Pobudka znowu za wcześnie. Jak tu człowiek ma wypocząć? Autokar spóźnia się, Brytyjka czekająca z nami sieje panikę mówiąc, że ostatnio autokar nie przyjechał i wycieczka nie odbyła się. Wogóle rozmowy z Brytolami to koszmar. Uczę się angielskiego przez większość swojego życia, porozumiewam się swobodnie, a nadal nie jestem czasami w stanie ni w ząb zrozumieć Anglików. Mniejszy problem jest ze Szkotami, prawie żaden z Walijczykami. Ale południowa Anglia – masakra.

Autokar wreszcie przyjeżdża. Tym razem jestesmy ostatni, nie musimy nikogo zgarniac po hotelach. Sprawdzamy czy mamy paszporty i wszystko inne i idziemy w stronę odprawy. Ta przechodzi dość gładko. Decydujemy sie usiąśc z produ wodolotu – prawde mówiąc od kiedy po raz pierwszy zobaczyłem go w Kołobrzegu (jakoś w okolicach stanu wojennego) zawse chciałem się nim przepłynąć. A z przodu powinny być najlepsze widoki. Ruszamy. Płyniemy coraz bardziej w morze, fale wzmagają się. Jestes,y trochę zawiedzeni. Prawde mówiąc niespecjalnie czuć prędkość – aż włączam GPSa. Płyniemy 60 na godzinę. Wysyłam kontrolnego smsa do Soo – ten przekazuje że wodoloty pływają od 60 do 90 na godzinę. Miałem nadieję na prawdziwy ślizg po falach, a czuję po prostu uderzanie o fale i to coraz mocniejsze. Przypomina mi się rejs we Włoszech gdzie moja chęć pływania na dziobie skończyła się zwracaniem kolacji na wachcie nocnej. Próbujemy zasnąć i śpimy na tyle na ile pozwala nam bujanie. Do tego klimatyzacja chyba średnio działa – masakra.

Po chwili Rodos wita nas swoimi białymi budunkami i zamkiem widocznym z oddali. To tu miał siedzibę do XVI wieku zakon rycerski, który później przeniósł się na Maltę.

Wysiadamy i widzimy gigantyczną kolejkę. To kolejka do odprawy, do bramki z napisem „ALL NATIONALITIES”. Z uglą kierujemy się do bramki UE. Dwie minutki i jesteśmy spowrotem W Europie. Przynajmniej oficjalnie. Niech mi ktoś ponarzeka na to, że jesteśmy w Unii 🙂

Grecja jest inna – pod każdym względem. Nawet takie miejsce jak Rodos, które przez 4 wieki znajdowało się pod panowaniem sułtanów i ma wyraźnie wpływy azjatyckie. Prawde mówiąc czujemy się trochę jak u siebie. Z każdego sklepiku z pamiątkami patrzą na nas ikony, obok standów z okularami i napojami pojawiają się sklepy elektroniczne i fotograficzne. Wogóle cała infrastruktura turystyczna jest pomieszana z zabytkami – wszystkie budynki, ciasno zabudowne na sposób sredniowieczny nie powalają zapomnieć gdzie jesteśmy. To zupełnie inne przeżycie niż Oludeniz, gdzie całość jest zbudowana od nowa na potrzeby turystów.

W Grecji byłem ostatnio w 1986 roku. Marysia 12 lat później. Antyk wtedy zbytnio mnie nie kręcił – prawde mówiąc byłem pewien że rok 1 p.n.e to początek liczenia czasu 😉 Ale pamiętam dobrze gyrosa, souvlaki i tzaziki. Kierujemy się więc do baru z gyrosem. Szkoda, że nigdzie w Warszawie nie można go kupić – przez pewien czas koło pomnika Kopernika otwarty był grecki fastfood „Parnas”, ale wyparło go KFC. Szkoda, bo grecka pita, nieco grubsza, smakuje mi jak żadna inna.

Kupujemy przewodnik, ale decydujemy się zwiedzać „na żywioł”. Po prostu szwendamy się po miasteczku i wchodzimy do każdego miejsca gdzie można wejść. Zaliczamy wieżę z widokiem na miasto, bibliotekę, błądzimy w labiryncie uliczek starego miasta. „Assasin Creed” na maksa. Można by skakać z dachu na dach bez problemu.

Grecy też namawiają do wejścia do restauracji, ale brakuje tureckiej serdeczności. Robią to dość natarczywie, choć grzecznie. Turcy ze swoim „yes, yes, pliz” i uśmiechem od ucha do ucha są chyba po prostu bardziej serdeczni. Robię mnóstwo zdjęć i kierujemy się spowrotem na wodolot. Tym razem siadamy z tyłu – nie buja zupełnie, zresztą wodolot zwalnia do 30 na godzinę – są zbyt duże fale. Kładę się, zasypiam i budzę się w Turcji.

Przynosimy Sukru nasza kontrabandę – kupiliśmy mu na Rodos cztery Jack Danielsy (są o wiele tańsze niż w Turcji), twierdzi że potrzebne mu są do przetrwania zimy 😀 Wogóle muzułmanie lubią chyb whisky – nie wiem czy już pisałem, ale niektórzy uważają, że Koran nie zabrania picia whisky, bio nie znano jeszcze destylacji :)_Umawiamy się z Sukru na piątek – zabierze nas w kilka miejsc w Fethiye, w niedzielę skończył pracę w Seaside Travel.

Jutro British Day. Wstajmy późno, jemy English Breakfast i leżymy cały dzień na basenie. Czas się dosmażyć!