Jedną z rzeczy, która przerażała mnie najbardziej w zostaniu rodzicem było przekonanie o tym, że teraz zacznie się prawdziwe planowanie. A ja nigdy nie byłem mistrzem w tym fachu. Zmieniałem zdanie w ostatniej chwili, rzucałem się w wir nieznanego, wymyślałem na poczekaniu nowe scenariusze, a jeśli cokolwiek udało mi się zaplanować – i tak nie miało to większego znaczenia, bo zmieniałem zdanie. Plany mnie ograniczały. “Ale z dzieckiem? To na pewno nie przejdzie!” – tak właśnie myślałem i żegnałem się już w głowie z totalną beztroską i spontanem. O w jak wielkim byłem błędzie!

Jeśli chcesz rozśmie­szyć Bo­ga, opo­wiedz mu o twoich pla­nach na przyszłość.” powiedział kiedyś Woody Allen. I właśnie to powiedzenie ma zastosowanie w życiu rodziców. Serio. Przyzna mi to każdy rodzic z dłuższym stażem.

Wiele osób dziwi się nam, że tak szybko podejmujemy decyzje o wielu sprawach. O ostatniej podróży do Wenecji – wyjazd na 5 dni, ot tak. Dziwi się, że jesteśmy tak mobilni i zorganizowani. Ale wiecie, to trochę jest tak, że nie ma innego wyjścia. Bo rzeczywistość lubi zaskakiwać, a im więcej masz dzieci tym więcej masz czynników niestabilnych. Totalnie niestabilnych.

Na długi weekend 2014 roku zaplanowaliśmy naszą podróż po krajach bałtyckich. Chcieliśmy powtórzyć naszego Eurotripa z poprzedniego roku. Tym razem jednak podeszliśmy do całości bardziej rozważnie. W 2013 roku naszkicowaliśby z grubsza plan podróży i kupowaliśmy noclegi dzień wcześniej za pomocą Trip Advisora. W końcu wszystko może się zdarzyć. W 2014 też nie kupiliśmy (całe szczęście) noclegów, ale dokładnie opracowaliśmy trasę podróży i miejsca w których się zatrzymamy. Zrobiliśmy zakupy, spakowaliśmy walizki. A potem okazało się, że dzień wcześniej Franek dostał wysokiej gorączki, a w dzień wyjazdu dołączyła do niego Lila. Długi weekend spędziliśmy w domu.

W tym roku mieliśmy jechać na narty i zaplanowaliśmy wszystko w drobnych szczegółach. Trudno było zrobić inaczej. Jednak los okazał się znowu kapryśny – nie zachorowaliśmy my, zachorowali znajomi. Najpierw ospa u jednego dziecka, potem zapalanie ucha u Sary, potem zachorowała dwójka pozostałych. Lila nie chciała jeździć sama na nartach, Franek musiał iść do wyższej grupy, trzeba było kombinować opiekunkę, trzeba było…

Trzeba. Ciągle trzeba. Nie wyobrażam sobie bycia rodzicem bez umiejętności, jak to się ładnie mówi, zarządzania adaptacyjnego. Owszem, możesz sobie coś tam poplanować, ale to właśnie improwizacja i szybkie reagowanie jest cechą, która przydaje mi się najbardziej.

I nie chodzi tylko o klasyczne sytuacje kryzysowe. Chodzi chociażby o sytuacje w których dzieciakom się po prostu nudzi. A ty jesteś dorosłą osobą, taką która – uwierz mi – jest w stanie wymyślić zawsze, coś co im zaimponuje. Ja wiem, że dzielimy się na osoby bardziej i mniej kreatywne, ale naprawdę nie trzeba wiele, by zadowolić dzieciaki. To nie musi być wielce skomplikowana gra z mnóstwem zasad. Wystarczy cokolwiek.

W restauracji, w której nie było kącika dla dzieci, a obsługa była dość wolna, wymyśliłem z Frankiem dość prostą grę w którą graliśmy na kraciastej podkładce pod talerze. Ot, jakieś tam przesuwanie papierowych kuleczek, które naprędce przyrządziliśmy. W galerii handlowej, koło kolorowego mural dzieciaki musiały dotykać kolorów, które wymieniam. 10 minut z głowy. W trasie wymyśliliśmy kilka gier, które umilają nam podróż – naprawdę prostych. Kiedyś je opiszę, ale nie o to chodzi bym dawał teraz gotowe przepisy.

Uwolnij umysł. Nie ma nic gorszego niż spanikowanie na myśl, że coś się posypało. Że nie wiesz co robić. Że nie ma planu.

Nie będzie realizacji planu. Nigdy. Dostosuj go do rzeczywistości. Improwizuj. Zmieniaj zdanie. Nie ma innego wyjścia. Poza tym – dzieciaki to naprawdę kochają. Bo dlaczego nagle nie wrócić do domu inną drogą?

Powodzenia!