Siedem lat temu. To właśnie wtedy nasze życie wywróciło się do góry nogami po to by juz nigdy nie być takim samym. Siedem lat. Czy to dużo? Gdy myślę o pojedynczych latach to niewiele, one rzeczywiście mijają coraz szybciej, ostatni sylwester był dopiero co, poprzedni w sumie też, poprzedni też… Jednak gdy spojrzy się na całość to wydaje się, że czas zagina się w magiczny sposób i te siedem lat trwa już od zawsze. Bo siedem lat temu zostaliśmy rodzicami.

Wiesz to jest trochę tak, że nawet jak się mocno szykujesz i wszystko sobie wyobrażasz i wszystko wiesz, to okazuje się, że jesteś Jonem Snowem i tak naprawdę nie wiesz nic. Bo nie da się tego wyobrazić tak do końca – mamy jakieś tam swoje wyobrażenia, ale potem można z nich najwyżej się pośmiać. Niektórzy czekają i wszystko planują, inni wręcz przeciwnie, kompletnie nie widzą siebie w roli rodzica, a nawet mówią iż “nie mają instynktu macierzyńskiego”. Pisałem już o tym, to nie jest tak, że wszyscy nagle budzimy się rano z wielką potrzebą posiadania dzieci (choć pewnie u kobiet czasem coś takiego występuje) i nie mając tego utwierdzamy się w przekonaniu “to nie dla mnie!”.

Bo wiesz, te wyobrażenia to jakiś tam syntetyczny wycinek całości. Wycinek, bo skąd masz znać całość? A syntetyczny, bo wybrażając siebie w roli rodziców i wyobrażając sobie dzieci, podstawiamy w to miejsce jakieś cudze dzieciaki, jakies po prostu ciałko z nogami, rękoma i głową, które je, sra i płacze. I w sumie to prawda, bo jest to ciałko które je, sra i płacze (czasem też śpi) ale największa różnica polega na tym, że to KAWAŁEK CIEBIE. I nawet gdybym posiadał umiejętności operowania słowem na poziomie noblistów, to nie byłbym w stanie przekazać Ci tego jak wielka to różnica. No chyba, że jesteś już rodzicem. To przecież o tym wiesz.

Tak, to nie jest przede wszystkim dziecko. To przede wszystkim jakiś cholerny cud którego do tej pory nie ogarniam, że z dwóch istot, z dwóch zazwyczaj kochających się istot, w wyniku jakiejś namiętnej nocy powstaje coś tak niesamowitego. Gadam bzdury, co? Mówiłem, że to nie do ogarnięcia.

I to coś właśnie stwierdziło, że już czas, 14 grudnia 2009 roku. Pamiętam to tak dobrze, kupiliśmy choinkę, Mary usiadła na chwilę i powiedziała, że to już. Wszystko było gotowe, bo nie dość, że Mary to Mary, to jeszcze byliśmy w Szwajcarii a tam przeciez wszystko się planuje. Łącznie z tym, że klinika znajdowała się w Genewie, a nie 5 km dalej w Chêne-Bougeries – to bo weź potem mów policji miejsce urodzenia.

Nie był to najłatwiejszy poród, nie były to najłatwiejsze trzy miesiące, bo okazało się, że Franek ma kolki. Ryczał po parę godzin dziennie, czasem nawet całą noc, a my chodziliśmy po ścianach. W czasach gdy na fejsie było jeszcze dość mało ludzi, gdy większość znajomych była daleko. Wytrwaliśmy. Tak nie jest łatwo i nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale uciekanie od tego tylko dlatego że jest trudno to jak wycofywanie się przed dorosłym życiem i zostanie na całe życie w klasie maturalnej. Może i łatwiej, ale bez sensu.

Oddałem się temu w pełni. W pełni, bo przecież niedługo później przyszła na świat Lilka, a jeszcze później Hela. I to trochę jak wyprawa w góry – pewnie że ciężko, pewnie że trudniej niż siedzieć na kanapie, ale ile radości.

Siedem lat temu nasz blog kończył właśnie bycie blogiem O NAS. Prawdę mówiąc skończył się wtedy Mikemary, a zaczął Mikemaryfrank by stać się Mikemaryfranklily czy Mikemaryfranklilihelen. Zmienił się, wystarczy spojrzeć do archiwum, w samym 2009 wyjechaliśmy chyba kilka razy na różne tripy, teraz cieszymy się jeśli raz w roku pojedziemy za granicę.

Ale przecież nie mamy co narzekać. Jest ciężej, ale i tak wygraliśmy los na loterii życia, wszyscy są zdrowi, jest tak dobrze, że aż czasem jest mi głupio. Czerpiemy te szczęście garściami i choć oczywiście są kłótnie, są wrzaski, są strzepki nerwów, jest normalne dorosłe życie, to tak dużo się uczę.

Bo dzieciaki to nie sranie, pieluchy i wrzaski. Nie tylko. To poznawanie świata razem z nimi – rany jak niesamowicie przeżywać to drugi raz. To możliwość bycia dla nich mentorem i oparciem, to tłumaczenie wszystkiego, od królestwa zwierząt po rachunek prawdopodobieństwa. To pewnie jeszcze multum innych spraw, które są dopiero przed nami.

A gdy się to dobrze rozegra, gdy człowiek wie co to złoty środek i nie przegina z nadopiekuńczością, to ma czas dla siebie i drugiej połowy. Bo to też cholernie ważne.

Franek, chłopaku. Zmieniłeś wszystko w naszym życiu. Chcę, żebyś wiedział, że nawet przez mały ułameczek sekundy nie pomyślałem, że była to zła decyzja. Krzyczę, czasem za często, robię dużo błędów, ale jesteś – Ty i dziewczyny – najważniejszym co mi się w życiu przytrafiło.

Kocham Was.

P.S. Róbcie te dzieciaki do cholery.

P.P.S. Uprzedzam, nie chcę znowu ataku ludzi którzy zdecydowali się na nieposiadanie dzieci, nie atakuję takiej decyzji, szanuję ją, jeśli ktoś tak zrozumiał tekstu, niech przeczyta jeszcze raz.