Warszawa, rok 2018, plac zabaw na jednym z warszawskich osiedli. Na placu dzieciaki w wieku na oko od siedmiu do może trzynastu lat. Poukrywane po kątach placu – częściowo w różnego rodzaju zamkniętych zabawkach. W ręku smartfony. Rodzice w domu szczęśliwi – w końcu dziecko wyszło na dwór, jest dobrze.

Czy kiedyś było lepiej?

Mam problem z łatwą i prostą oceną tego co dzieje się wśród dzieciaków. Wiem, że bardzo łatwo mogę wpaść w pułapkę mentalnego starca myślącego, że “kiedyś było lepiej”. To motyw stary jak świat, już pierwsze teksty pisane mówiły o upadku wartości w nowym pokoleniu. Ale czy to oznacza, że nie mogę reagować na to się dzieje? Zupełnie nie. Tym bardziej, że raporty krzyczą coraz głośniej, że sytuacja jest coraz gorsza, a my zdajemy się zupełnie nie reagować. Bo mnie nie chodzi zupełnie o upadek wartości, zmianę mody, czy inne tego typu sprawy. Chodzi o technologię, zmianę sposobu spędzania czasu i suche fakty. Niestety, jeśli chodzi o ruch wśród dzieci, to kiedyś BYŁO lepiej.

Po niedawnej lekturze genialnej książki Sapiens, na bardzo dużo spraw patrzę przez pryzmat skali czasowej istnienia naszego gatunku. Przez ponad sto tysięcy lat prowadziliśmy żywot zbieraczy-łowców, spędzając czas na świeżym powietrzu, dopiero jakieś dziesięć tysięcy lat temu przeszliśmy w tryb bardziej osiadły. Rozwój rolnictwa i ciężka praca zaowocowały różnymi problemami, ale niezależnie od nich jedno się mniej lub bardziej nie zmieniało – bycie dzieckiem oznaczało ruch. Ruch, zabawy i bieganie – niezależnie od tego, czy było to dziecko żyjące w plemieniu Indian Ameryki Północnej, gdzieś w Australii, Azji, Afryce czy na europejskim dworze królewskim. To ostatnie miało pewnie trochę mniej ruchu, jednak nadal dzieciństwo oznaczało ruch.

Ale nie musimy sięgać aż tak daleko. Jeszcze 100, a nawet 50 lat temu, dzieciaki ruszały się znacznie więcej. Choć my, dorośli, byliśmy już zakuci w kajdany pracy biurowej i gięliśmy swe kręgosłupy od 9 do 17, dzieciaki wesoło hasały po podwórkach, ganiały się na przerwach, czy wyżywały na WF. A później, po nadejściu ekranów, sytuacja zmieniła się diametralnie. I nie są to tylko narzekania czterdziestolatka, a fakty. Dziś opowiem wam trochę o danych z raportu „Aktywność fizyczna dzieci w Polsce” przygotowanego we współpracy z Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego im. profesora Zajonca. Raport powstał na zlecenie Banku BGŻ BNP Paribas, który jest partnerem tego tekstu.

60 minut, dwie godziny

Światowa Organizacja Zdrowia (ang. World Health Organization, WHO) precyzyjnie wskazuje, że dzieci i młodzież powinny być aktywne fizycznie w sposób intensywny codziennie przez co najmniej 60 minut. I co bardzo ważne, nie powinny spędzać siedząc przed komputerem czy telefonem więcej niż 2 godziny dziennie.

W Polsce rekomendowany stopień aktywności wypełniało w 2014 roku jedynie co czwarte (!) dziecko. W tygodniu aż 22,4% dzieci ogląda telewizję ponad 4 godziny, a w weekendy, kiedy nie ma szkoły i można by na ruch poświęcić o wiele więcej czasu, robi to aż 44%! Nie chodzi tu oczywiście o samą telewizję, a także o gry, czy smartfony i tablety, krótko mówiąc wszelkie aktywności siedzące. O samym szkodliwym wpływie nadużywania smartfonów i innych ekranów przez dzieciaki już nie raz pisałem, pisałem także ostatnio o rosnącej otyłości u dzieci. To niestety wszystko się wiąże, nie jest przecież tajemnicą, że ruch to spalanie kalorii i oprócz zdrowego odżywiania to on jest odpowiedzialny za kondycję dzieci.

