Mam czasem wyrzuty sumienia. Emanuję szczęściem – taki już mój charakter, takie nastawienie do życia i pewnie taka sytuacja życiowa. Choć to ostatnie wcale jasno nie definiuje szczęścia, ale to temat bardzo skomplikowany i zasługujący na jeden, jak nie więcej tekstów. Emanuję też szczęściem związanym z posiadaniem dzieciaków – wiem, bo mi o tym piszecie. Że czasem robię więcej dla wzrostu dzietności niż państwowe programy. I ja się z tego cholernie cieszę. Tylko, że potem patrzę na niektóre osoby i choć otwarcie mi tego nie mówią, to widzę gdzieś tam na ich czole napis z lekkim wyrzutem “no ok, ale az tak zajebiście nie jest”. Widzę też wiele par u których w ogóle jest słabo, wielu facetów (bo to jednak ich dotyczy częściej), którzy po prostu mniej lub bardziej świadomie żałują tego, że mają dzieciaki. Bo to ich ogranicza. Bo to ciężar. Bo balast. Bo nie jest jak dawniej. I myślę sobie wtedy – może to bez sensu, może tylko mnie jest tak dobrze?

Postanowiłem więc przyjrzeć się tej mojej radości. Dlaczego jest mi dobrze? Dlaczego jestem szczęśliwym człowiekiem? I nie piszę o ogólnym ujęciu – o tym napiszę kiedyś wreszcie na drugim blogu. Mówię o tym dlaczego cieszę się życiem POMIMO dzieciaków, a raczej w dużej mierze dzięki nim? Jak to z tym jest?

Dojrzałość

Gdy urodził się Franek miałem 32 lata. Nie wiem czy to dużo, czy mało. Mnie wydawało się, że to cholernie późno, dziś wydaje się to coraz częściej normą. Ale to przecież nie jest kwestia wieku biologicznego. To kwestia pewnej dojrzałości. I tak, ona jest ważna. Dziś ten wiek przesuwa się, coraz później znajdujemy dobrą pracę, coraz później wyprowadzamy się od rodziców. Przedłużamy sobie wiek nastoletni ile się da. Powiedzmy sobie szczerze – niektórzy chyba rzeczywiście nie są jeszcze gotowi na dziecko. Na zmiany w życiu, które muszą nastąpić. I wtedy chyba nic nie pomoże. Po prostu.

Oczekiwania

Lubię posługiwać się naszymi wyjazdami za granicę, bo pewnego razu uświadomiłem sobie jak wiele w życiu zależy od oczekiwań. Gdy pojechałem po raz drugi na Kanary, wyobraziłem sobie, że będziemy chodzili do miasteczka jak za pierwszym razem. Niestety hotel znajdował się na totalnym zadupiu, co tak bardzo mnie denerwowało, że nie cieszyłem się w pełni tym, że mamy niesamowity basen. Za tym basenem tęskniłem rok później, na Teneryfie. Nie było żadnego fajnego basenu i psuło mi to humor. Była za to świetna promenada, którą chodziliśmy na spacery wzdłuż oceanu. Doceniłem ją dopiero za rok, na Maderze. Tam nie było żadnej! Jak mnie to denerwowało… Była za to…

Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że odruchowo chciałbym tego co już było. A to minęło, nie wróci. Nawet gdy pojadę w to samo miejsce. Nie można oczekiwać, że będzie tak samo, trzeba wyszukiwać szczęścia w tym co jest teraz.

Pisałem nie raz – nie, życie nie wygląda tak samo jak wtedy gdy nie mieliśmy dzieciaków. Oczywiście, że jest mniej czasu. Oczywiście, że jest większa odpowiedzialność. Oczywiście, że jest większe zmęczenie. Odnajdź się w tej rzeczywistości, próba cofnięcia się w czasie, próba doprowadzenia do sytuacji, która była dawniej praktycznie zawsze musi skończyć się niepowodzeniem. Przez wiele miesięcy po urodzeniu się Franka czekalem tylko aż pójdzie spać, aż zacznie się “normalne” życie. I tak się działo – wymykałem się na imprezy, oglądaliśmy razem filmy. Dzisiaj też wymykam się na imprezy. Też spędzamy czas wieczorem. Ale wybiłem sobie z głowy poczucie, że dzień zaczyna się wtedy, gdy dzieciaki zasną. TO jest moje życie. Oni są moim życiem. To właśnie w spędzaniu czasu z nimi musze odnaleźć fun. I go odnalazłem. Nie mówię, że od razu. Naprawdę trochę mi to zajęło.

