Image

Posts By Michał Górecki

Latest Posts | By Michał Górecki

Como i Portofino day 2-3

7011

Niestety wiatr nam nie dopisał. Kolejny wyjazd okazął się surfingowa klapą, choć nie tracę nadziej że kiedyś wreszcie mi się uda. Może nawet sfinalizujemy ten plan wyjazdu na Hawaje, który pojawił się zaraz przed oznajmieniem Franka: „Tu jestem”.

Postanowiliśmy więc wykorzystać pozostały dzień i pojechać dalej na południe… nad morze! Dowiedziałem się też, że Bartek i Paweł planują zostać tu do poniedziałku, więc jako wolny ptak przystałem na tę propozycję (Mary wróci z Jabolem).

Read More

Como i Portofino – day 1

6934

Poranny wyjazd z Mediolanu trochę nas przerósł. GPS odmówił posłuszeństwa – później już domyśliłem się, że po prostu zgubił się podczas wyznaczania trasy – miliony kombinacji małych uliczek okazały się zabójcze. Rozłożyliśmy więc papierowa mapę i ruszyliśmy w stronę malowniczego jeziora Como. Droga na północ tego jeziora (o kształcie biegnącego człowieka spróbujcie przybliżyć sobie na załączonej mapce) biegnie właściwie wschodnią jego stroną. Jest to jednak ukryta w tunelach droga ekspresowa – my wybraliśmy drogę zachodnią, krótszą ale o wiele bardziej malowniczą. Tam spotkaliśmy się z chłopakami i zarezerwowaliśmy mały hotelik basenem. Bajka!

Read More

Como i Portofino – day 0

Choć już końcówka września, w dodatku pochmurna i brzydka (nie to co dokładnie dwa lata temu gdy braliśmy ślub 😉 ) to cofniemy się jeszcze raz w czasie do początku września, kiedy to w desperackim akcie ucieczki przed jesienią, zdecydowaliśmy się pojechać na południe, czyli północ Włoch.
(Aha, uwaga techniczna – kiedy długo nie piszę – dostaję maile od oburzonych czytelników. Kiedy zaś piszę – cisza, nawet żadnego komentarza. Wprowadziłem więc wzorem Facebooka małe udogodnienie, jeśli podoba Ci się co piszę – wciśnij „I like it” pod postem. Takie coś zdecydowanie bardziej motywuje do prowadzenia bloga. W przeciwnym wypadku nie wiem nawet czy ktoś to czyta czy nie 😉

Read More

Prowansja i Langwedocja day 3

6673

Nie bez kozery dzisiejsza mapka jest mapą uwzględniającą ukształtowanie terenu. Niestety mój GPS tego nie robi. Choć w sumie żałować nie ma czego. Ale po kolei.
Mama Marysi nie lubi autostrad. W sumie trochę ją rozumiem – po początkowej ekstazie Polaka-Za-Granicą którą można streścić do „o rany, autostrady jednak istnieją!” jeżdżenie autostradami dość szybko się nudzi. Szczególnie podczas wyjazdu krajoznawczo-turystycznego. Większość z nich (nie licząc nielicznych górskich odcinków choćby we Włoszech) jest po prostu nudna jak flaki z olejem. Do tego typowo polskie oszczędzanie na parkingach i przejazdach (które nam przeszło dopiero po pół roku) i wszystko jasne. Ja zresztą też chciałem wrócić jakąś ciekawszą trasą, więc zdecydowałem się pojechać do Grenoble linią prostą a nie naokoło, autostradą.

Read More

Prowansja i Langwedocja day 2

6562

Dziś podróż na południe, aż do morza, na słynne Lazurowe Wybrzeże. No może nie do końca, bo Camargue to chyba jeszcze nie Cote d’ Azur w czystej postaci (o czym mieliśmy się dziś przekonać), ale zawsze blisko…

Awinion – jak możecie zobaczyć na mapce – leży na granicy Prowansji i Langwedocji, więc większość miast położonych w okolicy nie ma czysto prowansalskiego charakteru. Langwedocja jest rejonem w którym pozostało wiele pozostałości po czasach rzymskich. Pierwsze na naszej drodze jest Arles.

Read More

Prowansja i Langwedocja day 1

6445

Prowansja, do tej pory, kojarzyła mi się jako przeciętnemu zjadaczowi chleba, głównie z ziołami prowansalskimi. Langwedocja natomiast nie kojarzyła się z zupełnie niczym. Prawdę mówiąc do tej pory nazwa ta brzmi dla mnie trochę jak  kraina z bajek dla dzieci.

Wizyta rodziców Marysi zaplanowana była już (co w przypadku rodziny z Wrocława nie powinno dziwić :D) od dawna. Przede wszystkim chcieliśmy odwiedzić jeszcze raz, z Mamą i Martinem miejsce ostatniego nurkowania Taty Marysi, a przy okazji zwiedzić trochę południa Francji.
Read More

Doublesoo

5924 Choć tak naprawdę nasze wakacje rozpoczęły się (i zakończyły w klasycznym słowa znaczeniu) już w czerwcu, to mini przyjazdy i wyjazdy trwały przez całe dwa upalne miesiące. Pierwszym z nich był przyjazd dwóch Suchych, czyli Soo i Piotrka Su* wraz ze swoimi żonami/kobietami 🙂 Wreszcie! Tak, tak pisałem już nie raz że jeśli mam na coś narzekać w Szwajcarii to własnie na brak znajomych.

Read More

Back to the future

Od ostatniego wpisu minęło już tyle czasu, że właściwie wcale nie zdziwiłbym się, gdybyście po prostu postawili na mnie krzyżyk i zdecydowali że nie będziecie odwiedzać az tak bardzo zaniedbanego bloga. Dwa miesiące, które zawsze były tymi najbardziej cennymi – wakacje. Może to dlatego właśnie ogarnęło mnie takie straszliwe lenistwo i rozleniwiony strasznymi upałami zupełnie opuściłem się w informowaniu was o moich whereabouts?

Read More

My home is…

…where my heart is. But where is my heart?

Ciągle myślę że w Polsce. Ale wystarczą dwa dni w stolicy i zaczynam mieć wątpliwości. Nie sądziłęm, że będe chciał wrócić do Genewy, a jednak…

Po pierwsze musze wam drodzy czytelnicy przyznać się do jednej dość dziwnej rzeczy. Otóż jedną z moich wewnętrznych sprzeczności (których mam tak wiele, że czasami w myślach bratam się z Hemingwayem i zastanawiam się czy nie cierpię na chorobę dwubiegunową) jest jednoczesne umiłowanie porządku i prostoty i jednoczesna niemożność jego utrzymania. Doszedłem już w sumie do etapu pogodzenia się z tym faktem (a żona dbająca o porządek i wyjazd d Genewy pomógł mi trochę w jego utrzymywaniu). Ale doszła do mnie jedna rzecz – dość nagle i dość mocno.
Read More

Day 8 – Frying Pan

5022

Samolot odlatuje wieczorem, więc mamy jeszcze cały dzień na spędzenie czasu na wyspie. Ja jak zwykle włączam mój „tryb świadomości” – bardzo go lubię i polecam go wam wszystkim. Siedzę sobie na basenie, obserwuję lazurową toń wody w basenie i granatowy ocean rozciągający się za nim i uświadamiam sobie, że jeszcze tu jestem. Własnie teraz, w tym momencie, w tej chwili. Przeszłość jest tak długa, przyszłość jeszcze dłuższa, a teraźniejszość trwa tylko mgnienie oka. Będę tęsknił za tym wyjazdem, już niedługo stanie się on historią, a teraz jeszcze tu jestem, jeszcze tworze jego historię, jeszcze moge napawać sie każdą jego sekundą. Oddycham głęboko i staram się wszystkimi moimi zmysłami chłonąć chwilę. Carpe diem.

