Day 1 – Jetlag


5014

Zanim jeszcze przeniesiecie się z nami na Wyspy Kanaryjskie musimy cofnąć się dwa dni w czasie abyście zrozumieli zmianę składu naszej wycieczki. Tak, tak, podróż rodzinna zmieniła się w podróż poślubną  – bez pana młodego.
Ze ślubem wszystko w porządku – odbył się, moja siostra stała się Martą Pożarską tym samym wstępując do książecego rodu Pożarskich (choć to linia z nieprawego łoża jak uważa Senior – ojciec Maćka 🙂 )
Wesele też jak najbardziej udane – nie licząc pogody iście „żeglarsko-sztormiakowej – gdyby nie jeden incydent który wydarzył się już na samym początku.

Okoo godziny 22 ojciec panny młodej, zarazem mój oczywiście, postanowił jak zwykle poszaleć na parkiecie. Szaleństwa owe były lekko (lub mniej lekko) zakropione przyspieszaczem zabawy, a obok parkietu niefortunnie znalazły się kamienne schodki. I w jednej sekundzie jego upadek z września 2007 (kiedy to wyrżnął w drewniany parkiet podczas tańca z niejaką Agnieszką S.) spadł na drugie miejsce spektakularnych upadków. Ojciec wyrżnął nosem w kamienne schody prawdopodobnie uszkadzając sobie coś w środku i powodując u siebie olbrzymi krwotok. Całość niegroźna na dłuższą metę, ale spektakularna, biorąc jeszcze pod uwagę dość niską zawartość płytek krwi. Reakcja była słuszna: „Dajcie mi natychmiast Maćka!” – niewtajemniczonym powiem, że zięć, czyli mój szwagier jest lekarzem anestezjologiem pracującym równierz w pogotowiu ratunkowym. Opatrunek był więc fachowy, karetka niepotrzebna, a reszta wesela spędzona w łóżku niestety. Z tego też powodu wyjazd na Kanary stanął pod znakiem zapytania. Niestety lekarz następnego dnia powiedział że odradza w takim stanie wyjazd w ciepłe rejony – nie wiadomo co może stać się z nosem. Trzeba było znaleźć na gwałt kolejną osobę która mogłaby z nami wyjechać. Po krótkiej i burzliwej wewnętrznej walce Marta zdecydowała się dołączyć do naszej wycieczki – Maciek i tak w tym tygodniu ma jakąś masakryczn ilość dyżurów 24 godzinnych (we Wrocławiu), więc czasu razem by nie spędzili. Tak więc wyruszyłem w podróż z dwoma ciężarnymi (4 i 5 miesiąc dla przypomnienia) i jednym cyborgiem (moja mama ze śrubą w nodze i kulą po złamaniu). Bosko! 🙂

Dobrze, po tym przydługim, acz koniecznym wstępie czas na wyjaśnienie nieco dziwacznego tytułu. Przecież pisanie o jetlagu jest zupełnie nieuprawnione – różnica czasu między Kanarami a resztą Europy wynosi tylko 1 godzinę. A jednak.

Samolot tym razem odlatywał o godzinie 5, na lotnisku (co jest niestety konieczne przy czarterach) musieliśmy pojawić się dwie godziny wcześniej – o 3. Pobudka więc to godzina 2.30. Tak, tak, ci którzy pełnili warty na obozach harcerskich, czy wachty na łódkach wiedzą że ta paskudna godzina należy do gatunku (kłaść się przedtem czy nie?) i w takim czy innym przypadku jest masakryczna. Tak więc cały pierwszy dzień upływał nam w atmosferze iście sennej – bo w samolocie oczywiście wyspać się nie mogliśmy.

Fuerteventura przywitała nas pogodą lekko wietrzną i chłodną, co w czerwcu jest dość dziwne, ale dla nas korzystne – mniejszy szok temperaturowy po rozpadanej Polsce.

DSC_5647.jpgPo godzinnej podróży samolotem ujrzeliśmy nasz hotel. Z jego opisu wynika że to styl kolonialny – mi przypomina raczej kościół. Powiem szczerze – nie jest to chyba nasz ulubiony typ hotelu. Całość mieści się w wielkim budynku (a nie w domkach jak na Capo Verde, czy w małym budyneczku jak na Lanzarote) i opływa przepychem – draperie, lamperie, marmury i mosiężne wykończenia. No cóż – 4 i pół gwiazdki.

Rozpakowaliśmy się szybko (pomni wczesniejszych doświadczeń podzieliliśmy się rolami już w autokarze – ja zająłem się bagażami, a Marysia wystrzeliła niczym z procy w kierunku recepcji – checkin czasami trwa nawet godzinę, jeśli nie przyjdzie się tam na początku). Po niecałej pół godzinie rozległo się pukanie do drzwi naszego pokoju. Dostaliśmy… list od Pani Agnieszki (o której już wspominałem – to ona sprzedaje nam i poleca poszcególne wyjazdy) i talerz owoców tropikalnych. W pokoju naprzeciwko – u Marty i Mamy – znajdował się już podobny liścik oraz butelka szampana w kubełku z lodem!

Sam hotel okazał się całkiem przyjemny. Korytarze okazały się jednak nie aż tak długie, a jedzenie bardzo pozytywnie nas zaskoczyło – musze powiedzieć szczerze, że chyba to najlepsze jedzenie ze wszystkich hoteli w których byliśmy. Baen hotelowy wygląda ślicznie (nie mam jeszcze zdjęcia) na tle morza, nie ma problemu z leżakami. Zdrzemnęliśmy się więc trochę pod parasolami, aby zniwelować skutki nocnego wstawania i resztę dnia spędziliśmy na słodkim nieróbstwie.