To level wyżej, jest trudniej, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Związek partnerski

Kiedy rozmawiałem ze znajomą o pewnej parze, która ma dziecko, o związku w którym zupełnie się nie układa, słyszałem z początku, że to przez dziecko. Już po chwili okazało się, że dziecko nie ma z tym nic wspólnego. Oni po prostu nie są w związku partnerskim. Nie słuchają siebie. Nie wiedzą o potrzebach drugiej osoby. Jak może czuć szczęście kobieta, która jest zostawiona z całym dobytkiem na głowie? Jak może czuć szczęście facet chcący kochać się z żoną, która tak bardzo poświęciła się macierzyństwu, że zapomniała o seksie? To nie jest wina dzieciaków. To wina was.

Odnajdywanie radości

Dzieciaki pozwalają mi odkryć radość na kilka sposobów. Po pierwsze fascynuje mnie to jak z małego robiącego pod siebie berbecia już po roku, czy półtora powstaje osóbka, która ogarnia rzeczywistość. By później w wieku 3, czy 4 lat totalnie cieszyć się rzeczami o których zapomniałeś. Ta radość na twarzy Heleny, gdy po raz pierwszy zobaczyła słonie w Zoo. Lila, gdy dostanie nowe kredki. Franek, który obserwuje mrowisko. Zapomnieliśmy już jak cieszyć się drobnymi rzeczami i dzieciaki uczą mnie tego od nowa. Radość, radość z rzeczy małych. Zachwycanie się co najmniej raz dziennie. Jak często się zachwycasz?

Po drugie, jak to powiedziano w jednym z moich ulubionych filmów – Vanilla Sky: “And I know sour, which allows me to appreciate the sweet”. Tak, nic nie pomaga docenić słodkiego smaku jak smakowanie kwaśnego, czy też gorzkiego. Nic nie pomaga zrozumieć cichego wieczoru przy winie z żoną, jak wiele innych wieczorów spędzonych na wrzaskach i prośbach, czy groźbach.

Serio, nie myślcie sobie, że jest u nas słodko jak to widać na blogu. “Jest prawda czasu i prawda ekranu”. Oczywiście, że są kłótnie, oczywiście, że tracimy cierpliwość, oczywiście, że mamy kryzysy, gdy ktoś musi wstać w nocy. Ale wiecie co wtedy pomaga?

Myśl, że naprawdę mamy dobrze. Że wszyscy są zdrowi. Że żyjemy w dobrobycie. Ja wiem, że to co napiszę teraz jest banalne – ale praktycznie zawsze jest ktoś, kto ma od nas lepiej i taki ktoś, kto ma gorzej. I choć to banał, zrozumienie tego i pogodzenie się z tym pomaga tam bardzo.

Nieprzeginanie

Jeśli miałbym jakoś nazwać nasze rodzicielstwo, to byłoby to rodzicielstwo arystotelejskie. Rodzicielstwo “złotego środka”. Dbamy o nasze dzieciaki, ale nie ganiamy za nimi ciągle na placu zabaw. Reagujemy na ich potrzeby, ale nie spełniamy każdej zachcianki. Dbamy o to, by miały co robić, ale pozwalamy by czasem się nudziły. Dbamy o ich potrzeby, ale nie zapominamy o własnych. Gdy widzę niektórych rodziców – wymęczonych, wytyranych, totalne trupy po całym dniu, to myślę tylko o tym, że robią krzywdę i dzieciom, i sobie. Dzieciom, bo nadopiekuńczość zawsze źle sie kończy. Sobie, bo nie można zapominać o potrzebach swoich jak i potrzebach związku z drugą osobą.

Miłość

Ale jest jedna rzecz, która pozwala mi cieszyć się dzieciakami najbardziej na świecie. Fakt, że czuję ich bezwarunkową miłość. I tu ci nie pomogę – jeśli jesteś totalnie bezemocjonalnym głazem, który nie jest w stanie w jakikolwiek sposób odbierać cudzych uczuć, to koniec. Ale nie wierzę, chyba tak się nie da. Patrzę na te małe istoty i widzę swoje odbicie. Nie czekam aż dorosną, nie przewijam tego życia. Nie chcę go przewijać. Po co? Ja będę stary, one będę zbuntowane. Pewnie będzie miało to swój urok, ale zupełnie inny.

I wiem, wiem, możesz powiedzieć – wam jest po prostu za dobrze. Tak, doskonale zdaję sobie sprawę, że życie potoczyło nam się całkiem fajnie, że żyjemy w dobrych warunkach. Ale uwierz mi, mógłbym narzekać, mógłbym być zapatrzony w tych, co mają lepiej. Ich jest bardzo dużo. Ale nie chcę. Po co?

Bo tak naprawdę w byciu szczęśliwym najważniejsza jest jedna rzecz. Przekonanie siebie, że jest się szczęśliwym. Tylko tyle. I aż tyle.