Read More

Day 7 – Tsunami

5020

Ponieważ (Górecki, nie zaczyna się zdania od „ponieważ”! :P) zdawałem sobie sprawę że okres aktywniejszego spędzania czasu już minął postanowiłem przekonać żeńską część wycieczki do spędzenia tego dnia na plaży a nie na basenie (chociaż tyle). Marta koniecznie chciała jechać na Cofete, ale pomysł spotkał się z chłodną kalkulacją Marysi i (całe szczęście) wyparował 🙂 Przypomnę, że Cofete to ta plaża za dłuuuuugą i krętą drogą na samym południowym czubeczku wyspy. Corralejo też jest za daleko, zdecydowaliśmy się więc pojechać na najbliższą Playa de Sotavento.

Read More

Day 6 – Zoo

5019

Dziś przekonaliśmy się na własnej skórze dlaczego Brytyjczycy przyjeżdżają tu w październiku a nie w czerwcu. Do Oasis Parku wybraliśmy się chyba w najgorszy możliwy dzień – w straszny upał i w dodatku w sobotę. Tłumy wycieczek pełne wydzierających się dzieciaków co chwilę potrącały nas łokciami, a wielkie 100 kilowe turystki stawały przed nami blokując widoki na atrakcje. Masakra.

Read More

Day 5 – Catamaran

5018

Dziś katamaran. Dla tych mniej żeglarsko obeznanych dodam, że to typ łodzi żaglowej składającej się z dwóch pływaków i jednego masztu 🙂 Zresztą widzicie na zdjęciu. No właśnie. Katamaran tam widoczny to MAGIC, czyli ten do którego zniechęcił nas pan w wypożyczalni samochodów 3 dni temu. I miał rację! Nie jest on wiele większy od Santa Marii którą płynęliśmy, a mieści ponad 100 osób, co w porównaniu z naszymi 20 ma osobami czyni go Titanikiem. Tak też jest zbudowany, to łódź typowo turystyczna. Abstrahując już od faktu iż pewnie turystyczy był też przebieg rejsu, prędkość i czas płynięcia na żaglach, to samo przebywanie ze stoma spoconymi osobami na tak małej powierzchni wywołuje we mnie dreszcze.
Read More

Day 4 – Eastcoast

5017

Wschodnie wybrzeże Fuerteventury nie jest tak malownicze jak zachodnie jeśli chodzi o ukształtowanie terenu, nadrabia za to malowniczymi plażami – tak malowniczymi, że momentami az kiczowatymi. To znaczy trudno plażę nazwać kiczowatą, ale kolory wody są tak niesamowite i tak nasycone, że na zdjęciach trzeba zdejmować nasycenie, w przeciwnym wypadku każdy powie „eee, podkręciłeś”.
Read More

Day 3 – Westcoast

5016

Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy wzdłuż zachodniego wybrzeża. Nie jest ono tak przyjazne jak wschodnie – niskie i zasypane piaskiem z Sahary – za to upstrzone łańcuchami górskimi i klifami o które rozbija się Atlantyk. Marysia wybrała kilka miejsc w które mieliśmy dotrzeć, między innymi oczywiście plażę na której stoi wrak amerykańskiego okrętu „American Star” do którego nie zdążyliśmy dotrzeć w zeszłym roku.
Read More

Day 2 – Dixie

5015

Nie, nie udalismy się do Dixielandu czyli południowych stanów amerykańskich, zwiedziliśmy jedynie południe wyspy czyli półwysep Jandia – charakterystycznie zwężoną część Fuerteventury.

Obudziliśmy się przed dziewiątą, czyli dość normalnie – pamiętajcie o godzinnym przesunięciu czasowym. Zresztą spać poszliśmy zdrowo przed dziesiątą, więc wszelkie zmęczenie odpłynęło w siną dal. Zmniejszenie klimatyzacji poskutkowało nieco gorącą nocą, ja jednak trochę boję się ustawiać ją na zbyt dużą moc – zawsze kończy się to moją chorobą.
Read More

Day 1 – Jetlag

5014

Zanim jeszcze przeniesiecie się z nami na Wyspy Kanaryjskie musimy cofnąć się dwa dni w czasie abyście zrozumieli zmianę składu naszej wycieczki. Tak, tak, podróż rodzinna zmieniła się w podróż poślubną  – bez pana młodego.
Ze ślubem wszystko w porządku – odbył się, moja siostra stała się Martą Pożarską tym samym wstępując do książecego rodu Pożarskich (choć to linia z nieprawego łoża jak uważa Senior – ojciec Maćka 🙂 )
Wesele też jak najbardziej udane – nie licząc pogody iście „żeglarsko-sztormiakowej – gdyby nie jeden incydent który wydarzył się już na samym początku.
Read More

Kocha, nie kocha, kocha, nie kocha

Nie, ten wpis nie będzie o naszych miłosnych rozterkach spowodowanych upłynięciem Pewnego Czasu od naszych zaślubin. Nie to żeby ich nie było – w końcu każdy mężczyzna który wytrzymuje z kobietą w ciąży powinien dostawać pokojowego Nobla, ale to zupełnie inna historia i nie będę jej rozwijał, bo spowoduję jeszcze zaognienie na PEwnych Frontach 😉

Będę pisał o Polsce. Nie jakoś patetycznie i wzniośle, choć prawde mówiąc mam wrażenie, że na obczyźnie wszyscy prędzej czy później stajemy się romantykami.

Read More

Bon bon

tophatPisałem już o grzeczności Szwajcarów nie raz. Pisałem na początku, pisałem później gdy nadal nie przestaje mnie zadziwiać. Musze napisać natomiast jeszcze o jednej rzeczy bo ona ciągle nie daje mi spokoju. A mianowicie o różnorodności grzecznościowych form.

Dla kontrastu i wsadzenia buta w butonierkę (ha! jednak trochę uważałem na polskim!) powiem wam, że przecież nasz polski język też bogatym w formy jest niewątpliwie. Pamiętam jak swego czasu Niemcy dziwili się niepomiernie, że mamy aż tyle określeń na oddawanie moczu (stąd też niezapomniane tłumaczenia takie jak „Druck stabilisieren”, czy „sich mit Fluss verbinden”).

