Wiosna pełną gębą. Nie pisałem dość długo z prozaicznego powodu – dziwnym trafem nie miałem dostępu do mojego serwera – tylko stąd (inni widzieli serwisy) i tylko do tego. Panowie z superhosta naprawili sprawe i znowu mogę pisać.

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu, a pogoda zrobiła się całkiem wiosenna – na tyle, że można już chodzić w cienkich sweterkach, lub na upartego w tshircie. Własnie siedzę w ogródku, dochodzi 20.00, a na dworze wciąć 20 stopni. Lubię wiosnę i jesień – jak ostatnio pisałem – bo trochę się za nimi stęskniłem. Ostatnio zima dość ostro przechodziła w lato – kwiecień jeszcze trochę mroził, a potem nagle maj wybuchał upałami. Na jesieni „Indian Summer” przeradzał się bezpośrednio w zimną pluchę. Tu – jeśli czytaliście – rozkoszowałem się jesienią tak długo, az po raz pierwszy w życiu jesiennie widoki i koloryt liści po prostu mi obrzydły.

Dwie wiadomości – dobra i zła. Zacznę może od złej, żeby mieć ją z głowy. Nadal nie mam pracy. Dziesiątki agencji do których wysłałem CV nawet nie odpisały. Nie wiem czy czekają (take youRRR time), czy po prostu nie chce im się odpisywać. Sytuacja jest kiepska. Może po prostu musze poszerzyć poszukiwania i zainteresować się czym innym?

Tymczasem te pół roku nie zostało zmarnowane. Zdałem DELF! Prawdę mówiąc dopiero co chciałem napisać, że go pisałem, a tu nagle wyniki przyszły w niecałe dwa tygodnie po jego napisaniu! Niesamowite – szczególnie jak na Szwajcarię. Pisemny poszedł mi jak się spodziewałem średnio – 12,5 / 25 punktów. Ale to i tak dobrze, uczyłem się do niego może z kilka lekcji, a każdy kto zna francuski (lub czytał uwaznie bloga) wie, że język pisany i mówiony, to dwa światy. Za to ustny – 50/50 punktów. Wypas. Rzadko kiedy udaje mi się zdobyć tyle punktów, ostatni raz zamaksowałem na kartkówce z genetyki w 3 klasie, a i tak tylko dlatego, że mniej więcej znałem pytania 😉

Gdy już zadanie o nazwie „French” zostało zrealizowane wziąłem się za ogródek. Wydaje się to trochę dziwne – szczególnie z punktu widzenia moich rodziców, wychowałem się w sumie w dou z ogrodem i nigdy nie miałem chęci się nim zajmować. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – który normalny i zdrowy na umyśle nastolatek (nie mający zamiaru studiowac ogrodnictwa) zajmuje się ogrodem? Come on. Jest milion ciekawszych rzeczy do roboty. Poza tym własny ogródek to własny ogródek. Do nastolatka też mi coraz dalej, skoro – jak bohater Ferdydurke – przekroczyłem już trzydziestaka. A może dochodzi do tego tęsknota za naturą – odkąd przestałem w związku z wyjazdem tu brac czynny udział w harcerskich wycieczkach trochę brakuje mi kontaktu z naturą. Summa summarum ogródek jest przekopany, zagrabiony, zasiany i ulepszony. Ogrodziłem klomby z roślinami, wysypałem korę i zasiałem trawę (oczywiście wraz z Marysią w proporcjach na jakie pozwala jej wolny czas). Wysypałem ścieżkę z białych kamyków i ogarnąłem krzaki w ogrodzie. Jest on na tyle mały, że ogarniam go w całości nie nudząc się nim – ci którzy mnie lepiej znają, wiedza o co chodzi 🙂 Pożyczonym od sąsiadów KARCHERem umyłem betonowe płytki do stanu którego nie widziały nawet lata 70te jak mniemam. Zdjęcia w swoim czasie.

Czy nie głupieję? Chyba nie. Decydując się na przeprowadzkę tu wiedziałem że może być trochę ciężko. Nie chcę pracować jako pomoc w sklepie, a z drugiej strony z moim rocznym doświadczeniem w pracy w agencji i 3 letnim w marketingu nie jestem w stanie zostać Business Account Managing Financial Director Consultantem czy innym yuppim. Zresztą yuppim przecież tak czy inaczej nigdy być nie chciałem.

