Prowadzenie domu to jedna z trudniejszych rzeczy w życiu – nigdy nie zastanawiałem się nad tym jak to będzie, z perspektywy dzieciaka wydawało się to cholernie proste. Wiedziałem tylko tyle, że ja wreszcie będę mógł robić to na co mam ochotę (bez tych strasznych zasad narzucanych przez rodziców!), a i moje dzieciaki będą miały właściwie pełną swobodę we wszystkim. Życie oczywiście zweryfikowało moje plany – na szczęście. Całość okazała się jednak dość trudna, lodówka nigdy automatycznie się nie zapełnia, a otwarte słoiki same z niej nie usuwają, co czasem powoduje, że staję się niezamierzonym twórcą obcych cywilizacji.

Nikt nie uczył nas tego jak wychowywać dzieciaki i jakie stosować zasady. Takie, które są w złotym środku – by nie być zbyt surowym, ale też nie pozwalać sobie wchodzić na głowę. Zasady, które z jednej strony pozwolą jak najlepiej przygotować dzieciaki do dorosłości, a z drugiej strony pozwolą nam przeżyć te dwadzieścia lat naszego życia bez skończenia w domu wariatów.

Staram się nie oceniać zasad panujących w innych rodzinach, choć czasem oczywiście wymyka mi się taka czy inna opinia 🙂 Postanowiłem więc opisać 5 punktów, które stworzyliśmy wspólnie – nie w trakcie jakiejś specjalnej sesji, a w trakcie już ośmioletniego procesu wychowywania naszego narybku. Zasad, których uczenie i egzekwowanie wychodzi różnie, które jednak są dla nas dość ważne właśnie ze wspomnianych dwóch powodów. Są według nas ważne pod kątem wychowania dzieciaków, ale też ważne dla nas, tu i teraz.

1. Sen jest święty

To zasada, której nauczył mnie mój Tata. Pamiętam z dzieciństwa, że lubił przyciąć komara w ciągu dnia, a my nie mogliśmy go budzić. Bo dlaczego mielibyśmy to robić? Sen w momencie zostania rodzicem staje się towarem deficytowym i naszym zdaniem, należy nauczyć dzieciaki jak najwcześniej, że to nie jest tak iż można obudzić rodzica w dowolnym momencie, z dowolnego powodu.

W ogóle rozróżnienie potrzeb dziecka od jego zachcianek to jedna z podstawowych umiejętności rodzica. Niestety niektórzy kompletnie tego nie potrafią.

Oczywiście wdrażanie tej zasady to klasyczna syzyfowa praca, ale nie ustajemy w wysiłkach licząc na to, że kiedyś ten kamień uda się wturlać. Dzieciaki już od 2-3 roku życia wiedzą, że nie budzimy innych, jeśli nie ma ku temu ważnego powodu. Teraz jest o tyle łatwiej, że ośmioletni Franek i sześcioletnia Lila są w stanie bardzo świadomie zrozumieć tę zasadę i ewentualnie wpłynąć na Helę. Niestety trafiliśmy na egzemplarze wstające dość wcześnie (choć dzięki temu nie ma większych problemów z wieczornym zasypianiem), więc zdarzają się sytuacje, w których dzieciaki są w stanie obudzić się nawet o 5 rano w weekend (choć dzieje się to już coraz rzadziej). My z jednej strony systemowo staramy się zminimalizować konieczność budzenia nas (pilot w widocznym miejscu, płatki i mleko pod ręką), więc potrafią sobie już same rano poradzić. Natomiast upewniamy się, że wiedzą o tym iż nie jest powodem do obudzenia nas:

  • To, że ktoś kogoś uszczypnął
  • To, że dzisiaj jest sobota,
  • To, że przyśnił się wyjazd nad morze
  • To, że ktoś powiedział, że ktoś jest gupi.

NIE. Po prostu nie. Oczywiście dzieciaki mogą, a nawet powinny nas obudzić, gdy coś się stanie, ale upewniamy się, że są w stanie odróżnić sytuacje ważne od tych mniej ważnych.

Oczywiście niektóre dzieciaki do pewnego wieku lubią przychodzić do łóżka rodziców, ale my bardzo wcześnie upewnialiśmy się, że jeśli chcą to robić, to nie po to by na tym łóżku skakać, czy wariować. Hela przychodzi do nas czasem nad ranem, ale wie dobrze, że jedyną rzeczą, którą może z nami robić jest albo dalsze spanie, albo spokojne leżenie.