Ale tu dochodzi jeszcze jedna plaga – zwolnienia z WF wypisywane przez rodziców. Tylko jedno na troje dzieci nie było ani razu w roku szkolnym zwolnione z WF-u przez rodziców. Co piąty uczeń został przez rodziców zwolniony z więcej niż pięciu lekcji.

Dlaczego?

W badaniach młodzi jako jeden z głównych powodów wymieniają “brak energii: i “brak czasu” – mnie te odpowiedzi wydają się co najmniej kuriozalne. Na brak energii mogą narzekać emeryci, a i czasu w dorosłym życiu raczej nie przybędzie. To co nasuwa się samo, to fakt iż mało co może konkurowac z cyfrową rozrywką. Od małego serwujemy dzieciakom takie ilości ekranowych bodźców, że propozycja czegokolwiek innego napotyka słynne “to jest nudne!”. Zresztą to nic nowego, ja też uwielbiałem granie na mojej Amidze, problem polegał na tym, że w domu miałem limity, a z domu zabrać już jej nie było zbytnio jak. Dziś prawie każdy ma czarodziejską szybkę przy sobie, w kieszeni.

Przykład osobisty

Ale to przecież nie tylko kwestia dzieci. To my dajemy im przykład – każdą wolną chwilę spędzamy z telefonem w ręku, w jaki więc sposób mają oni nauczyć się, że można inaczej? A uprawianie sportu przez dorosłych? W grupie dzieci, których rodzice regularnie uprawiają sport, procent dzieci wypełniających rekomendacje WHO jest ponad dwukrotnie wyższy niż w grupie dzieci, których rodzice w ogóle nie są aktywni fizycznie. Pełną wersję raportu znajdziecie tu.

Dzieciaki, do rakiet!

Najpopularniejszym chyba sportem (szczególnie wśród chłopaków) w Polsce jest oczywiście “gała” czyli piłka nożna. Ja za to regularnie chodziłem na basen i tenisa, za co jestem szalenie wdzięczny moim rodzicom. Może właśnie dlatego walczę co jakiś czas jedynie z minimalną nadwagą, a nie otyłością czy innymi gorszymi schorzeniami. 

I choć w tenisa nie grałem już ze 20 lat, z radością zareagowałem na informację, że BGŻ BNP Paribas, bank z którym jak może wiecie w tym roku długofalowo współpracujemy, zorganizował akcję „Dzieciaki do rakiet” promującą aktywność fizyczną wśród dzieci. Właśnie ruszył konkurs dla szkół podstawowych, w którym do wygrania jest profesjonalny sprzęt sportowy dla szkół oraz specjalne szkolenia dla nauczycieli WF-u. Jeśli więc Twoje dziecko uczy się w podstawówce, to zachęć nauczyciela do zapoznania się ze szczegółami akcji. Więcej informacji możecie znaleźć tu.

JAK ŻYĆ?

Ale niezależnie od tego, czy zapiszesz dziecko na tenisa, na piłkę, basen, czy inną aktywność, miej ciągle w głowie czerwoną lampkę – DZIECKO MUSI SIĘ RUSZAĆ! I zastanów się nad kilkoma kwestiami:

1. Czy twoje dziecko rzeczywiście musi już mieć smartfona?

Patrzę sobie na wszystko co dzieje się wokół mnie i dziwię się niepomiernie tym, że kupujecie smartfony coraz młodszym dzieciakom. Zawsze zadaję pytanie: PO CO? Przecież dość oczywistym jest, że dla nich smartfon kojarzy się z dzwonieniem tak jak stacja benzynowa z tankowaniem. Wiadomo, że na stację jedzie się po hot doga 🙂 A nawet – dzieciaki 8, 9, a nawet 10 letnie dość rzadko puszczane są samopas, po co im więc własny telefon? Czasem słyszę “bo koledzy mają!”. Wiecie co? Niektórzy koledzy mojego syna mają też nieograniczony dostęp do telewizora i coli. I co z tego? Franek ma zegarek z kartą sim za pomocą którego może dzwonić, choć oczywiście ciągle zapomina go naładować. Ma też tableta, choć tablety leżą u nas i są wydawane np na czas podróży. Nie uznajemy czegoś takiego jak dowolny dostęp dzieci do tabletów, czy komórek. Ani do słodyczy.

