Prowansja i Langwedocja day 1


6445

Prowansja, do tej pory, kojarzyła mi się jako przeciętnemu zjadaczowi chleba, głównie z ziołami prowansalskimi. Langwedocja natomiast nie kojarzyła się z zupełnie niczym. Prawdę mówiąc do tej pory nazwa ta brzmi dla mnie trochę jak  kraina z bajek dla dzieci.

Wizyta rodziców Marysi zaplanowana była już (co w przypadku rodziny z Wrocława nie powinno dziwić :D) od dawna. Przede wszystkim chcieliśmy odwiedzić jeszcze raz, z Mamą i Martinem miejsce ostatniego nurkowania Taty Marysi, a przy okazji zwiedzić trochę południa Francji.

[umap id=”41423″ tp=”6″ size=”c” w=”600px” h=”350px” alignment=”center”]

Jeszcze przed wyjazdem przeraziły mnie wskazania temperaturowe – mój telefon po raz pierwszy wyświetlił dziwną ikonkę składającą się z pękniętego termometru i wykrzyknika. Tak, na południu Francji właśnie w ten weekend temperatura miała dojść do 40 stopni w cieniu. Przerażające. Upewniliśmy się więc, że hotel posiada klimatyzowane pokoje oraz że klimatyzacja w Maździe działa i wyruszyliśmy na południe.

Plan na pierwszy dzień był dość prosty – najpierw Bourg San Andeol, później nocleg w hotelu pod Awignonem. Gdy starczy czasu – wizyta miasta papieży.

Bourg San Andeol nie zmienił się oczywiście zbyt wiele od czasu naszej zeszłorocznej wizyty (kiedy to wziąłem aparat bez karty pamięci). Pogoda równie piękna, choć tym razem na skutek upałów oczko wodne obniżyło znacznie swój poziom pokazując wyraźnie zejście do podziemnego tunelu (w zeszłym roku, jak już pisałem na blogu, całość przypominała jedynie niewinny stawik w parku). Zapaliliśmy znicz i ruszyliśmy dalej na południe.

Teraz słowo o hotelu. Pierwszy hotel który wybraliśmy był tradycyjnym dwu- czy trzygwiazdkowym hotelem w okolicach Awignonu, kosztującym w okolicach 100 EU za pokój dwuosobowy – to normalna cena zarówno we Francji jak i Włoszech. Wtedy do akcji wkroczył Martin (gdybym miał oceniać Walijczyków po Martinie, uwierzłbym w to, że Walię założyli Szkoci wypędzeni za zbytnią oszczędność 😉 ). Nie, nie, nie zroumcie mnie źle, nie chodzi o skąpstwo tylko pozytywnie rozumiany zmysł oszczędności (nie wiem co to jest ale gdzieś o nim czytałem). W każdym razie Martin dość szybciutko wyszukał hotel o takim stosunku ceny do jakości, jakiego nie mieliśmy już okazji doświadczyć aż do dziś. Niestety.

Ale „stety” dla tego wyjazdu. Hotel okazał się przydrożnym motelem, ale zupełnie innym niż te białe, bezduszne motele znane z amerykańskich filmów. Składa się on z trzech budyneczków położonych po dwóch stronach małej, żwirowej uliczki, pokoi z drzwiami bezpośrednio na zewnątrz, wygodnych łóżek, łazienkowej suszarki na podczerwień i polityki zwrotu 100% kosztów w razie nieusunięcia dowolnej usterki w ciągu 15 minut. Do tego bezprzewodowy internet w pokoju i… cena 60 Euro za noc. Niewiarygodne. (Szkoda że reszta hoteli spod marki Campanile nie jest tak wspaniała, ale to już inna historia którą opiszę później).

