Dzisiaj Sukru zabiera nas na wycieczkę. Zupełnie prywatnie i z dobrej woli. Przychodzimy do biura Seaside i wsiadamy do jego Renault Broadway. Prawdę mówiąc nie miałem nawet pojęcia, że istnieje taki model 🙂 W ogóle ma się tu wrażenie, że Renault wygrał przetarg na dostawę samochodów. Widać pełno Kangoo (chociaż mniej niż na Kanarach), właśnie tego Broadway (jedziemy rocznikiem 1989), ale przede wszystkim pełno dziwnego modelu wyglądającego identycznie jak stara Dacia. Kiedy wjeżdżamy na tereny wiejskie właściwie widać tylko te samochody. Co ciekawe Renault mają tu opinię bezawaryjnych i mocnych samochodów. Mają też wysokie podwozie, co w terenie kamienistym i górskim nie jest bez znaczenia.Pogoda po raz pierwszy jest średnia. Czasami pada deszcz, niebo generalnie jest zachmurzone. To całkiem nieźle, bo nasz środek transportu nie dość że nie ma klimatyzacji to ma… włączone na stałe ogrzewanie (zacięło się), więc jazda w upał byłaby tragiczna.Jedziemy przez Fethiye, tym razem samochodem i tym razem z lokalnym kierowcą, tak więc poruszamy się płynnie pośród trąbnięć. Po dwóch tygodniach wydają mi się one całkiem naturalne, ostrzegamy samochody przed wyjechaniem z bocznej uliczki, włączeniem się do ruchu, czy otwarciem drzwi. to nie długie trąbienie, tylko dosłownie muśnięcie klaksonu.Wyjeżdżamy z Fethiye i kierujemy się do farmy pstrągów w Yakapark. Farma farmą, najciekawsza jest tam kafejka położona pośród drzew i wodospoadów. Zamiast stolików – balkoniki z poduchami, gdzie wchodzi się bez butów i siada… po turecku! (Swoją drogą Sukru rozbawia fakt, że w Polsce mówi się właśnie "siadać po turecku".)

Zamawiamy picie – Marysia tradycyjnie colę, wypiła ich tu chyba cysternę, ja turecką herbatę. Turcja jako kraj pomiędzy Europą i Azją ma rozwiniętą wysoko kulturę picia zarówno kawy jak i herbaty. Turecka herbata (która rośnie jak pisałem nad Morzem Czarnym) wsypywana jest powoli do wrzącej wody, po czym odcedzana po 10 minutach. Ma dość internsywny smak  o ile pije się ją bez mleka – co dla jest dość naturalne (czego nie można powiedzieć o Brytyjczykach). Pije się ją na sposób wschodni w szklankach, mających tu kształt klepsydry.
Po chwili odprężenia się decydujemy się zjeść tu od razu lunch – oczywiście pstrąga. Do tego frytki, turecki chleb (a raczej placki smażone na gorącej blasze, o wiele twardsze od indyjskich czapati, czy meksykańskich tortillas), sałatka i zestaw sosów. To chyba najlepszy lunch jaki do tej pory jedliśmy, zresztą Sukru mówi, że to najlepsze jedzenie jakie jadł od maja 🙂 No tak, nie wiem czy pisałem że pracował on tu cały sezon, od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu. Żywił się tym co szybko kupił gdzies blisko stoiska.

Spacerujemy trochę po farmie pstrągów. Pływają one oczywiście w lodowatej, górskiej wodzie. Pobliski bar stawia herbatę każdemu kto wytrzyma 5 minut w wodzie po kolana. Jeśli ktoś wytrzyma 15 minut – dostaje darmowy lunch.