Read More

Le jardinage

DSC_5060.jpgMaj w pełni. Wystawa w warsztacie „Steigmeier i synowie” nie zmienia się co prawda aż od wielkanocy (co jest wielkim zaniedbaniem, w końcu była już wystawa jesienna, zimowa, bożonarodzeniowa, walentynkowa, wiosenna i wielkanocna), ale jest coraz cieplej. Co ciekawsze połączenie górskiego klimatu pobliskich Alp i łagodnego klimatu tworzonego przez olbrzymie jezioro jest całkiem przyjemne. Nawet jeśli jest gorąco, to co jakiś czas powieje chłodniejszy wiaterek, a bakterie zabite są chyba w ogóle. W Polsce – jak słyszałem – wszyscy chorzy, a tu nic. Nawet ja, chorowity grypowo tutaj jestem zdrowiutki. A może to dlatego, że chodze na siłownię i się wysypiam? 🙂

Z Marysią wszystko ok, oprócz tego że się bardzo męczy i bywa jej niedobrze. Ale to chyba nic w porównaniu z tym co może się dziać (a znam z opowieści, czy opowiadań siostry). Czekamy na kolejne USG 2 czerwca.

Read More

Italo disco

4418

Decyzja o wyjeździe do Mediolanu została podjęta – jak większość naszych decyzji – dość nagle. Ot, w czwartek, Mary zapytała czy przypadkiem nie pojedziemy do Milano. Mnie powtarzać dwa razy nie trzeba, tym bardziej że szykowaliśmy się do wyjazdu tam właściwie od samego początku pobytu w Szwajcarii. Mediolan, oprócz Paryża, to chyba najbliższe miasto – z tych bardziej znanych.
Oczywiście podróż pociągiem – samolot jest zbyt drogi, a samochodem do Włoch jeżdżą tylko samobójcy. Nawet do północnych…
Read More

I want to be BIG!

Był sobie kiedyś taki film z Tomem Hanksem. Nazywał się „Big”. W sumie chyba nigdy nie widziałem go w całości, bo to były czasy kiedy oglądałem o wiele więcej trailerów niż filmów – tylko trailery były odkodowane na Teleclubie i innych kanałach satelitarnych. Trailer do „Big” widziałem milion razy. Pewien chłopiec mający dość problemów bycia dzieckiem (eh, głupek!) podchodzi do maszyny spełniającej życzenia, wrzuca monetę, mówi „I want to be big!” i… budzi się następnego dnia jako Tom Hanks 🙂 Abstrahując może od samej atrakcji zbudzenia się jako Tom Hanks (do głowy przychodzi mi od razu milion możliwości jak to wykorzystać) (nie, Soohy, nie w ten sposób), sama idea stania się dorosłym nigdy specjalnie mnie nie pociągała – może dlatego w końcu nie widziałem tego filmu? To znaczy owszem, marzyłem o tym żeby skończyć tą durną edukację (tu miałem rację, polska edukacja to dno), marzyłem o tym, żeby mój zarost rósł równo i gęsto i o jeszcze kilku innych rzeczach 🙂 Ale wiedziałem w sumie że nie chcę bardzo się zmieniać, że nie chcę być sztywniakiem, dorosłym, poważnym człowiekiem.

Read More

With a little help from my friends

4302

Jeśli miałbym opisać Genewę jednym przymiotnikiem byłoby to słowo „zielona”. Genewa jest po prostu bardziej zielona niż jakiekolwiek inne miasto które znam. Szczególnie teraz, gdy kwiaty przekwitają a ich miejsce zajmują liście. Wszystko stało się bardzo szybko – mlecze, które znam właściwie z weekendów majowych, tu rozkwitły już dwa tygodnie temu, a teraz – choć jeszcze kwiecień – część zamienia się w dmuchawce. Wiosna natchnęła mnie tak bardzo, że kupiłem soczewkę makro +4 – mogę sfotografować nawet oczy muchy 🙂 Parki są dosłownie wszędzie, a tam gdzie ich nie ma rosną drzewa. Głównie platany, choć oczywiście nie tylko. Pełno żywopłotów – cisy, tuje, graby. Na każdym rondzie klomby z bratkami, w każdym ogródku irysy, tulipany. Bajka.

Read More

Ciepło, ciepło, gorąco.

Wiosna pełną gębą. Nie pisałem dość długo z prozaicznego powodu – dziwnym trafem nie miałem dostępu do mojego serwera – tylko stąd (inni widzieli serwisy) i tylko do tego. Panowie z superhosta naprawili sprawe i znowu mogę pisać.

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu, a pogoda zrobiła się całkiem wiosenna – na tyle, że można już chodzić w cienkich sweterkach, lub na upartego w tshircie. Własnie siedzę w ogródku, dochodzi 20.00, a na dworze wciąć 20 stopni. Lubię wiosnę i jesień – jak ostatnio pisałem – bo trochę się za nimi stęskniłem. Ostatnio zima dość ostro przechodziła w lato – kwiecień jeszcze trochę mroził, a potem nagle maj wybuchał upałami. Na jesieni „Indian Summer” przeradzał się bezpośrednio w zimną pluchę. Tu – jeśli czytaliście – rozkoszowałem się jesienią tak długo, az po raz pierwszy w życiu jesiennie widoki i koloryt liści po prostu mi obrzydły.

Read More

Wiosna

Obudziłem się o 8.20, choć dziś sobota. Byłem pewien, że jest znacznie później, ale promienie słońca wpadające przez nasze okno nad łóżkiem skutecznie przekonały mnie, że trzeba wstawać. Reszty dokonał Denis – nigdy nie budzi nas pierwszy (chyba że dolne piętro jego piramidy Maslowa da o sobie znać), ale gdy tylko wyczuje że się budzimy – rusza do akcji.

Za oknem rzeczywiście słońe i błękitne niebo. Oczywiście temperatura ma się nijak do tego, do czego przyzwyczaiło nas Cabo Verde, ale to też ma swoje zalety. Lubię wiosnę. Może dlatego, że wychowałem się w takiej a nie innej strefie geograficznej – nie wiem czy mógłbym żyć na stałe tam gdzie rok dzieli się tylko na porę suchą i deszczową. Lubię ją chyba nawet bardziej od upalnego lata i cieszącej oko jesieni. A napewno bardziej od zimy. Zimy to generalnie w ogóle za bardzo nie lubię.

Read More

Day 7 – Pożegnanie z Afryką
10 lat ago

Day 7 – Pożegnanie z Afryką

Wiem, wiem. Zaniedbałem bloga. Ale zrozumcie – powrót do zimnych rejonów był dla mnie takim szokiem, że zapadłem w sen zimowy 🙂 Więc najpierw nadrobię ostatni dzień, a potem opiszę co wydarzyło się juz po powrocie.