Zalogowaliśmy się w pokojach i korzystając z dość młodej – jak na sierpień – godziny, wyruszyliśmy do Awinionu. Awinion znany jest oczywiście większości osób z dwóch powodów. Po pierwsze każdy słyszał kiedyś że miasto ma Jakiś Tam Związek z papieżami (nie będę się rozwodził, zapraszam na Wikipedię :), po drugie miłośniki muzyki którą nazywam szarpaniem kota piłą łańcuchową kojarzą zapewne piosenkę głównej przedstawicielki tego nurtu – Ewy Demarczyk. No tak, musicie ją kojarzyć, nawet ja wyznający zasadę że lubię głównie piosenki których melodię da się zagwizdać lub zanucić (nie dotyczy muzyki elektronicznej), co nieco kojarzyłem.

Na początku udaliśmy się oczywiście w kierunku mostu. Początkowo zaparkowaliśmy na pustym placu koło wielkiej skały, później jednak zauważywszy (używam imiesłowów moje drogie Polonistki! :D) że miejsce to zarezerwowane jest dla niepełnosprawnych, postanowiłem wjechać na parking podziemny.

I tu dość mocno się zdziwiłem. Otóż parking podziemny nie kierował tradycyjnie w dół, a w górę. Część miasta położona jest na wysokiej skarpie i parking jest właśnie w tej skarpie wykuty. Wjechałem więc dwa piętra w górę, wysiadłem, wsiadłem do windy i zauważyłem, że… Jestem na -4 piętrze. Hmm. Reszta wycieczki czekała na mnie na dole, więc podróż na poziom 0 (gdziekolwiek on był) zupełnie mnie nie interesowała. Wysiadłem, wsiadłem do drugiej windy. To samo. Ruszyłem w stronę klatki schodowej. Schody tylko w górę. Sprawdziłem tętno, uszczypnąłem się, upewniłem się że jestem trzeźwy i nieotumaniony innymi substancjami 🙂 Zacząłem wjeżdżać z poziomu X, wjechałem na poziom X+2, a winda twierdziła że jestem na poziomie -4. No cóż, zaryzykuję i wjadę na górę – nawet przy mojej rodzinnej akalkulii jak nic wyląduję na poziomie X+6, czyli jakieś 6 pięter wyżej niż zamierzałem.

Winda otworzyła się, oczom ukazały się schody… do góry. Wszedłem (X+7?) i zobaczyłem normalny plac, z kawiarenkami, restauracjami, mnóstwem ludzi i wielkim pałacem (zamkiem?) papieskim. No raczej papieskim, bo jakim? Komórkę jak na złość miałem akurat zablokowaną (inna , niewarta poruszania tu historia). Wybrałem więc losowy kierunek i ruszyłem w stronę domniemanego położenia rzeki. Mój harcerski nos nie zwiódł mnie, już po chwili oczom moim ukazała się wąska uliczka prowadząca w dół, łącząca się z kolejną uliczką prowadzącą w dół, łączącą się… A już po chwili błądzenia po labiryncie wąskich przesmyków zobaczyłem Denisa na długiej smyczy wychodzącej zza rogu. Po chwili wyłoniła się reszta ciągniętej przez niego wycieczki 🙂

Ruszyliśmy w stronę mostu. Most składa się głównie z niedokończonej konstrukcji i Polaków śpiewających o paniach i panach na tymże moście. Nie wiem czy to moc piosenki, ale rzeczywiście Polaków było tam zatrzęsienie. Obejrzeliśmy panoramę i ruszyliśmy na poziom X+6 🙂

Pałacozamku nie zwiedziliśmy (niestety nie chcieli nas wpuścić z Denisem), za to pochodziliśmy trochę po okolicy aby w końcu (koło karuzeli pamiętającej podobno XIX wiek!) wylądować w resturacji. Upał, mimo późnej godziny, panował niemiłosierny, więc posiłek nie był zbyt obfity.

Awinion, jak wszystkie francuskie miasteczka, tętni wieczornym życiem. I to jest coś czego będzie nam na pewno brakowało po powrocie do Polski. W ogóle brakuje mi własnie małych, tętniących życiem, malowniczych miasteczek. Duże miasta nie są takie złe i mają swój klimat (nawet Warszawa moim zdaniem), ale małe miasteczka są po prostu dziurami… 🙁

Wróciliśmy do hotelu i padliśmy jak trupy.