Dzień zaczyna się dość wcześnie – o 4 rano. Wtedy po raz pierwszy się budzę, bo przez sen widzę błyski. Okazuje się, że to nie sen, rzeczywiście pada deszcz i błyska się. Nie wróży to zbyt dobrej pogody, choć John Google  (a raczej Yahoo Weather) mówił co innego. Śniadanie (jajek na twardo ani sera nie będę jadł przez pół roku) i przygotowujemy się. O 11 mamy wyruszyć na Babadag. Pogoda w międzyczasie zrobiła się całkiem niezła, więc wiemy, że lot raczej na pewno się odbędzie 😀

Na górę nie możemy wziąć żadnych rzeczy które z nami nie zlecą – odpadają więc plecaki, czy choćby pokrowiec na aparat. Bateria jest naładowana, filtr wyczyszczony, karta na zdjęcia pusta. Żaluję jednak ciągle, że nie mam jak nagrać filmu (przydałby się jednak Nikon D90 – widzisz Kmita, czasem warto mieć zdjęcia i video w jednym urządzeniu 😛 )

Mam telefon, który nagrywa dość dobre filmy (przynajmniej w tym świetle), nie wziąłem jednak na niego żadnej smyczy. Pytam się Marysia czy ona tez takowej nie posiada i idę na miasto na poszukiwania tejże. Smyczy nigdzie nie ma, ale udaje mi się wytargować sznurek od wisiorka za 1 lirę. Wracam z nim szczęśliwy do hotelu i… widze uśmiechniętą żonę, która prezentuje mi swoje smyczo-słuchawki z pętelką na telefon :] Kobiety… [Marysia – tak kobiety zawsze znajdą jakieś mądre rozwiązanie bez wydawania nawet grosza:)]

Przymocowuje telefon, zakładam na szyję aparat i wyruszamy. Mamy na sobie krótkie spodenki, tshirty i buty – o butach powiedział nam Sukru, start polega na biegnięciu po kamieniach, zresztą klapek mógłby łatwo spaść. Mój głos mówi mi: „weeź bluuzęę”, ale ja tradycyjnie słucham żony zamiast swojego głosu – ale o tym za chwilę. [Marysia – żona NIE KAZAŁA zostawić bluzy w hotelu]

Idziemy do Seaside Travel, ucinamy krótką gadkę z Sukru i Omarem i wsiadamy do busa. Bus zawozi nas do drugiego hotelu, tam wsiadamy w jedną z furgonetek które kursują na górę. To przerobione pickupy z dobudowanym drugim piętrem (na którym jadą paralotnie i kilku pilotów). Oczywiście nie ma szyb, czy innych tego typu udogodnień. Zaczyna się droga pod górę. Robi się coraz zimniej i wtedy myślę sobie, że to kolejny raz kiedy obiecuję słuchać mojego wewnętrznego głosu. Przecież szczyt jest na prawie 2 tysiącach metrów! Wszyscy ubierają się w polary i skafandry a my ( i starszy Brytyjczyk koło nas) siedzimy w krótkich spodenkach i t-shirtach. Sukru powiedział nam co prawda, że nie musimy brać nic ciepłego, bo dostaniemy skafandry ale mam wrażenie, że zamarznę zanim tam dojedziemy. To znaczy na razie jest to po prostu „lato nad Bałtykiem”, więc dla nas żadna tragedia, ale tureccy paralotniarze zakładają już trecią kurtkę.

Samochód pokonuje kolejne górskie zakręty z niesamowitą prędkością, mijając przepaście dosłownie o kilkanaście centrymetrów. Brytyjczyk próbuje nawiązać ze mną kontakt, ale jego południowy akcent plus wiejący wiatr powodują, że rozumiem co 10 słowo i tylko głupio się uśmiecham wtrącając co chwilę oooł, łiiily!

Po kilku zakrętach z zapierającymi dech w piersiach panoramami, dojeżdżamy na górę. Ojciec-góra wita nas mgłą – jej czubek tonie w chmurach. Piloci (tak się mówi? 😉 nerwowo rozkłądają sprzęt, a ich szef wyznacza kto z kim leci. Na samym końcu podchodzi do mnie – będe z nim leciał. Marysi przydziela jakiegoś typa wyglądającego jak Wookie z Gwiezdnych Wojen (podobno straasznie przystojny).[Marysia – taaaaa, jasne, Wookie – niezwykle przystojny 29letni chłopak, ach; zresztą możecie zobaczyć na filmie:)]

Nadciąga coraz większa chmura, więc musimy się spieszyć. Zewsząd słychać trzy najczęstsze sformułowania które wypowiadają Turcy po angielsku: „Yes, yes”, „Please” i „My friend”.