Ostatni dzień mieliśmy spędzić zgodnie z planem na totalnym wysmażaniu swoich ciał. Rzeczywiście trochę nam tego brakowało i nawet ja zatęskniłem za nieruchomym leżeniem na plaży (no może przez pierwsze 15 minut). Wyjechać na Cabo Verde i wrócić bez opalenizny to trochę wstyd. A ja opaliłem sobie głównie czubek łysej głowy – większość pobytu spędziliśmy przecież na wycieczkach (w wycieczkach jakby to Marysia powiedziała, ona jako Wrocławianka w ogóle nie uznaje słowa „na” :P)

Read More

Day 6 – Carnival!
10 lat ago

Day 6 – Carnival!

Jeśli Santiago można nazwać małą Afryką, to Sao Vincente z pewnością zasłużyło na miano małej Brazylii. Szczególnie jeśli tak jak my – zupełnym fartem – załapiesz się na karnawał.

O tym, że odbywa się teraz karnawał wpadliśmy już w Polsce – Mama powiedziała, że przecież najbliższy czwartek to Tłusty Czwartek, więc wracamy w Środę Popielcową. Co za tym idzie we wtorek odbywa się na wyspach karnawał. Całe szczęście w ten dzień zorganizowana była wycieczka na tę wyspę gdzie jest on najbardziej okazały.

Read More

Day 5 – Africa
10 lat ago

Day 5 – Africa

Zaczynamy tęsknić za plażą i normalnym hotelowym życiem. Zafundowaliśmy sobie ostrą jazdę – 4 wycieczki w 4 dni i czujemy się tym trochę zmęczeni. Ale na pewno było warto.

O tym, że Santiago – zgodnie z tym co mówiła rezydentka – jest najbardziej afrykańską z wysp przekonaliśmy się jeszcze przed wylotem. Na lotnisku bowiem okazało się, że lot został odwołany, o czym nikt nikogo nie zdołał poinformować. Zanim jednak opiszę całość muszę opisać dokładniej lotnisko. Otóż to mały budynek, coś wielkości naszego starego krajowego Okęcia, później Etiudy. Bilety wypisywane są długopisem, obsługa jeśli akurat ma chęć to stoi tam gdzie powinna. No stress. Dopełnieniem całości była lokalna drużyna piłkarska w zielonych koszulkach polo, która akurat leciała rozegrać jakiś mecz na Boavistę. Sajgon. Arturo – locals pracujący w Itace ruszył do boju i mieszaniną portugalskiego i kreolskiego zaczął wyjaśniać rozleniwionym paniom, że nasz lot to sprawa życia i śmierci.

Read More

Day 4 – Ognia!
10 lat ago

Day 4 – Ognia!

Dziś obudził mnie damski głos i nie był to bynajmniej głos mojej żony. Był to głos pani z recepcji, która o 6 rano oznajmiła, że  „this is wake up call”. Całe szczęście mój organizm nadal myśli czasem europejskim, więc tak na prawdę nie było az tak tragicznie.

Autokar zawiózł nas na lotnisko, gdzie po raz pierwszy mieliśmy przyjemność skorzystać z lokalnych linii lotniczych. Należą do nich malutkie samoloty LET. Bałem się że będzie gorzej, że będą to dwupłatowce z pilotami w szaliku i czapce pilotce, ale lot okazał się całkiem przyjemny. Jeszcze przyjemniejszy był check-in – po raz pierwszy mogłem przejść przez bramkę nie zdejmując… nic. Także z plecakiem. Bramka nie piszczała, bo była oczywiście wyłączona :]

Read More

Day 3 – Sól
10 lat ago

Day 3 – Sól

Dziś pierwsza z wykupionych atrakcji – wyspa Sal, czyli po naszemu „sól”. Wyspa ta kiedyś nazywała się „Płaską” do czasu kiedy odkryto na niej wulkany. A ponieważ warunki naturalne sprzyjały pozyskiwaniu „białego złota”, czyli soli – tak własnie ją nazwano.

Wyspa geograficznie jest trochę połączeniem Lanzarote i Fuerteventury. Na południu – tu gdzie znajduje się nasz hotel – posiada wspaniałe piaszczyste plaże, północ wyspy natomiast ukazuje jej prawdziwie wulkaniczny charakter. Południe wyspy jest bogatsze, tu posiadają domostwa ci z kapowerdeńczyków którym się bardziej powodzi. Biedota mieszka na północy, gdzie próbuje swych sił w rolnictwie. Gleby wulkaniczne są co prawda urodzajne, ale jak już pisałem wody pitnej na wyspie praktycznie nie ma, a pory deszczowe bywają czasami bardzo suche…

Read More

Day 2 – Prawie jak surfing
10 lat ago

Day 2 – Prawie jak surfing

A miało być tak pięknie…

Wstaliśmy rano podekscytowani surfingiem. W przeciwieństwie do windsurfingu, czy kitesurfingu (które można uprawiac nawet w Polsce) nie ma na świecie wielu miejsc odpowiednich dla wave surfingu, czyli po prostu surfingu. Warunkiem koniecznym są oczywiście duże fale, ale też stosunkowo mały wiatr, czy dobra linia brzegowa – mało kamieni, skał, czy klifów. Najodpowiedniejsze są oczywiście wody oceanów – każdy kto widział fale na Hawajach, czy w Australii (ja tylko w telewizji) wie o co chodzi. Oczywiście nie musza to być fale jak na specjalistycznych filmikach, gdzie surfer ślizga się po boku fali wielkim niczym stok Wierchu Bania w Białce Tatrzańskiej. Oprócz tego danego dnia musi być dobry wiatr – zarówno jego siła jak i kierunek. I tego własnie zabrakło 🙁

Read More

Day 1 – Sim City
10 lat ago

Day 1 – Sim City

Pierwsza przewaga Capo Verde nad naszymi dotychczasowymi miejscami docelowymi ukazała się w pełnej okazałości już z samego rana. Zmiana czasu! Czy znacie to uczucie kiedy na zimę przestawiamy zegarki i można spać godzinę dłużej? Tu, z różnicą dwóch godzin to naprawdę świetna sprawa.

Zarówno na Kanarach jak i w Turcji poranne pobudki to coś co kłóciło się z dobrym wypoczynkiem. Szczególnie jeśli wieczorem chce się trochę poimprezować. Śniadanie serwowane jest w godzinach 7.30 – 10, ale właściwie już od 9.30 można jeść tylko zimne resztki. Tak więc budzić trzeba było się ok 8-8.30, co na warunki urlopowe nie jest marzeniem. Tu budzę się naturalnie o… 7 rano i w sumie nie chce mi się zbytnio spać, bo mój organizm myśli, że to 9.00. Nie jest to na tyle duża różnica, żeby czuć jet-lag, ale na  tyle duża żeby się wysypiać. Super!

