Day 1 – Syndrom Dnia Pierwszego


Dzień – jak to przez ostatnie pół roku bywa – zaczął się dość wcześnie. Właściwie jeszcze w nocy. Lila budzi się jeszcze 2 do 3 razy, Franek natomiast nie śpi dłużej niż do 7. Jeśli jeszcze do końca nie zdałem sobie sprawy że ten urlop będzie nieco inny niż poprzednie to właśnie rano uderzyło to we mnie ze zdwojoną siłą. No cóż, takie uroki wakacji z dziećmi 🙂 Od przyszłego roku wdrażamy w życie nasz plan wyjazdów po Polsce z dziećmi i wyjazdów zagranicznych bez nich – czasem trzeba będzie sobie odsapnąć. Chyba że wpadniemy na pomysł dalszego powiększania rodziny ;P

Syndrom Dnia Pierwszego uderza we mnie zawsze. Im bardziej spięty jestem podczas roku, im bardziej potrzebuję urlopu, tym dłużej trwa urlopowe odblokowywanie się. Podczas pobytu w Szwajcarii nie mieliśmy go na naszych wyjazdach w ogóle, teraz po prostu wszystko mnie drażniło. Zresztą nie tylko mnie – na pamiętam z wykładów że właśnie ta „bańka turystyczna” czyli to co turysta przywozi ze sobą na wypoczynek pęka dopiero po jakimś czasie. Chyba się powtarzam i piszę o tym przy każdym wyjeździe, ale widać to po różnicy na lotnisku przed i po urlopie. Przed – ludzie spięci, znerwicowani, bladzi. Kłócą się o byle co. Po urlopie – wypoczęci, opaleni, zrelaksowani. My jesteśmy na razie w tej pierwszej części :]

Na śniadanie poszliśmy późno – całe szczęście w tym hotelu możemy jeść właściwie non stop. Od wczesnego poranka do 10 serwowane jest breakfast, od 10 do 12 – late breakfast. Potem lunch. Potem znowu coś. MASAKRA 🙂

Kiedy już ogarnęliśmy się z dziećmi i śniadaniem wybiło południe i spotkanie z rezydentką. Po raz pierwszy nie wytrzymaliśmy całego – posłuchaliśmy obowiązkowej (i ważnej) części o tym gdzie jest lekarz itp, po czym uciekliśmy. Rozpoczęła się tradycyjna pogawędka reklamowa o wycieczkach które można wykupić. Problem polega na tym, że rezydentce zależy żeby sprzedac ich jak najwięcej, więc wypełniają one większość spotkania. Kolorowe fotosy, zdania składające się głównie z przymiotników – enough. I tak pojedziemy na maksymalnie dwie wycieczki.

Kolejne wyzwanie dnia to zorientowanie się w całej plejadzie resturacji, barów i innych przybytków hotelowych. Jest tego sporo, każdy ma inny asortyment, każdy czynny jest w innych godzinach. Całość trochę się wyklarowała, gdy przypomniałem sobie, że po angielsku BAR to wcale nie miejsce gdzie mozna coś zjeść, a DRINK BAR. Gdy odejmiemy bary, zostaje nam kilka resturacji – główna, barbeque, grecka i włoska. Do trzech ostatnich trzeba się zapisywać, dodatkowo włoska to strefa bez dzieci (oprócz piątków). Marzenie profesora Mikołejko!

Reszta dnia to basen. Basen, basen, kąpiel, pilnowanie, płacz, basen, zjeżdżalnia, basen. Wesoło, nie? 😉
No dobra. Oprócz tego animacja dla dzieci wieczorem. Całe szczęscie drinki są za free. Ale o tym jutro.