Zakładam skafander, zakładam aparat i komórkę na szyję i posłusznie wykonuje polecenia. Niestety zimno dało o sobie znać – dosłownie cieknie mi z nosa, więc pociągający nosem (i na granicy kichnięcia) robię zdjęcie Marysi przed i w trakcie odlotu oraz jedno gdy znika w chmurze.

Generalnie nie lata się w chmurach, bo łatwo wtedy o kolizję (pewnie właściwości aerodynamiczne też sa zupełnie inne), ale ta chmura dopiero co przyszła i gdy się pospieszymy – damy radę. Niestety samego startu nie ma jak nagrać – dwie ręce trzymają się za szelki. Musiałbym mieć „action cam” na kasku – może next time.

Mam przebierać nogami i nie próbować siadać. Wydaje się to dość trudne, ale po dosłownie dwóch czy trzech krokach odrywamy się od ziemi i… LECIMY!

Aha, niewtajemniczonym dodam, że leci się w tandemie, pilot oczywiście z tyłu, nieco wyżej, w specjalnych siedziskach.  Tak więc nie ma tam żadnego wysiłku fizycznego którego człowiek spodziewałby się po sporcie ekstremalnym, po prostu czysta przyjemność. Chmura za chwilę się kończy i… jedno wielkie WOW. Zresztą wystarczy, że obejrzycie filmik.

Właśnie – w trakcie całego lotu (a także przed nim) piloci kręcą film, który później za drobną (he he) opłatą mogą wam sprzedać. Nie wiedziałem czy go kupię, więc na zmianę robiłem zdjęcia i kręciłem film telefonem.

Wrażenie jest niesamowite – trochę jakby siedziało się w kinie z mega panoramicznym ekranem pod tobą. Szczególnie jeśli pierwszy lot w życiu to lot z Babadag… Wiatru tak bardzo nie czuć (za chwilę zdejmuje mi kask), siedzi się wygodnie, delikatnie obracając to w tą, to w tą. Lot przy sprzyjających warunkach może trwać do 40 minut, my niestety lecimy tylko 20. Po drodze robimy korkociąg (przeciążenie chyba kilka G 😀 ) co niestety obniża nas znacznie. Jeszcze kilka zdjęć i lądowanie. Zaskakująco łatwe – po prostu dotykam ziemi, nawet nie przebierając specjalnie nogami.

Pilot kręci jeszcze kilka ujęć i zaprasza do kanciapy, gdzie stoi rząd telewizorków na których można obejrzeć własny lot. Filmy kosztują 50 lirów, więc 100 zł. Za dwa musielibyśmy zapłącić 200 zł. Trochę dużo…

Przychodzi mi więc do głowy trick związany nieco z „dylematem więźnia”. Biorę dwóch pilotów na bok i informuję że raczej kupię tylko jeden film (nie mówię czy mój czy Marysi). Chyba że obniżą cenę, wtedy może kupię dwa. Oczywiście zastrzegają się że inni płacą tyle i już, ale za chwilę trafia do nich, że któryś z nich dzisiaj nie zarobi na swoim filmie nic. Decydują się więc  obniżyć cenę do 40 za film. Mógłbym pewnie wziąć je za 30, ale co tam. Po chwili podchodzi jeszcze do mnie fotograf, który chce sprzedać mi za 25 lirów moje fotki z lądowania. Ja chcę tylko jedną (w powietrzu) i to nie wydruk, ani płytę – chcę by po prostu wgrali mi ją na moją kartę z aparatu. Zdjęcia na ziemi w skafandrze zrobiła mi już Marysia. Pytam ile kosztuje jedno – za chwilę dostaję całość za 10 lirów – i dodatkowo inne zdjęcia z Oludeniz 🙂

Idziemy na lunch (ja wymiękam i zamawiam pizzę) oraz dosmażać się na plaży. Minął już tydzień a my jesteśmy nieprzyzwoicie biali. Jutro wracamy do Europy. Na jeden dzień. RODOS!

P.S. Film będzie jak zmontuję 🙂