Read More

Day 0 – Przylot
10 lat ago

Day 0 – Przylot

Wylot wyjątkowo nie był zaplanowany na jakąś diabelską godzinę zombich, tylko na 10 rano. Wyjątkowo też nie przyjechaliśmy zbyt wcześnie, natomiast na tyle wcześnie, aby nie stać w gigantycznej kolejce do biura ITAKI. Niestety przy lotach czarterowych oprócz kolejek do odprawy bagażowej, paszportowej, kontroli bezpieczeństwa i wreszcie boardingu trzeba niestety jeszcze zameldować się w biurze przewoźnika.

Read More

Zielono nam w głowach
10 lat ago

Zielono nam w głowach

Dość zimy. Po prostu dość. Mamy totalną zimowa depresję – położenie Genewy skutkuje tym, że nie docierają do nas prawie żadne promienie słoneczne. Gęste chmury nad doliną skutecznie odcinają nas …
Read More

Gorąco i mokro

3207

Nie, nie, to nie to o czym myślicie 😛 Ale po kolei.
Weekend jak to weekend – zaczął się w sobotę. Wtedy to mieliśmy pojechać na narty do Avoriaz. Tylko że tym razem na jeden dzień. Postanowiliśmy zostawić Denisa w hostelu dla psów – warunki tu są całkiem dobre a i cena rozsądna. Rano , jeszcze niczego nie podejrzewając , zawieźliśmy Denisa. Problemy zaczęły się chwilę później – mój brzuch zaczął wydawać dość dziwne odgłosy. Nic nie przejmując się ruszyliśmy w stronę granicy francuskiej. Zaraz za granicą poczułem że jednak wszystko w porządku nie jest. Niestety dostałem rostroju żołądka i to naprawdę niesamowicie ciężkiego. No nic – nie ma co wracać, pojechaliśmy do apteki, kupiłem odpowiednie leki i pojechaliśmy dalej. Czułem się dość dziwnie, trochę jakby mnie coś rozbierało (nie, niestety nie była to moja żona). Kiedy dojechaliśmy na miejsce wiedziałem już że z nart nici. Byłem strasznie osłabiony i choć dolegliwości chwilowo ustąpiły, to cały się trząsłem i miałem chyba stan podgorączkowy. Pozwoliłem jednak Marysi nacieszyć się śniegiem (ta to ma męża!) i przespałem się w samochodzie. Około 17 byłem juz pewien że mam gorączkę, więc poprosiliśmy Bartka, aby prowadził samochód w drodze powrotnej.

Read More

Koniec wakacji

Tak, wiem, wiem, wiem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Moje lenistwo spowodowało, że nie napisałem nic od… nawet nie chcę liczyć od kiedy. Dziękuję za popędzanie – to rzeczywiście …
Read More

Jingle bells

2983

Mokro i mroźno na przemian. Biało. Liści na drzewach już praktycznie nie ma.

Tak to prawda. Od ostatniego wpisu minęły prawie trzy tygodnie. Co mam na swoje usprawiedliwienie? Pewnie nic 🙂 Dziękuję wszystkim tym, którzy upominali się o wpisy, dzięki temu wiem, że ktoś to czyta 🙂

Read More

Assasin’s Creed

Są różne sposoby na to aby przestać czuć się w nowym kraju jak turyści. Mogą one być powiązane z zakupem domu, z jego urządzeniem, czy choćby… ze zderzeniem się z rzeczywistością przy jego okradnięciu. I to właśnie się nam wydarzyło.

Szwajcaria zawsze jawi się jako kraj mlekiem i miodem płynący. To prawda – dobrobyt, wysoki poziom życia, taksówkarzom czasami az nie chce się gdzies jechać – bo po co. Wszystkie zawody o nizszym statusie sa zapełnione przez Portugalczyków. Do tego nasz postkomunistyczny sen o „wspaniałym zachodzie” i sprawa gotowa. Co prawda znajomi tu mieszkający opowiadali nam o złodziejach, ale nie chciało nam się w to zbytnio wierzyć. Tzn mówili prawdę, no ale NAS? Eee.

Denis obudził się razem z dzwonami – o 7 rano. Po jego siku nie zamykami drzwi , bo to już dzień. O 7.15 zaczął niespokojnie się wiercić – myśleliśmy że chce siku. Przygarnąłem go do siebie i chciałem spać dalej. Wtedy usłyszałem hałas na dole.

Read More

Zjadłszy śniadanie

Uczę się francuskiego. To chyba już wszyscy wiecie. Mam dwa miesiące niczym nie zakłóconego spokoju i oczekiwania na permit – pozwolenie na pobyt. Bez tego właściwiie wszystkie moje starania o pracę są bezcelowe, a firm jest na tyle mało, że nie ma sensu marnować okazji. Zeby kompletnie nie zgłupieć postanowiłem, jak już pisałem, uczyć się francuskiego dwa razy dziennie. O 9 rano i o 15.

Lekcje te wyznaczają mi mój rytm dnia – czuję się trochę jak student. Rano zawsze zastanawiam się czy aby był to najlepszy pomysł, przecież mogę mieć lekcję o powiedzmy 10, albo nawet 11! Ale potem wiem że to całkiem dobry pomysł. Budzę się razem z Mary, idziemy razem do wujka Proktera i cioci Gamble, tam mam lekcje. Nie śpię za długo, mam co robić. Read More

Denis the Menace

2944

Wszystko zaczęło się od doła Marysi. Ot taki sobie dół – może zawirowanie kobiecego pierwiastka (który zapewne nigdy nie zostanie odkryty), a może „culture shock” – nie wiem. Fakt, że zaczęliśmy zastanawiać się nad psem.

Pies powinien być mały, żeby można go było zabierać ze sobą, także do samolotu, ale z drugiej strony oczywiście „z jajem”. Marysia po krótkim polowaniu internetowym upatrzyła sobie rasę Cavalier King Charles Spaniel. Całe szczęście dość szybko wybiłem jej to z głowy (oczywiście w tym miejscu przepraszam wszystkich wielbicieli tej rasy i wogóle, ale ja po prostu miałem spaniela no i wiem że mistrzami intelektu to te psy nie są, o.). Próbowaliśmy jeszcze trochę powybierać pomiędzy różnymi ciułała i innymi gryfonikami, aż w końcu zwróciliśmy się z pomocą do… no kogo? Wymienionego już po raz 3 na tym blogu Kowlaka! Który poza niezliczonymi swymi zaletami (niektóre z nich sa nawet bardziej, niż jego następc…. eee nieważne 😀 ) zna się na psach. Polecił nam szorstkowłosego teriera, ale my wybralismy krótkowłosego Jack Russell Terriera. Jeśli ktoś nie wie to właśnie ten pies z Maski z Jimem Carreyem. Mały, krótkowłosy, walnięty, z ADHD. Zupełnie jak ja 😀 Read More

Independence Day

2866

Na 90 lecie niepodległości przylecieliśmy do kraju. Wizyta niestety dość krótka, ale intensywna. Najpierw dwa dni w górach, a potem odbiór Denisa. Ale o nim później.

