Mam wiele pomysłów na to jak wykorzystałbym wehikuł czasu, ale jednym z tych pomysłów byłoby cofnięcie się do czasów mojej późnej podstawówki i powiedzenie tamtemu Michałowi: „Tak stary, masz rację”. I nie, nie chodzi o to, by cokolwiek zmienić. Chodzi o to, że pamiętam jak bardzo cierpiał ówczesny Michał patrząc na system edukacji. A przede wszystkim na to, że życie ucieka mu między palcami, bo wieczory musi spędzać na odrabianiu prac domowych.

Od przełomu lat 80 i 90 dużo się zmieniło i szkoły nie są takie jak wcześniej, ale niestety zmiany te nie są zupełnie wystarczające. A system edukacji nadal opiera się na tym wymyślonym w XIX wieku w Prusach.

Prace domowe – bo o nich dzisiaj będę pisał – były zawsze najgorszym koszmarem. I nie chodziło mi zupełnie o to, że nie mogłem sobie z nimi radzić. Zaczynałem podstawówkę jako jeden z najlepszych uczniów w klasie, później natomiast moje postępy zaczęły stopniowo spadać – na skutek mojego znudzenia systemem edukacji i zgorzknieniem. Zgorzknienie było olbrzymie, bo zdawałem sobie sprawę, że lekcje są mało efektywne i często właściwie służące do tego, by wskazać czego uczeń ma nauczyć się w domu. Już wtedy, gdy miałem 13 lat, wydawało mi się to abdurdalne – pierwsze pół dnia spędzamy na tym, by usłyszeć czego mamy się uczyć, potem trochę luzu, a potem realna nauka i powtarzanie nudnych ćwiczeń. A potem sen. „Gdzie moje dzeciństwo, gdzie moja młodość?” zdawał się krzyczeć mój wewnętrzny głos. Wiedziałem, że ten system jest nieefektywny, już pół roku później zapominaliśmy 3/4 materiału i w głowie zostawała pustka.

Wierzę, że nie ma już dziś takich lekcji, jak moje niezapomniane lekcje historii na których przez całą lekcję pisaliśmy w zeszycie dyktowaną przez „historycę” książkę. Tak, nie przesadzam, przez całą lekcję. Bez patrzenia na mapę, bez dyskusji, wyobrażałem sobie poszczególne wydarzenia i ćwiczyłem pisanie. Natomiast nadal słyszę od znajomych rodziców o ilości prac domowych zadawanych dzieciakom i załamuję rece. Nadal, po tylu latach?

Nam jak na razie udaje się tego unikać. Cudownym trafem udało nam się mieć w pobliżu bardzo fajne przedszkole Montessori, które starzejąc się razem z Frankiem zamieniło się w szkołę. O samej metodzie Marii Montessori spokojnie mogę napisać osobny tekst, natomiast póki co nie zakłada ona zupełnie prac domowych. Zupełnie jak w tych cudownych amerykańich filmach, które oglądaliśmy jako dzieciaki, gdzie książki zostawiało się w szkolnych szafkach. Jak to, a wieczorne kucie? A ćwiczenia?

Wiem, wiem. nie, nie da się niestety – póki co – zrealizować mojego marzenia z dzieciństwa i wtłoczyć do głowy wiedzy bez specjalnego wysiłku ze strony ucznia. To rzeczywiście wymaga aktywnej nauki, ale ta przecież może dziać się w szkole! Radek Kotarski w swojej książce „Włam się do mózgu” opisuje, że gdyby nauka pływania wyglądała jak ta w dzisiejszej szkole, to nauczyciel rozbierałby się do kąpielówek, pokazywał uczniom jak wygląda pływanie, a następnie kazał uczyć się im tego w domu. Po kilku dniach wrzucanoby ich do basenu podczas sprawdzianu. Czy to naprawdę może być efektywne?

Nie winię nauczycieli. Przynajmniej nie wszystkich. Winię system. A raczej to, że nikt się za niego porządnie nie zabrał. Od czasu słynnej reformy wprowadzającej gimnazja (która też była w sumie reformą strukturalną, a nie rewolucją systemu nauczania) nie odbyło się nic o nawet podobnym kalibrze. Do ostatniej deformy przeprowadzonej na polityczne zamówienie według myśli „kiedyś było lepiej” nawet nie będe się odnosił.

Wyniki mówią dość jasno, że nasz system się nie sprawdza, mamy od lat lepsze wyniki z innych krajów – wyniki mówiące, że nie uczymy samodzielnego myślenia, kreatywności, a jedynie rozwiązywania testów, co potęgowane jest w liceum i na studiach. Uczymy się taj jak pracujemy – dużo i nieefektywnie. W rankingu OECD pod względem liczby przepracowanych godzin zajmujemy drugie miejsce w całej Unii Europejskiej. Praca po wiele godzin zazwyczaj jest mało efektywna, choć zabiera dzień. I szkoła uczy nas tego od dziecka.

Nadmiar prac domowych jest szkodliwy, dzieci są przemęczone i przepracowane. A z perpektywy dziecka zabierają czas, który dzieci chcą spędzić na… byciu dzieckiem!

Co musi się wydarzyć, żeby nauczyciele byli w stanie uczyć w trakcie lekcji, lub dawać dzieciakom możliwość uczenia się? Dlaczego nie można metod Montessori, czy innych bardziej efektywnych metod zaimplementować w publicznej edukacji? Kiedy wreszcie dojrzejemy do tego, że od jakości nauki i wychowania w szkole zależy całe późniejsze życie?

Mam dużo pytań, a mało odpowiedzi. Wiem za to na pewno, że aby coś się zmieniło, MY, RODZICE musimy zdawać sobie sprawę z tego, że ten system jest do niczego. A nie posłusznie godzić się na wszystko, w dodatku często – to osobny, lecz duży problem – odrabiać prace domowe za dzieciaki. „Bo są za trudne”. Niestety w ten sposób nic nie zmienimy. A warto zacząć „od dołu”, bo wiem, że w wielu szkołach udało się dokonać zmian w wielu kwestiach, gdy rodzice odpowiednio mocno naciskali.

Nasz system edukacji wymaga gruntownych zmian. Uczy, że popełnianie błędów jest złe, uczy myślenia schematami i tego, że jest tylko jedna poprawna odpowiedź, jest przeładowany wiedzą, którą dzieciaki zapominają od razu, wiedza podawana jest w nieciekawy sposób i… stres. Do dziś śni mi się czasem, że stoję przed tablicą. Przez całe dorosłe życie nie miałem bardziej stresujących sytuacji niż tamte w szkole, czy na studiach. W liceum całe szczęście nie miałem odpytywania przy tablicy.

Co dalej? Co możemy z tym zrobić? Jakie są Wasze doświadczenia?