2. Czy kontrolujesz czas dziecka przed ekranami?

“No dobra, pooglądaj” to takie hasło będące symbolem rezygnacji rodzica w XXI wieku. Bo ile można walczyć z dzieckiem, skoro ciągle prosi, a wy sami… chcecie posiedzieć na fejsie, albo pooglądać seriale? U nas jest to powiedziane dość jasno – godzina dziennie. Czasem dwie, jeśli rzeczywiście pada deszcz, a my nie możemy porobić czegoś wspólnie. Ale kiedy widzę dzieci jedzące przy tabletach, spędzające każdą możliwą chwilę przy tabletach, to krew mnie zalewa.

3. Czy kontrolujesz co robi twoje dziecko przed ekranem?

To sprawa nieco pokrewna, ale też ją poruszę. To niesamowite, ale nawet dzisiejsi czterdziestolatkowie na tyle mocno odpadli od rzeczywistości, że internet postrzegają jako jakiś tam zbiór nieszkodliwych stron www. No co się może wydarzyć, dobrze, że dziecko w bramie nie stoi. Tymczasem naprawdę warto się tym zainteresować, więcej już o tym pisałem.

4. Czy dziecko wychodząc “na dwór” rzeczywiście się rusza, czy siedzi przed ekranem?

To jest w ogóle “magia” – przyjrzyj się temu, co robią dzieciaki, szczególnie starsze na placu zabaw. No cóż bawią się w dom. Czyli tatę i mamę wgapionych w telefony. Ale przecież rodzic myśli, że wyszły na dwór…

5. Ile ty się ruszasz?

Przykład idzie z góry. Jeśli wy nie ruszacie się regularnie, nie chodzicie na spacery, wszędzie jeździcie samochodem, to dziecko nie ma jak nauczyć się, że ruch jest ważny. A jest ważny także dla Ciebie. Choć dla dziecka – ze względu na to, że dopiero się rozwija – o wiele ważniejszy.

Warto włączyć w telefonie liczenie kroków, lub kupienie opaski mierzącej dzienną aktywność. Są takie kosztujące nawet tylko 100 zł, a wibrujące, jeśli zbyt długo siedzisz bez ruchu. 

Czy u Ciebie w domu telewizor chodzi non stop? Znam takie domy i jest to dla mnie jakaś totalna pomyłka. Gapienie się w ekran staje się nawykiem, a dla dziecka staje się normalnym to, że tak spędza się czas.

6. Czy twoje dziecko chodzi na jakieś zajęcia wymagające ruchu?

Szkolny WF i zwolnienia z niego to jedno. Nie wiem co powoduje rodzicami dającymi zwolnienia z byle powodu. Ale przecież WF to nie wszystko. Warto zadbać o inne zajęcia ruchowe dla dzieci. Wiadomo, że zazwyczaj one kosztują, a nie wszystkich na to stać, zazwyczaj jednak w okolicy są domy kultury, czy inne przybytki organizujące to i owo. A jeśli nie, to zadbaj przynajmniej o to, by dziecko mogło bawić się z kolegami i koleżankami na świeżym powietrzu. Uwaga, to może wymagać przełamania “ale tam jest nudno” tłumaczonego na “ja chcę przed ekran!”

7. Góry i inne wędrówki

I w końcu co robicie w wakacje, czy podczas innych wyjazdów? My uwielbiamy chodzić z dzieciakami po górach i staramy się robić to z nimi od malucha. Więcej o tym od kiedy, co i jak pisałem tu.

Podsumowanie

Możesz mieć naprawdę dobre chęci – nie podejrzewam większości rodziców o to, by chciały źle dla swoich dzieci. Ale dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane – dziś jest zbyt dużo ekranowych aktywności, by liczyć na to, że dzieci po prostu będą się ruszać. Fakty mówią same za siebie – tego ruchu jest za mało. Fajnie, jeśli wasze dzieci będą wdzięczne kiedyś wam, tak jak ja jestem wdzięczny moim – za basen, tenisa, narty, chodzenie po górach, czy weekendową siatkówkę w pobliskiej szkole.