Przylot do Polski odbył się bez przygód. Zresztą przygód nie ma żadnych, życie na modłę Szwajcarską jest już nam tam bliskie, że z pokora przyjmujemy kolejne takie same dni. Jesień wydłuża się niemiłosiernie – właściwie nigdy nie sądziłem, że może być jej aż tyle. W Polsce jesień zawsze trwała zbyt krótko – już we wrześniu było zimno, październik bywał mroźny, a listopad to gołe drzewa i przymrozki. Tu jest zupełnie inaczej. Ale to o Polsce miałem pisać…

Read More

Saga O Ludziach Lodu

2749

Nie, nie o Szwajcarach. O wikingach oczywiście. Ale to za chwilę 🙂

W Szwajcarii nie dzieje się nic wielkiego. Ot – kolejne deszczowe dni przyprawiające o jesienną deprechę. Niestety na słońce i śnieg nie ma co liczyć – Genewa położona jest w dolinie, tu głównie mży, mrozów brak, śniegu brak. Ze słońcem problemy. Przynajmniej zimą… Aby nie zgłupieś do reszty kupiliśmy Playstation 3, niedługo przylatuje z nami Denis. Będzie wesoło 😀

Read More

Plucha

Pada. Wydaje się, że pada od zawsze, choć to kilka dni dopiero. Ale non stop, bez najmniejszej przerwy. Nie żadna ulewa, wichura, czy burza. Zwykły, nudny, powolny i nieubłagany deszczyk. Wszystko jest szare, mokre, smutne. Ogródek – w pół przekopany – przypomina bajoro, ulice, które jeszcze niedawno mieniły się kolorami jesieni teraz spływają deszczem. I tak może być… aż do późnej wiosny.

Srednia perspektywa :/

Read More

Home sweet home

Powoli przestaję czuć się tu jak turysta. Co prawda nie minęły jeszcze nawet 3 tygodnie (a tyle byłem maksymalnie za granicą do tej pory – w Angli, Hiszpanii czy na rejsie we Włoszech), ale w końcu to nie jest wyjazd turystyczny.

Przede wszystkim ogarnęliśmy już większość rzeczy w domu. Zaczyna to rzeczywiście przypominać przytulny domek, a nie pomieszczenie z  żarówkami wystajacymi z sufitu.

Read More

Jesień idzie, nie ma na to rady

2535|150

Minęło już 9 dni od ostatniego wpisu, choć dla mnie to dopiero chwila. Czemu? Ano tu wszystko dzieje się wolniej. życie w Petit Lancy płynie bardzo powoli i w niczym nie przypomina tego które zostawiłem w Warszawie. Na przywiezienie mebli z Ikei czeka się tydzień, w banku można czekać 10 minut aż zjawi się obsługująca pani. Po prostu nie ma po co się spieszyć. Czyżbym miał nauczyć się życia powoli? JA?

Read More

One night in Paris ;)

1609

Po szybkim ogarnięciu się na miejscu wyruszamy na weekendową wycieczkę do Paryża. Niestety nasz dobry przyjaciel Gilles akurat w ten weekend będzie nieobecny – a szkoda. Każdy kto go poznał wie o czym mówię. To ta osoba która przewija się czasami w moich opowieściach – wynajmował przez wiele lat mieszkanie od nas. Urodził się w Paryżu, część życia spędził w Japonii. No cóż, poradzimy sobie sami. Read More

Tysiąc mil, tysiąc mil…

Była kiedyś taka piosenka, zresztą trochę głupio przetłumaczona z Hundred Miles.Głupio, bo tłumaczowi miało pasować rytmicznie, a że z setki zrobił się tysiąc… To już nieważne 😀

Nieważna też dla meritum jest ta piosenka, tym bardziej że my rzeczywiście przejechaliśmy tysiąc mil. Ale to za chwilę.

Read More

Turcja – The End
10 lat ago

Turcja – The End

Ostatni dzień w Turcji to jeszcze trochę opalania i odkładane na ostatni dzień zakupy. Kupiliśmy fotele (beanbagi), trzy witrażowe lampki i jeszce kilka małych miseczek z Cini.

Z jednej strony trochę żal wyjeżdżać i myśleć ze strachem o pogodzie w Polsce, z drugiej po dwóch tygodniach człowiek na prawdę tęskni za swojskim jedzeniem.

Read More

Day 13 – Sail, ho!
10 lat ago

Day 13 – Sail, ho!

Dzisiaj ostatnia atrakcja – rejs po 12 wyspach. Była na tyle udana, że z powodzeniem może być uznana za godnie zamykającą naszą wykupioną serię atrakcji.

Zaczęło się trochę nerwowo (przynajmniej z tej bardziej nerwowej strony naszego związku 😛 ) gdyż rano zgubiłem bilet. Nie, ja go nawet nie zgubiłem. Po prostu dostałem go do ręki, jakieś 10 minut po tym jak się obudziłem i ubrałem. W takich chwilach mój mózg jest w trybie czuwania, a nei pełnej pracy, więc pomyślałem że to jakiś stary bilet i… nie wiem co z nim zrobiłem. Tak bardzo, że do tej pory nie udało nam się go znaleźć 🙂 Read More

Day 12 – Sukru

Dzisiaj Sukru zabiera nas na wycieczkę. Zupełnie prywatnie i z dobrej woli. Przychodzimy do biura Seaside i wsiadamy do jego Renault Broadway. Prawdę mówiąc nie miałem nawet pojęcia, że istnieje taki model 🙂 W ogóle ma się tu wrażenie, że Renault wygrał przetarg na dostawę samochodów. Widać pełno Kangoo (chociaż mniej niż na Kanarach), właśnie tego Broadway (jedziemy rocznikiem 1989), ale przede wszystkim pełno dziwnego modelu wyglądającego identycznie jak stara Dacia. Kiedy wjeżdżamy na tereny wiejskie właściwie widać tylko te samochody. Co ciekawe Renault mają tu opinię bezawaryjnych i mocnych samochodów. Mają też wysokie podwozie, co w terenie kamienistym i górskim nie jest bez znaczenia. Read More

Day 11 – O Missouri, ty wielka rzeko!

Dzisiaj przedostania z naszych atrakcji – rejs po Dalyan – tutejszej Amazonce. Tak przynajmniej przedstawione jest to w folderach.
Pobudka znowu wcześnie i tym razem rekordowe, bo az godzinne kolekcjonowanie gości z róznych hoteli. Po całym Oludeniz i Fethiye. W końcu ruszamy w trasę. Przewodnik – mówiący sam na siebie "Psycho" (jego imię brzmi jakoś podobnie) okazał się jeszcze zabawniejszy od poprzedniego – i niestety jeszcze mniej wyraźnie mówiący po angielsku.

Read More

Day 10 – God Save The Queen

Na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząc pierwszy. A na każdym wyjeździe jest taka sytuacja że nie robi się nic. My wybraliśmy na to własnie ten dzień. …
Read More

Day 9 – Europa, Europa!
10 lat ago

Day 9 – Europa, Europa!