Więc dalej powtarzam tę codziennę mantrę sprzatania, zajmowania się ogródkiem i gotowania obiadu dla żony wracającej z pracy – a to wszystko przerwane spacerami z Denisem. I jest to nieco oczyszczające muszę wam przyznać – coraz bardziej lubię porządek, do tego stopnia że polubiłem czynność sprzątania. Tak, to dziwne, nawet bardzo dziwne w moim przypadku, ale właśnie tak jest. Przebywanie w brudnym kuchniosalonie po prostu jakoś burzy moje Feng-shui. Incredible.

Pisałem się na to wiedząc jak ważny jest ten wyjazd dla Marysi i jej pracy, i godząc się na trudności związane z pracą – choć tak bardzo z poprzednią nie chciałem się rozstawać. Trudno 🙂

Szwajcaria nie przestaje mnie zadziwiać. Co prawda nad wieloma sprawami przeszedłem już do porządku dziennego, wiele jednak dalej mnie dziwi.

Dziwi mnie nadal to, że Frankofoni nie potrafią mówić wolniej. Wolniej niż ktoś by chciał. Mają jedno tempo – i koniec. Nie potrafią zwolnić, używać prostszych słów, nie sklejać wyrazów. Po prostu. Całe szczęście jest to dla mnie coraz mniejszym problemem.

Dziwi mnie nadal nabożna regularność ich posiłków i wszelakich poczynań. Nadal zdarza mi się jeść o losowych porach i zastawać zamknięty sklep (znalazłem drugi obok – bez przerwy na siestę), a ludzie w godzinach lunchowych zamiast tradycyjnego „miłego dnia!” mówią… „smacznego!”. Tak. Na ulicy, obcy ludzie.

Właśnie to też nadal mnie zadziwia. Tej uprzejmości na pewno będzie mi w naszym lekko schamiałym i zgburowaciałym kraju brakowało. Pamiętam, gdy kiedyś, w górach – nie pamiętam czy były to Bieszczady, czy Tatry, dziwiło mnie to, że obcym ludziom mówi się „Cześć”, czy „Dzień dobry”. Tu do gór jest kawałek, mimo wszystko wszyscy na ulicy pozdrawiają się. Wystarczy spojrzeć na kogoś dłużej niż dwie sekundy, a on ukłoni się. I za chwilę będzie życzył miłego dnia. Lub miłego popołudnia. Lub miłego wieczora. Lub miłego weekendu – tylko w piątek i sobotę. Z zegarmistrzowską dokładnością i precyzją. Zawsze. Miłego dnia życzy mi osoba spotkana na spacerze z psem, miłego dnia życzy kierowcy autobusu… wysiadający nastolatek-skate. Increible.

Kupiliśmy też grilla – robi się ciepło a my powinniśmy zdrowo jeść. Tego wymaga moja dieta „siłowniowa” (tak, tak, chodzimy tam regularnie!) oraz… żołądkowa. No właśnie. Po prawie 30 latach, szwajcarski laryngolog (żeby było ciekawej Polak z pochodzenia) odkrył coś, na co Polacy nie wpadli nigdy. Prawdopodobną przyczynę mojego zatkanego nosa, czyli napuchniętej śluzówki. Otóż okazało się, że drażni ją… mój kwas żołądkowy. Podobno mam tak spalony przełyk, że to stan przedrakowy. Trochę to dziwne – dziesiątki laryngologów i nic do tej pory. No ale cóż, polski laryngolog nawet nia bada stetoskopem, jego rejon kończy się na szyi :] A co dopiero mówić o sprawach gastrologicznych. Dziwne też dlatego, że generalnie nie czułem żadnych symptomów GERD, choć tata przecież miał wrzody, a Marta też ma refluks. No nic, na razie musze wycofać się w szelkich rzeczy gazowanych (!), smażonych na patelni i ostrych. Masakra. Plus jest taki, że przestałem używać kropli, które powodowały że traciłem węch, teraz zapachy wiosny chłonę coraz bardziej.

I na koniec – byłem dziś w kościele na polskiej mszy. Sam, Marysia tymczasowo w Polsce. To lekka odmiana po mszy francuskiej na której mimo certyfikatu nie rozumiałem większości – echo i ton głosu robiły swoje. A tu swojsko i ze względu na polski język, i ze względu na swojskie gęby (nawet nie wiecie jak to widać) i ze względu na… dziesiątki samochodów zaparkowane poza miejscami do parkowania w okolicy kościoła. NASI TU BYLI! 🙂