{EAV_BLOG_VER:2b5f975f1f09dd93} Choć najważniejsze wydarzenie dzisiejszego dnia trwało tylko około godziny i dotyczyło tylko mnie, to zdecydowanie zdominowało dzisiejszy, dość nudny dzień. Chodzi oczywiście o nurkowanie! Z niewiadomych przyczyn do tej pory nigdy jeszcze nie nurkowałem. A to dziwne – wychowałem się nad Dadajem gdzie nurkowanie było na porządku dziennym. Siostra ma rodzona – Marta oraz jej małż – Maciek nurkują w każdej wolnej chwili kiedy nie żegluja i nie zajmują się schorowanymi pacjentami 🙂 A Marysia nurkowanie ma przecież we krwi – dla jej Taty nurkowanie było pasją…

Tak czy inaczej jakoś na żadnym wyjeździe nie nurkowaliśmy. Ale w końcu nadejszła wiełkopomna chwiła! Za jedyne 60 euraczy niemiecka stacja nurkowa miała nauczyć mnie podstaw tauchen i zabrać na ocean!

Godzina 15 nie mogła coś nadejść. Poszliśmy jeszcze raz na leżaki na skały i pokąpaliśmy się nieco w morzu – zupełnie nieświadomi tego co dzieje się pod nami 🙂 Kiedy skakałem do wody z kilku metrów, z pomostu i bałem się tego że woda jest za płytka, nie miałem jeszcze świadomości, że pode mną jest 6 metrów krystalicznie czystej wody pełnej ryb i innych stworzeń!

Piętnasta. Idziemy do punktu nurkowego. Christina (Guten Tag Christina!) pokazuje mi meine Akwalungen i gdzie mogen położen meine Dinge.

Sexi pianka 😀

Marysia miała nurkować koło nas w ABC, ale nie ma na to zbytnio warunków. Właśnie – ocean dzisiaj szaleje – fale rozbijają się o pomost, białe grzywy pokrywają taflę. Czwórka – piątka. Pogoda dla twardzieli, ha!

Pogoda jest hardkorowa

Naprawdę!

Bez kitu!

Zakładam piankę, wpinają mnie w jakieś straszne obciążniki i butlę – w sumie 20 kilo. Idziemy schodami w górę (masakra!) i wchodzimy do basenu. Moim instruktorem jest Herr Tobias – rasowy Aryjczyk, który pasowałby idealnie jako partner Davida Hasslehofa, ewentualnie jako dubler Jasona Donovana.Kurs teoretyczny ma niby trwać 45 minut, ale jako że jestem wybitnie (wybitnie!) inteligentny, ogarniam go w niecałe 15 minut 😀 [Marysia: albo Herr Tobias po 15 minutach stracił cierpliwość i odpuścił, bo zobaczył, że i tak nic z tego nie będzie]. Dowiaduję się co do czego służy, jak poradzić sobie z ustnikiem (sorry ne wem jak to jeszt po polska bo mnie ucza w obca jenzyka) kiedy wypadnie mi z ust oraz jak poradzić sobie z wodą w masce. Pieca’a’cake! „Sehr gut! ve go to ze ocean!” Geil!

Do buzi? FUJ!

Podchodzimy do spienionego oceanu i próbujemy zejść do wody.

Ciężkie to!

Jest ciężko, bo fale co chwilę rozbijają się o pomost i próbują nas zmyć do wody. Udaje nam się jednak zejść do drabinki i zanurzyć. Na początku widząc jak wiele metrów jest pode mną lekko panikuję – ta świadomość plus fakt, że oddycham pod wodą (yeah!) jest nieco dziwna.

I to tyle zdjęć z nurkowania, next time kupię pokrowiec wodoodporny 🙂

Po chwili jednak uspokajam się i schodzimy niżej. Najgorsze jest to, że właściwie nie mam żadnej swobody – mam jej dokładnie tyle ile ielismy w Turcji podczas paraglidingu w tandemie :] Jestem nieustannie trzymany za lewą rękęi upominany, że za dużo macham nogami. Ja chciałbym pływać sam, ale cóż – nicht moglich :/

Tak czy inaczej – schodzimy. Niewiarygodne jest to jak wiele fauny kryje w sobie nasze zejście do morza. Schodzimy na 5-6 metrów co chwilę wyrównując ciśnienie. Der Instruktor co chwilę wciska tajemniczy przycisk na rurce która zwisa z mojego akwalungu, a ja schodzę niżej (tak, tak,wiem że chodzi o wyporność :P). Mijamy ławice malutkich rybek, tych nieco większych które mają chyba z 5 kolorów, po czym schodzimy do skał po którym chodzą kraby. Między nimi kryją się różne inne stworzenia których nazwać nie potrafię – czarne morskie jeże i inne żyjątka znane mi dotychczas z kolorowych fotografii. WOW. Jest naprawdę niesamowicie!

Tymczasem na lądzie...

W pewnym momencie Tobias wydaje się rzeczywiście bardzo poruszony – pokazuje mi ciągle rybę wyglądającą jak szczupak która próbuje (bezskutecznie niestety) polować na małe rybki z ławicy. Podniecony zdejmuje nawet maskę żeby wybulgotać mi jej nazwę – niestety nic nie rozumiem. Dopiero po wyjściu na powierzchnię dowiaduję się, że była to barrakuda. Ławica niczym jeden organizm przesuwa się i ucieka przed drapieżnikiem,a ten próbuje je dorwać. Ja to chyba rzeczywiście jestem w czepku urodzony, w końcu w sobotę 😀

Pływamy dalej, wydaje mi się, że całość trwa jedynie kilka minut, a w rzeczywistości jesteśmy pod wodą ponad 20 minut. Jedno jest pewne – robię kurs i na następnych wyjazdach nurkujemy! Jest tak fajnie jak sobie wyobrażałem a nawet lepiej 🙂

Wychodzimy z wody, przebieramy się, czas zapłacić należne. Co zrobić. My wracamy do hotelu. Jest dopiero 16.30,więc po krótkiej przerwie (w której to Mary wybiera wieczorową kreację a ja pokonuję kolejne levele WORMS2 na iPhonie) ruszamy na ostatni spacer wzdłuż wybrzeża.

Maryja i ocean

Jest ono nadal puste… podziwiamy palmy które już jutro zamienią się w sosny, modrzewie oraz jesiony 😉 i wracamy na kolację.

Wieczorem raczymy się jeszcze wyrobami Coca Coli (Mary, tak Pigwo, Marysia przez cały wyjazd pije COCA COLĘ!!!) oraz Pepsi – ja piję 7-UP (z lekkim dodatkiem whisky :P) i obserwujemy pięcdziesięcioletnią Niemkę która próbuje poderwać wszystko co się rusza. Hola, hola, nie wygląda tak jak większość z Was sobie to wyobraża – ma całkiem niezłą figurę (jak na swój wiek) odzianą w obcisłe, świecące legginsy, tlenione długie blond włosy i twarz (niestety) zbyt mocno zjaraną solarium. Co chwilę wstaje od stolika i zerka w stronę grającego zespołu podrygując swoimi pośladami. Zespół niestety jedynie posyła sobie miny lekko z niej szydzące. C’est la vie! 😉

Jutro koniec. Niestety. Trochę tęsknimy już za Polską, o wiele bardziej tęsknimy za Frankiem. Choć pewnie po dwóch dniach w Polsce (albo jednej wizycie na poczcie) będziemy chcieli tu wrócić. Co zrobić…