Jeśli miałbym wybrać 5 rzeczy, które zmieniają się w postrzeganiu świata po urodzeniu się dzieci, to na pewno jedną z nich będzie definicja WYPRAWY. Kiedyś słowo “wyprawa”, czy też “ekspedycja” kojarzyły mi się z trekkingiem w niedostępnych górach, z plecakiem na plecach i błotem po kolana. Dziś każde wyjście z dziećmi jest całkiem blisko tej definicji. A już na pewno wyjście na rowery, pomiędzy polkich kierowców. To wyprawa z gatunku “survival”, trochę jak wyjście w dżunglę między niebezpieczne zwierzęta.

Kiedy udało nam się rozlokować dzieciaki do przedszkoli i żłobków, z radością patrzyliśmy na mapę i czekaliśmy na lato. Trasa z domu, przez przedszkole i żłobek to nieco ponad 7 km. Krótko, przyjemnie, rodzinnie, zdrowo.

Tia.

Prawda jest taka, że po takim kursie nie potrzebuję już porannej kawy, a i kalorii ubywa sporo – nie tylko przez samo pedałowanie, a przez adrenalinę i stres, bo to właśnie towarzyszy jeździe po polskich drogach.

Jak jeździmy?

Etap 1 – rok 2015.

Dwa lata temu Helena była jeszcze za mała na jakąkolwiek przyczepkę, czy fotelik – miała niecały rok. Są rodzice, którzy trochę wcześnie sadzają dzieciaki do fotelików – pamiętajcie o kręgosłupach małych dzieci, maluchy mogą jeździć tylko w odpowiednich przyczepkach, więcej przeczytacie we wpisie Mary. Helena jeździła więc w wózku, a ja wyruszałem w stronę przedszkola razem z Frankiem (5,5 roku) i Lilką (3,5 roku).

Etap 1 – Franek i Lilka w przyczepce

I to był chyba najmniej stresujący etap. Bałem się jeździć po ulicy, chociaż według prawa nie mogę z przyczepką jechać po chodniku (!). Mogę tylko wtedy, gdy jestem z dzieckiem kierującym rowerem, ale prawdę mówiąc – o ile nie rozumiem dorosłych jeżdżących po chodniku w miejscach naprawdę bezpiecznych, takich jak osiedla, o tyle po ulicy z przyczepką po prostu się bałem i tak, przyznaję się do łamania prawa, jest idiotyczne. Całe szczęście na większości trasy jest mimo wszystko ścieżka rowerowa.

Etap 2 – 2016

Rok później Franek (6,5 roku) jeździł na rowerze na tyle dobrze, że mógł spokojnie poradzić sobie sam, zresztą nie mieścił się już w przyczepce. Lilka (4,5 roku) jeździła już sama, ale dystans był dla niej zbyt długi, jechała więc na sztywnym holu za moim rowerem. Byłem sceptyczny do tego rozwiązania, okazało się całkiem niezłe. Hela (1,5 roku) jeździła już w foteliku z Marysią.

Hol Trailgator w akcji

Wtedy niestety zaczęły się już pierwsze problemy. Droga jest niby krótka, ale wystarczająco długa, by w polskich warunkach mocno stresować się dzieckiem jadącym samodzielnie. Szczegóły za chwilkę.

Etap 3 – 2017

W tym roku postanowiliśmy zrezygnować z holu i dać Lilce możliwość jechania samodzielnie. I już po pierwszej eskapadzie okazało się, że to niezły hardkor. Upilnowanie dwójki dzieciaków na rowerach, to naprawdę zajęcie tak wyczerpujące, że poranna kawa nie była mi zupełnie potrzebna.

Etap 3 – dwoje samodzielnych rowerzystów!

 

Ale co jest właściwie nie tak?

Ścieżki rowerowe

Każdy, kto jeździ na rowerze wie, że jazda ścieżkami rowerowymi w Polsce jest trochę jak prowadzenie tramwaju. Chciałbyś skręcić w lewo, ale tory biegną tylko prosto, więc dupa. Ten wieczny slalom między ścieżkami, a ulicą czy chodnikiem jest wyczerpujący nawet gdy jedziesz samemu, przy jeździe z dzieciakami to już totalny hardkor. Przy braku ścieżek możesz jechać chodnikiem, jednak co chwilę pojawiają się przejścia, na których trzeba zsiąść z roweru. Jako kierowca doskonale to rozumiem, jednak jako rowerzysta wolę oczywiście przejazdy rowerowe. Ale z nimi też nie jest tak kolorow. Dlaczego?