Wiem, że są rodzice gotowi na takie poświęcenia – ok. My raczej do tej grupy nie należymy. Tym bardziej, że wyspany rodzic, to łagodniejszy rodzic.  Oczywiście wiele zalezy tu od umiejętności ponownego zaśnięcia po obudzeniu – ja posiadłem tę jakże ważną rodzicielską umiejętność, z Marysią gorzej. Polecam dobre, dokanałowe słuchawki i aplikację generującą szumy. Teraz puszczam ją sobie, nie dzieciom.

Oczywiście to samo dotyczy ich nawzajem. Jeśli ktokolwiek z nich śpi dłużej – wiedzą, że mają tej osoby budzić. Oczywiście nuda czasem wygrywa z przestrzeganiem zasad, ale jak mówiłem to ciężka, syzyfowa praca 🙂

2. Albo ekran, albo jedzenie

To też zasada, którą wyniosłem z domu. Tak było u nas w domu – może dlatego, że nie mieliśmy osobnej jadalni, tylko większą kuchnię, więc nie było w niej telewizora. Tabletów i komórek oczywiście nie było.

Dziś jedzenie w trybie „zombie” jest zmorą zarówno dzieci jak i dorosłych. Pamiętam z podróży poślubnej taki obrazek – dziecko zapatrzone w bajkę przy stole  i mama podająca mu kanapki do gryzienia. Nie, to nie był niemowlak. Postanowiliśmy nigdy do tego nie dopuścić.

To nie jest tylko kwestia dzieciaków. Wiele badań pokazuje, że jedzenie w trakcie oglądania telewizji jest po prostu niezdrowe na wielu płaszczyznach. Mózg zajęty jest przetwarzaniem informacji i stymulantów z ekranu i nie zajmuje się jedzeniem. Odczuwamy o wiele mniejszą satysfakcję z jedzenia, obniża nam się spalanie, mamy tendencję do jedzenia za dużo lub jedzenia za mało, a także jedzenia więcej śmieciowego jedzenia. U dzieciaków to dodatkowo może być powodem nielubienia wielu pokarmów – nie uczą się nowych smaków, nie skupiają na posiłku, jedzenie staje się mechaniczną czynnością.

Warto też dodać, że posiłek może być bardzo dobrym rodzinnym spotkaniem towarzyskim i okazją do rozmowy. Ale tylko w przypadku skupienia biesiadników na jedzeniu i sobie nawzajem.

Ta zasada dotyczy także nas i innych ekranów. Poza nagłymi przypadkami nie używamy telefonów podczas jedzenia. Oczywiście czasem jedzenie jest tak piękne, że trzeba zrobić mu zdjęcie i pochwalić się nim w sieci, ale czas z telefonem zmniejszamy do minimum. Także dla przykładu osobistego – trochę bez sensu jest zakazywać dzieciakom telewizji podczas gdy sami siedzimy przy posiłku z telefonem w ręku.

3. Jedzenie tylko w trakcie posiłków, w kuchni

Tej zasady nauczyli nas znajomi posiadający obecnie szóstkę dzieci. Jakoś w okolicy czwartego dziecka Kaśka powiedziała nam, że u nich w rodzinie je się tylko w trakcie posiłków. Inaczej nigdy nie wychodziłaby z kuchni. I to ma sens.

Oczywiście to nie jest tak, że dziecko może głodować, ale spójrzmy prawdzie w oczy – zazwyczaj chęć podjadania między posiłkami związana jest z tym, że zjadło zbyt mało na poprzedni posiłek. I to powinna być naturalna konsekwencja takiego stanu. Owszem, zdarzają się sytuacje w których ma sie ochotę coś przekąsić – nie ma problemu ze zjedzeniem owoca, ale nie trawię myszkowania po lodówce godzinę po obiedzie. Nie dość, że powoduje to kolejny bałagan w kuchni, zmniejsza opcje na poprawne zjedzenie kolejnego posiłku, to jeszcze uczy podjadania – a to dość kiepski nawyk żywieniowy, który kończy się później otyłością.

Jeśli ktoś rzeczywiście strasznie jęczy – dostaje kromkę chleba. I wodę. Z głodu nie umrze.

Acha, nie wynosimy jedzenia z kuchni. Jemu w trakcie posiłków, jedzenie to coś więcej niż nasycanie głodu. A dzień rodzica to ciś więcej niż sprzątanie masła wgniecionego w kanapę i okruchów wdeptanych w dywan.