Pobudka znowu za wcześnie. Jak tu człowiek ma wypocząć? Autokar spóźnia się, Brytyjka czekająca z nami sieje panikę mówiąc, że ostatnio autokar nie przyjechał i wycieczka nie odbyła się. Wogóle rozmowy z Brytolami to koszmar. Uczę się angielskiego przez większość swojego życia, porozumiewam się swobodnie, a nadal nie jestem czasami w stanie ni w ząb zrozumieć Anglików. Mniejszy problem jest ze Szkotami, prawie żaden z Walijczykami. Ale południowa Anglia – masakra.

Read More

Day 8 – Weeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!
10 lat ago

Day 8 – Weeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!

Dzień zaczyna się dość wcześnie – o 4 rano. Wtedy po raz pierwszy się budzę, bo przez sen widzę błyski. Okazuje się, że to nie sen, rzeczywiście pada deszcz i błyska się. Nie wróży to zbyt dobrej pogody, choć John Google  (a raczej Yahoo Weather) mówił co innego. Śniadanie (jajek na twardo ani sera nie będę jadł przez pół roku) i przygotowujemy się. O 11 mamy wyruszyć na Babadag. Pogoda w międzyczasie zrobiła się całkiem niezła, więc wiemy, że lot raczej na pewno się odbędzie 😀

Read More

Day 7 – Plusz Calcium
10 lat ago

Day 7 – Plusz Calcium

Śniadanie (jajko, oliwki, ser, heh) i jedziemy do Pammukale. Nazwa „Bawełniany zamek” jest trochę myląca, bo choć wokoło rosną pola bawełny, to nie o nią zupełnie tu chodzi. Pammukale to wapienne tarasy stworzone przez gorące wapienne źródła osadzające wapno przez tysiące lat. Niestety przez ruch turystyczny są one niszczone, dlatego też od dwóch lat nie można kąpać się w basenach (wymusiło to UNESCO grożąc odcięciem finansowania tego zabytku i zlikwidowaniu go  ze swej listy). A jest to rzeczywiście zabytek – w basenach tych kąpali się jeszcze cesarze rzymscy, a w pobliskim basenie Kleopatry – no zgadnijcie kto się kąpał 😀

Read More

Day 6 – Metropolis
10 lat ago

Day 6 – Metropolis

Jedziemy właśnie autokarem z Efezu do Pammukale. Na dziś wystarczy zwiedzania, zaraz dojeżdżamy do hotelu.

Obudziliśmy się o 5 rano, Marysia wstała 10 minut później, ja oczywiście 10 minut przed odjazdem autokaru 🙂 który i tak się spóźnił.  Było jeszcze ciemno, choć na tyle ciepło że można było stać w krótkim rękawku. Przed nami dwa dni wycieczki, a między nimi nocleg w hotelu 4 gwiazdkowym. Pierwszy cel – Efez, o którym chyba zbyt wiele nie trzeba nikomu mówić. A może trzeba? 🙂 Read More

Day 5 – Harley mój to jest to…
10 lat ago

Day 5 – Harley mój to jest to…

(Nie harley, tylko skuter i nie mój, tylko Sukru. Reszta się zgadza :D)

Niestety nie polecieliśmy. Gdy o 10.45 pełni zapału dotarliśmy na miejsce okazało się, że grupa z 8.00 jeszcze nie skoczyła (tfu, oczywiście nie POLECIAŁA!) . Spojrzeliśmy w górę – rzeczywiście Babadag tonął w chmurach. Poczekaliśmy jeszcze chwilę, po czy zostawiliśmy Sukru nasz numer telefonu. Po chwili dostaliśmy smsa, że dzisiaj nie da rady. Przełożyliśmy więc skok (LOT!)  na poniedziałek – jutro dwudniowa wycieczka do Efezu i Pammukale. Swoją drogą zachęciliśmy już do niej kilku Polaków, będziemy tam chyba robić za przewodników 🙂

Read More

Day 4 – Blue Lagoon
10 lat ago

Day 4 – Blue Lagoon

Dzisiaj wybraliśmy się do Błękitnej Laguny. To podobno największa atrakcja na zdjęciach, wizytówka Turcji, itp. Ot, kawałek zatoki (zupełnia jak Zatoka Szczecińska, mylnie nazywana zalewem, gdyż jak wiadomo Szczecin leży nad morzem). Prawdę mówiąc straszliwie się na to napaliłem, więc gdy autobusik (Sukru załatwił nam darmowe wejście) zawiózł nas nad coś co przypominało bardziej zarośniętą zatokę mazurską – ze wszystkimi tego urokami – trzcinami, mętną wodą, i leżakami, to mój humor znacznie się pogorszył. Na szczęście chwilę później poszliśmy w miejsce gdzie laguna łączy się z morzem i tam spędziliśmy resztę dnia – beztrosko się smażąc. Zdjęć też za wiele nie ma – ot zrobiłem kilka panoram. Niestety znowu zapomniałem że aparat był ustawiony na ISO 500, więc szumy są olbrzymie 🙁

W ogóle zastanawiam się nad robieniem tu HDRów, wszystko jest świetnie oświetlone, a ja nie mam czasu na zabawę. Widoki i tak są niesamowite, a HDRy powodują że zdjęcia wyglądają jak z kosmosu.

Read More

Day 3 – Bang, Bang, Lucky Luke…
10 lat ago

Day 3 – Bang, Bang, Lucky Luke…

… er ist schnell, er ist gut!

Znowu wieczór i znowu siedzimy na naszych styropianowych pufach patrząc na morze. Marysia czyta „Czas wrzeszczących staruszków”, ja próbuję przelać na pap… klawiaturę nasze przeżycia, póki nam nie umkną. W tle muzyka… no własnie, jaka muzyka? Mix lat 80tych. To muzyka która leci chyba częściej niż Disko-Turko. Czemu? To proste. Większość turystów stanowią brytyjczycy w wieku 40-50 lat. O ich imperialnych zapędach już pisałem nie raz, więc co się dziwić. Muzyka ta, która stanowi dla nich wspomnienie młodości, pasuje zupełnie do pubów, english breakfast i fish&chips. Trochę to denerwujące, bo (choć przecież lubię tę muzykę), to w Turcji chciałbym usłyszeć co innego. Nawet Soo chciałby tu słyszec co innego. Nawet mój kuzyn Rafał – znany koneser lat 80tych! 🙂 No ale cóż, jesteśmy w turystycznym getcie, z całym tego urokiem.

Read More

Day 2 – Get ready…
10 lat ago

Day 2 – Get ready…

Siedzimy sobie właśnie na plaży, a może nad plażą. Jest godzina 19:30. Nad plażą biegnie asfaltowy pas używany jako deptak, a także lądowisko dla paralotniarzy. O nich dzisiaj więcej napiszę, zresztą widać ich na zdjęciach z dziś i wczoraj. Przy tym deptaku znajdują się oczywiście kafejki, my jesteśmy na terenie jednej z nich. Przed nami zachodzące słońce a właściwie to co z niego zostało i świecąca się lampa naftowa – też na zdjęciu. Na plaży rozkłada się gitarzysta – zaraz występ. Fale uderzają coraz mocniej – tu wiatr i fale wzmagają się wieczorem.