Z Yakaparku kierujemy się do wąwozu Saklikent – to Park Narodowy. Olbrzymie urwisko skalne robi wrażenie, choć kiepska pogoda powoduje, że nie udaje się zrobić żadnych fajnych zdjęć.
Po zwiedzeniu wąwozu jedziemy z powrotem do Fethiye. Co ciekawe – w Turcji nikt nie używa pasów bezpieczeństwa. Owszem, jest obowiązek ale nikt się do niego nie stosuje. W ogóle tureckie podejście do przepisów jest dokładnie odwrotnością tego co można spotkać w Szwajcarii. Dlatego chyba wejścia do UE byłoby dla nich sporym szokiem. Choć z drugiej strony, czy w południowych Włoszech jest inaczej?Idziemy na brzeg morza w Fethiye. Tutaj większość turystów to Turcy. Mają oni teraz dwutygodniowe ferie związane z końcem Ramadanu. Wszystko tu o wiele tańsze niż w Oludeniz, wygląda to tez zupełnie inaczej. Więcej targów owocowych i innych stoisk niepotrzebnych w turystycnym getcie, gdzie turyści żywią się w hotelach. To ciekawe – na Kanarach mieliśmy w hotelu kuchnię, lodówkę, można było samodzielnie przyrządzać posiłki. Tutaj nie ma na to szans.Siadamy i pijemy turecką herbatę (Marysia colę 😛 ), Sukru zamawia fajkę wodną. Fajka wodna – dla tych którzy nigdy jej nie palili – to fajka w której dym filtrowany jest przez wodę, dzięki czemu jest pozbawiany większości substancji smolistych i nikotyny. Zresztą w tytoniu do fajki wodnej nie ma praktycznie w ogóle nikotyny. To swoisty żel, który nie pali się sam, leży na nim gorący węgielek. Filtrowanie rzeczywiście działa – nawet dla nas – osób niepalących – dym jest właściwie zupełnie neutralny. Jest gęsty, ale zupełnie nie drapie w płuca, czy język. Czuć za to wyraźnie jego smak. Fajka wodna kojarzy się też części osób z narkotykami. No cóż, można w niej palić wszystko – od marihuany po siano, jeśli ktoś chce. Ale nie ma to nic wspólnego z tutejszą kulturą fajki wodnej. Rozmawiamy trochę o turystyce w Turcji. Rzeczywiście ludzie pracują tu w sezonie po 15 godzin, 7 dni w tygodniu. Za to po sezonie mają wolne.Sukru jest jedynym pracownikiem stoiska Seaside, Omar jest jego szefem. W przyszłym roku Omara nie będzie, więc Sukru ma nadzieję że będzie managerem.
Chłopaki dostają 15% od każdej sprzedanej wycieczki, z czego 30% dostaje Sukru, reszta idzie dla Omara oraz na koszty utrzymania biura.

Co do pilotów wycieczek – tak jak myślałem dostają kasę za każdy zakup wykonany przez członków ich wycieczki – fabryka dywanów, centrum złota, marmuru czy inny przybytek odpala 10%. Połowa idzie dla firmy, połowa dla pilota.

Najlepiej zarabiają za to oczywiście piloci paralotni. Miesięcznie mogą wyciągnąć ok 7-10 tys Lirów (ok 20 tysięcy złotych), nie licząc kasy za sprzedany film z lotu (połowa dla biura, połowa dla pilota).

Powoli zapada zmrok, jedziemy na zakupy. Bardzo chciałbym kupić tutejsze drewno na grilla. Moje przypuszczenia potwierdzają się – Sukru mówi że smak grilla to właśnie zasługa tego drewna. Daje ono dym (w przeciwieństwie do naszego grillowego węgla) co może być niewygodne, jednak to właśnie dzięki niemu wszystko tak świetnie smakuje. Niestety w Carefour Express nie ma akurat drewna, jedziemy więc w poszukiwanie lamp. Fethiye jest różne od Oludeniz pod każdym względem. Budynki na starym mieście są ciasno zabudowane (jak na Rodos), z każdego zakamarka wystają dywany, lampy, złote pierścionki, czy tureckie słodycze. Niestety nie znajdujemy lamp tańszych od tych z Oludeniz. Jedziemy więc do hotelu. Żegnamy się z Sukru i dziękujemy mu za spędzenie razem dnia. Podajemy sobie ręce i całujemy się w policzki, tak jak nakazuje tutjesza kultura. To znaczy jest to bardziej przyłożenie policzków – tak jak u nas przy składaniu życzeń. Tutaj dwa razy, lecz Sukru mówi "in Poland – three times!" Znajomość takich detali z różnych krajów pozwala im szybko zyskać przychylność klienta i sprzedać mu wycieczkę, czy inny towar. Zresztą to bardzo miłe.
Wieczorem decyduję się na jeszcze jedną rzecz – pedicure. Nie zależało mi nigdy, prawdę mówiąc,  na zadbanych paznokciach u nóg, ale podczas ostatniego golenia zobaczyłem jak pewien Brytyjczyk zostawia tu nadmiar swojej suchej skóry z pięt, więc czemu nie spróbować? Może to będzie lepsze niż tysiące kremów, czy tarek do stop których próbowałem.I nie myliłem się. Po obcięciu i doprowadzeniu do porządku skórek i paznokci u stóp, następnie namoczeniu stóp w misce,
cyrulik po prostu obrał moje pięty tak jak obiera się młode ziemniaki. Brzytwą! Zupełnie to oczywiście bezbolesne, za to maksymalnie skuteczne. Co prawda trudniej teraz chodzi mi się po kamienistej plaży, natomiast czuję się o kilogram lżejszy.