Grudzień, 4 lata temu. W sumie dość podobny, padało może trochę mniej. Siedzieliśmy sobie w domu popijając herbatę i wiedzieliśmy, że wszystko się zmieni. Już zaraz. Już niedługo. Franek kopał w brzuch raz za razem, a my nie mogliśmy się doczekać. I kompletnie, ale to kompletnie nie mieliśmy pojęcia co będzie dalej. I w jednym mieliśmy rację. Zmieniło się wszystko.

Faceci nie piszą o dzieciach. W ogóle publicznie to nie jest temat sexi. O dzieciach piszą blogerki parentingowe o których pogardliwie mówi się, że opisują kolor kupki każdego dnia. O dzieciach pisze się w gazetach, gdy są jakieś problemy, pedofilia, gdy za wcześnie idą do szkoły, gdy pojawia się rewolucyjna metoda wychowawcza. Wrzuca się zdjęcia dzieci na fejsa, puszcza się lajeczka, zapomina. A faceci mają na pewno mnóstwo wazniejszych tematów – linków do wyceny Bardzo Ważnej Spółki, czy narzekanie na pracę. O dziecku pisze się wtedy kiedy nie można wyrwać się na imprezę, bo ktoś musi zostać w domu.

Franek urodził się tydzień później. I jedna myśl która dotarła do mnie wtedy, towarzyszy mi az do dziś. Narodziny dziecka, szczególnie pierwszego, to największy kontrast jaki możemy sobie wyobrazić. Z jednej strony to przecież naprawdę nic nadzwyczajnego. Dzieci rodzą się, rodziły i będą rodzić. Wielkie aj waj.

A jednak dla ciebie, dla was, to najważniejsze wydarzenie ever. To coś tak niesamowitego, że nie mam słów które mogłyby to oddać. Nagle, wydawałoby się z zupełnie niczego, powstaje takie mały stworek który wychodzi na świat. I rośnie. I rośnie. I rośnie.

Minęły cztery lata. Nie przestało mnie to fascynować. Ba, fascynuje mnie coraz bardziej. Przecież to było tak niedawno. A dziś Franek wraca z przedszkola i pyta czy wiem o tym, że Polska kiedyś była podzielona i mówiło się w różnych językach. A prawie dwuletnia Lila wyciąga w tym czasie wszystkie ubrania Marysi i zaczyna je przymierzać.

Nie chcę, by zabrzmiało to pusto, ale naprawdę przed urodzeniem się diabłów miałem lekki kryzys bytu. Praca lub jej brak, cykl dzienny, posiłki, robienie Jakichś-Tam-Rzeczy. I znowu to samo. Po co? Trochę mi się nudziło.

Dzieciaki to tysiąc minusów. Koniec wolności takiej jak ją rozumieliśmy. Wychodzenia z domu ot tak. To sporo więcej odpowiedzialności, czy wydatków. Ale te tysiąc minusów ginie w milionie plusów. Miliardzie. Zyliardzie.

Fascynuje mnie oglądanie tego jak się rozwijają. Jakie robią postępy. Uwielbiam ich bezwarunkową miłość. To gdy budzę się, a Lila stoi koło mnie, wdrapuje się na mnie i bez słowa przytula. I leży tak przez 30 sekund, tylko po to, by za chwilę rozproszyć się czymś co robi Franek. Fascynuje mnie to, że to cząstka mnie, cząstka nas. To niesamowite mieć w domu takie klony, odnajdywać w nich siebie.

Nie zrozumiesz tego nie mając własnych dzieci. Nie będziesz w stanie. Myślałem, że to będzie jak z cudzym dzieckiem, tylko trochę bardziej. A to kompletnie inna galaktyka uczuć. Uczuć wydawałoby się powszechnych, normalnych. W dzisiejszym świecie fejsowego lansu takie zwykłe sprawy mogą wydawać się zbyt normalne żeby o nich mówić. Pieprzę to.

A najbardziej uwielbiam z dzieciakami odkrywać świat na nowo. Lilka zobaczy w tym tygodniu po raz pierwszy śnieg – tak w pełni świadomie. Franek zapyta znowu o coś, a ja będe znał odpowiedź. Mam nadzieję. Będziemy razem patrzeć na mrówki i zastanawiać się jak będzie wyglądać kamień po tym jak go się rozłupie. Mój wewnętrzny Piotruś Pan będzie wniebowzięty.

Nie bójcie się mieć dzieciaków. To najwspanialsze doświadczenie jakie mnie spotkało w życiu. Wszystko inne naprawdę wydaje się małą, nieważną bzdurą. Będzie ciężko, będzie momentami bardzo ciężko, będzie pod górkę, będziecie mieli dosyć. Ale to wszystko naprawdę śmieszne. Bo wystarczy jeden uśmiech Lilki, albo „kocham Cię, Tato” Franka. I wszystko, naprawdę wszystko się resetuje.

Chciałbym cofnąć się w czasie i powiedzieć tej zamartwionej, choć uboższej o trochę siwych włosów parce – będzie dobrze.

Będzie świetnie.

Będzie najlepiej.

Najlepiej.