Read More

Day 1 – Arrival
10 lat ago

Day 1 – Arrival

Najgorsza jest pobudka. Szczególnie wtedy gdy śpisz poniżej 5 godzin – wtedy czujesz fizyczny ból odrywania twarzy od poduszki, a sen miesza się z rzeczywistością i przez chwilę masz nadzieję że to nieprawda że musisz wstać. Ale musisz.

Read More

Jedzenie i ludzie

Zanim zacznę, jeszcze kilka słów o ruchu drogowym. Nadal nie mogę wyjść z podziwu jeśli chodzi o płynność ruchu. Tu naprawde wpuszcza się każdy jadący z boku samochód. Po prostu …
Read More

Pierwsze wrażenia

Obiecałem sobie że nie będe bezkrytycznie zachwycał się wszystkim. Na pewno jest czym się zachwycać, ale musze przecież zachowac równowagę. O takie sklepy na przykład czynne są tylko do 18.30. …
Read More

Genewa – przyjazd

No i (Górecki nie zaczynaj zdania od "no i"!) jestem na obcej ziemi. Prędzej niż przypuszczałem. Nie będę jednak accountem zdalnie – będę zajmował się nowymi klientami i tworzeniem strategii …
Read More

Genewa – wstęp

Na starcie winien jestem jakieś intro. Propozycja emigracji padła już jakoś w marcu. Nie była to decyzja łatwa – szczególnie dla mnie. Może wydawać się to dziwne – w końcu …
Read More

Wróciliśmy

No i koniec. Siedzimy sobie pod kocem, w domu, w Warszawie. Za oknem 6 stopni – najgorzej było przy wyjściu z samolotu. Tam ponad 30 – tu mroźny wiatr. I …
Read More

D14 – Ostatki

Koniec. Co tu pisać. Nie będę marnował czasu przy kompie! Jeszcze na chwilę na plażę! Jeszcze do wody! Ehhh. Jutro wyjazd!;( ;(

D13 – Waikiki
11 lat ago

D13 – Waikiki

Rano plaża. Ostatni dzień, kiedy mogliśmy pobyczyć się na niebiańskiej plaży. Dużo nie ma co pisać, leżenie, leżenie, leżenie. Ale jakie widoki! Eh. Mnie oczywiście poniosło i porobiłem trochę zdjęć …
Read More

D12 – Z kamerą wśród zwierząt
11 lat ago

D12 – Z kamerą wśród zwierząt

Dzisiaj odbyliśmy drugą część zwiedzania Fuerty – przede wszystkim wizyta w Oasis Parku. To takie wielkie zoo, gdzie czasami (np w wolierach dla ptaków) człowiek czuje się jak w dżungli! …
Read More

D11 – North & south
11 lat ago

D11 – North & south

Dzisiaj wycieczka na samo południe wyspy, razem z Sylwią i Adamem. Było na prawdę niesamowicie, zdjęcia mówią same za siebie. Szczególnie wyprawa do Cofete, przez góry! Przedtem jednak odwiedziliśmy jeszcze …
Read More

D10 – Sun of a Beach
11 lat ago

D10 – Sun of a Beach

Dzisiaj przede wszystkim są urodziny Marysi 🙂 Dostała prezent (który ma za długie uszy 😛 ) po czym wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy wreszcie na plażę. Bajka! Kolory jak na Karaibach, …
Read More

D9 – Thomson Superfamily

Dzisiejszy dzień określają chyba idealnie słowa piosenki – "Myślę, że nie stało się nic". A na dowód tego niech będzie fakt, że nie zrobiłem ŻADNEGO (!!) zdjęcia. Szok!

Thomson …
Read More

D8 – Fuerteventura
11 lat ago

D8 – Fuerteventura

Dzisiaj wielki dzień. Koniec pobytu na Lanzarote i transfer na Fuerteventure. Jeszcze wczoraj cieszylismy się ze zmiany i mówiliśmy, że to bardzo dobrze, że wyjeżdżamy bo zanudzilibyśmy się tu na …
Read More

D7 – Puerto del Carmen
11 lat ago

D7 – Puerto del Carmen

Jako, że jutro już opuszczamy wyspę postanowiliśmy odwiedzić jescze jedno spore miasteczko – Puerto del Carmen. Tak na prawde chcieliśmy jeszcze odwiedzić centrum handlowe koło Playa Blanca, gdzie znajduje się …
Read More

D6 – Gotowanie
11 lat ago

D6 – Gotowanie

Dzisiejszy dzień także spędziliśmy na beztroskim byczeniu się. Nie chcieliśmy jednak wydawac 8€ na leżak i parasol, postanowliśmy pozwiedzać jeszcze miasteczko, jako że nasz pobyt tu powoli dobiega końca.Zdecydowaliśmy też, …
Read More

D5 – Soo
11 lat ago

D5 – Soo

Wyprawa zaczęła się od wypożyczenia samochodu. Kusiło mnie kangoo, ale kosztowało zbyt dużo, więc wypożczyliśmy samochód klasy B (2 od końca cenowo) czyli dresiarski VW POLO 🙂

Zaczęliśmy nasz objazd …
Read More

D4 – Byczenie
11 lat ago

D4 – Byczenie

Dzisiejszy dzień upłynął nam na słodkim lenistwie. Na początku, jak widać na zdjęciach korzystaliśmy z basenu hotelowego, później poszliśmy nad ocean. W sumie nic ciekawego – jak wczasy w Łebie, …
Read More

D2 – Arrecife
11 lat ago

D2 – Arrecife

Dzisiaj wybralismy się do stolicy – Arrecife. Okazało się, że tam jest najbliższy kościół. A niby kraj katolicki…

Ale przedtem wzięliśmy udział w odprawie zorganizowanej przez biuro podróży. Mogliśy zapisać …
Read More

D1 – Przylot
11 lat ago

D1 – Przylot

Kiedy jako mały gnojek wyjeżdżałem z rodzicami do Grecji na wakacje (a było to w takich czasach, że większości z czytelników nie było na świecie) zostałem postawiony …
Read More

Już po!

By  •  Ślub

No i po ślubie i weselu. Co więcej, właśnie mija pierwszy tydzień małżeństwa. I jak? Ano oczywiście świetnie. Nawet pomimo tego, że Mary ma mnóstwo pracy w związku z końcem …
Read More

Zapraszamy!

By  •  Ślub

Wszystkich serdecznie zapraszamy na nasz ślub, który odbędzie się 22 września 2007 roku o godzinie 15.00 w kościele św. Jacka (oo Dominikanów), w Warszawie, przy ulicy Freta 10. Detale na …
Read More

First things first

By  •  Ślub

W końcu udało nam się założyć naszą ślubną stronę. Bacząc na fakt, że zaproszenia są już od jakiegoś czasu wydrukowane – to spory sukces :]

Na stronie znajdziecie wszelkie informacje …
Read More