pół improwizowaną weekendową eskapadę na północ Włoch w poszukiwaniu końca lata. A gdy już to się skończy pewnie zostanie do opisania jeszcze jedna wyprawa, ale tego wam na razie nie zdradzę!

Myślę, że pokuta będzie odpowiednia, a gdy już to wszystko się skończy mam dla was jeszcze jedną niespodziankę. Ale o tym też na razie cicho. Tak więc siadam do opisywania początku wakacji i polecam się od jutra 🙂

Ach, zapomniałbym o najwazniejszym – z Frankiem wszystko w porządku, rośnie, kopie, rozwija się. Będzie z niego Aikidoka lub Karateka. Jeszcze nie zdecydowałem. A może nawet piłkarz. Ma chłopak warunki 🙂 Matka też czuje się dobrze, w końcu w przeciwnym wypadku nie podróżowałaby z nami aż tyle! 😀