Nie było mnie chwilę. Może nieco dłużej. Jakieś pięć lat. Może pięć i pół? Przez prawie całe życie mieszkałem w jednym miejscu – na warszawskim Zaciszu. Rodzice kupili i wyremontowali stary dom w Otwocku i się tam przeprowadzili, siostra wyemigrowała na saksy, a ja pozostałem wierny Warszawie. A potem rach ciach – ślub, wyjazd do Genewy i powrót, już do nowego lokum. Pies, jedno dziecko, drugie dziecko. Sam nie wiem kiedy to wszystko się wydarzyło.

Decyzja o powrocie do starego domu powstała gdzieś tam po drodze – Marta zostaje w Szwecji (nie dziwię się jej), Tata tego domu nigdy nie sprzeda, za dużo w nim wspomnień. Więc trochę powiększania kredytu, trochę innych spraw, wszystko gdzieś tam w biegu i w szale spraw codziennych. Prawdę mówiąc specjalnie się nad tym nie zastanawiałem. No fajnie, fajnie, większy dom, większy ogródek. Aż nagle…

Uderzyło mnie to w jednej chwili gdy wychodziłem z nowego domu. Nowego-starego. Wpadłem na chwilę, żeby zobaczyć jak położona jest tapeta. Zerknąłem, skierowałem się do wyjścia, otworzyłem drzwi wejściowe i wtedy wszystko do mnie dotarło.

Spojrzałem przed siebie. Spojrzałem na ten widok. TEN widok. Widok, który wam nie powie nic, dla mnie jednak jest widokiem niezwykłym. Widok na dwa segmenty, kawałek ulicy, furtkę, studzienkę. Widok, który miałem przed sobą gdy wychodziłem z domu do podstawówki dziarsko dzierżąc worek na kapcie i poprawiając tornister. I potem, gdy szedłem na pętlę by dojechać do szkołu do Parku Saskiego. I do liceum na Bednarską. I na uczelnię. Pierwszą, drugą, trzecią, czy ostatnią. I na randkę. Nagle uderzyły we mnie takie miliony wspomnień, że zamarłem i stałem jak głupi gapiąc się w chodnik, asfalt i dom na przeciwko. Ulica, którą znam na pamięć, sklep zmieniający właściciela co kilka lat, barak na śmieci koło sklepu na którym Olaf nabazgrał w podstawówce logo Atari, żeby mnie wnerwić.

Wszystko.

WSZYSTKO.

Wracam. Ale wracam nieco inaczej. Bo gdzie mam siedzieć przy stole? Przy TYM stole? Tak, zostawiliśmy sporą ilość rzeczy ze starego domu, choć zmieniło się sporo, nawet układ niektórych pokoji, wejścia na klatkę schodową i wiele innych rzeczy. Zostawiliśmy te przedmioty które stanowiły duszę domu – stary stół, ławę, krzesła – choć trzeba je będzie odnowić. Drewniane schody z drewnianym “jajkiem” za które łapiesz się zawracając na półpiętrze.

Odruchowo wpadam do kuchni i siadam na moim miejscu na ławie. To przecież moje miejsce. Na przeciwko miejce mojej siostry. Obok tata, po prawej mama. I wtedy dociera do mnie, że to ja teraz musze zająć miejsce taty, bo to ja nim jestem. Wróciłem – nie było mnie tak krótko i tak długo zarazem.

To niesamowite móc mieszkać w swoim domu z dzieciństwa. Ogródek porządnie zarósł, drzewa zrobiły się całkiem wielkie. Ale jedno jest pewne. Pamiętam z dzieciństwa epickie imprezy moich rodziców które urządzali dla znajomych. Potem epickie imprezy mojej siostry na które przychodziło chyba pół roku studentów medycyny.

Trzeba będzie kontynuować tradycję. Nie ma to tamto!