4. Brak walających się słodyczy

W moim domu nigdy nie było miski pełnej cukierków, czy nadmiernej ilości ciast. Może dlatego nie jest zbytnim fanem słodyczy i nigdy nie miałem specjalnych problemów z otyłością. To nie jest tak, że zupełnie odmawiamy dzieciakom słodyczy (dzieciństwo bez słodyczy musi być straszne), ale staramy się, by nie była to rzecz normalna i dostępna cały czas.

To też oczywiście ma związek z późniejszym niejedzeniem posiłków, próchnicą, czy otyłością dzieciaków. O tym dziś dużo się mówi, ale czasem mam wrażenie, że widzę albo matki-terrorystki, które nie pozwalają dzieciom zupełnie na słodkości, albo rodziców tuczących swoje dzieciami jak małe warchlaki. Znajoma pracująca na oddziale na którym znajdują się otyłe dzieci, mówi że to nie jest niesamowite – rodzice małych pacjentów leżących przecież w szpitalu ze względu na otyłość, czy nawet cukrzycę typu 2, nadal przemycają im olbrzymie ilości słodyczy. Ludzie, walnijcie się tak naprawdę mocno w łeb.

Chcemy, by słodycze zawsze były czymś dodatkowym, nagrodą, łakociem. A nie codzienną paszą.

5. Cyfrowe limity

Pisałem już kiedyś o tym, że w wieku kilkunastu lat postanowiłem iż mój syn nie będzie miał żadnych limitów związanych z „graniem w komputer”, a potem – po 2 tygodniach od zapoznania Franka z Playstation, porzuciłem ten zamysł.

Bodźce emitowane przez różnego typu ekrany są na tyle silne, że dzieciaki po prostu przestają chcieć bawić się w „analogowy” sposób. Rany, my przecież też jesteśmy ofiarami tego, że mamy ekran ciągle przy sobie i często nie przeżywamy tego co tu, teraz, wokół nas. Ale to zupełnie inny temat.

Dzieciaki mogą grać na konsoli tylko w weekendy – piątek, sobotę i niedzielę. Bazowy limit to jedna godzina, natomiast jest on czasem wydłużamy – gdy gramy razem, gdy przychodzą goście, czy z innych powodów. Staramy się jednak, by to granie nie było dłuższe niż 3 godziny.

Dzieciaki nie mają jeszcze swoich telefonów (Franek ma zegarek z telefonem), mają za to tablety, które kupiłem z myślą o wyjazdach. Używają ich w podróży (choć też nie zgadzamy się, by trwało to kilka godzin) oraz podczas wakacji. Ostatnio dopuściliśmy możliwość używania ich w ciągu tygodnia, z limitem jednej godziny.

Tu z pomocą przychodzą różne oprogramowania rodzicielskie. Android ma teraz coś takiego jak Family Link, ja od dwóch, używam ESET Parental Control – można tam ustawić limity czasu, a także aplikacje które są poza limitem (na przykład edukacyjne). Aplikacja wykrywa które gry nadają się dla dziecka w danym wieku, a co ważne sama blokuje tablet i nie trzeba się przy tym użerać 🙂 Tych systemów jest trochę więcej, są także takie wbudowane w nowy iOS, warto o to zadbać.

6. Nie ma prezentów bez okazji

To też zasada, którą wyniosłem z domu. Nie przypominam sobie zupełnie sytuacji w której po prostu chcę coś dostać i to dostaję. Bez okazji, bez powodu. Owszem, okazji było sporo – urodziny, imieniny, Boże Narodzenie, Dzień Dziecka itp, chodzi tu bardziej o nauczenie dzieciaków, że świat nie działa w ten sposób.

Od mniej więcej piątego roku życia dajemy dzieciakom kieszonkowe i uczymy ich oszczędzać i gospodarować pieniędzmi. Czasem zdarzają się sytuacje w których kupujemy coś nadprogramowo, ale nie chcemy zupełnie sytuacji w styku „KUUP MIII!”. Dla naszych dzieciaków takie zachowanie zazwyczaj jest nienaturalne. Robię wtedy zdziwioną minę i pytam z jakiego powodu nagle miałbym to kupić. Zazwyczaj refleksja przychodzi sama 🙂

***

To nie jest oczywiście tak, że wszystkie te zasady są bezproblemowe i działają. Nie, dzieciaki są jak Jack Russell Terrier – sprawdzają codziennie, czy dotychczasowe zasady nadal obowiązują. Ale to naszym obowiązkiem jest nauczyć je, że w dorosłym świecie też jest mnóstwo zasad, których trzeba przestrzegać.

A nam pomaga przetrwać ten okres we względnie dobrym zdrowiu psychicznym. Czego i Wam życzę!