Kierowcy

Dlatego, że kierowcy nie znają przepisów. Wczoraj zostałem opieprzony przez Typowego Janusza, który nie zauważył, że już od dawna rowerzysta ma na przejeździe rowerowym pierwszeństwo i to na kierowcy ciąży obowiązek zwolenienia i przepuszczenia KAŻDEGO roweru! Nie ma pojęcia wtargnięcia przed samochód rowerem, tak samo jak nie ma pojęcia wtargnięcia samochodu przed samochód na drodze głównej! Kierowca zawsze jest podporządkowany wobec ścieżki rowerowej, chyba, że znak mówi inaczej.

Wiem, wiem, to trudne. Polskie ścieżki czesto ułożone są względem drogi beznadziejnie i trudno jest ogarnąć rowerzystów na skrzyżowaniu, ale ja ZAWSZE gdy jadę samochodem, rozglądam się maksymalnie, czy nie jedzie nikt na rowerze.

Do tego kierowcy w Polsce zupełnie, ale to zupełnie nie przestrzegają ograniczeń prędkości! To niesamowite, ale u nas na osiedlu, gdzie jest ograniczenie do 30 km/h, wszyscy jeżdżą 50, 60 czy nawet 80 km/h. Masakra.

I naprawdę nie ma znaczenia czy to Typowy Janusz, który robił prawko w 1965, czy to Seba w swojej BMW, czy też KWDS, czyli Kobieta W Dużym Samochodzie – często widzę takie kobiety w wielkich SUV-ach, które kompletnie nie radzą sobie z manewrami nimi, bo nie wiem czemu wpadły na pomysł (albo ich mężowie na niego wpadli), że taka wielka fura to idealny samochód do miasta (i nie mówię tu o samochodach rodzinnych, tylko SUV-ach, które często są duże na zewnątrz, a małe w środku).

Bo całość tkwi chyba w psychice. W Polsce zachowujemy się jako kierowcy, jak reszta Europy w latach 60. Jesteśmy panami w swoich jeżdżących twierdzach. Samochód to ciągle symbol luksusu, jestem królem szos i wszyscy mają mi się podporządkować! Na mitycznym “zachodzie” oddaje się miasta rowerzystom i pieszym, tworzy się deptaki, rezygnuje się z przejść podziemnych i kładek, istnieją gęste sieci ścieżek rowerowych. Samochody są coraz częściej pojazdami drugiej kategorii. Ale nie u nas, no jakże to tak!

Nie załamujemy się

Ale nic to. Damy radę. Wbrew pozorom na osiedlu wcale nie jest łatwiej – pomimo małych uliczek tu nie jest wcale bezpiecznie – chodniki są wąskie i często wyboiste, a kierowcy pomimo progów potrafią się nieźle rozpędzić. Po drodze mamy jeszcze wiadukt z którego zjeżdżają rozpędzone TIR-y (ścieżka biegnie zaraz obok) i z którego trzeba jeszcze zjechać (wprost na przejazd rowerowy na którym oczywiście zawsze pełno samochodów).

Polecam Wam gorąco jeżdżenie z dzieciakami na rowerach, choć przede wszystkim tę weekendową, po lasach i bezdrożach. Tę uliczną też, życząc jak najmniej stresujących sytuacji.

A kierowców proszę o jedno – pamiętajcie o tym, że rowerzyści to pełnoprawni członkowie ruchu. I choć wielu z nich popełnia błędy (jak każda grupa na drodze), to nie uprawnia was do bycia panami szos, tylko dlatego, że macie cięższe pojazdy. TIR-y też są cięższe od osobówek, a często na nie psioczymy.

A nam wszystkim życzę więcej życzliwości i mniej egoizmu. Czasem mam wrażenie, że znakomita większość problemów Polaków – nie tylko na drodze – przestałaby istnieć, gdybyśmy przestali patrzeć na czubek własnego nosa i wyrobili w sobie więcej empatii.