Uczę się francuskiego. To chyba już wszyscy wiecie. Mam dwa miesiące niczym nie zakłóconego spokoju i oczekiwania na permit – pozwolenie na pobyt. Bez tego właściwiie wszystkie moje starania o pracę są bezcelowe, a firm jest na tyle mało, że nie ma sensu marnować okazji. Zeby kompletnie nie zgłupieć postanowiłem, jak już pisałem, uczyć się francuskiego dwa razy dziennie. O 9 rano i o 15.

Lekcje te wyznaczają mi mój rytm dnia – czuję się trochę jak student. Rano zawsze zastanawiam się czy aby był to najlepszy pomysł, przecież mogę mieć lekcję o powiedzmy 10, albo nawet 11! Ale potem wiem że to całkiem dobry pomysł. Budzę się razem z Mary, idziemy razem do wujka Proktera i cioci Gamble, tam mam lekcje. Nie śpię za długo, mam co robić.

A roboty jest naprawde co niemiara. Bo francuski jest językiem wyjątkowym… Mówiąc nieskromnie to po polskim, angielskim, niemieckim, rosyjskim i hiszpańskim mój 6ty język. Nie no, bardzo dobrze mówię właściwie tylko po angielsku, całkiem dobrze po hiszpańsku, po niemiecku się dogadam, a po rosyjsku dam radę. Ale francuski to zupełnie nowe wyzwanie…

W rosyjskim najważniejsze było nie mylenie go z polskim. Gramatyka – słowiańska. W angielskim – cóż prawie wszystko jest proste, zero odmian, no może present perfect ze swoją przeszłością w teraźniejszości jest dziwny. I inne zawiłości czasowe. W niemieckim za to bolało mnie der/die/das i przypadki, choć było ich tylko 4… A hiszpański – no cóż po 4 latach nauki ze słabym przykładaniem się do niej, napisałem maturę…

A francuski… Heh. Rozumiem już wszystkie osoby które na niego narzekały. To na prawdę dziwny język, i nie jest to jak widzicie narzekanie osoby która zobaczyła inny język i mówi że „inaczej się pisze i inaczej czyta” 😛

Przede wszystkim język pisany jest zupełnie inny od czytanego. Nie wymawia się większości końcówek. Tak, to prawda że w angielskim mamy podobne „sheep” i „ship”, czy „sheet” i „sheet”. Ale tu podobna jest wymowa końcówek które tworzą zupełnie różne osoby i czasy! Nie wymawia się nawet kilku liter na końcu wyrazu (np „-ent”), co więcej wyraz w róznych czasach brzmi prawie tak samo! A więc zabiłem, czy zabiłbym brzmi bardzo podobnie, podobnie brzmią też inne czasy. Wszystkiego trzeba domyślać się z kontekstu… Do tego mnstw samogłosek. Dla nas – Polaków – wychowanych na sz, ś, cz, ć, ż, ź itp., ta mnogość e, è, é i ê przyprawia o ból głowy. Tym bardziej, że wymówienie tego decyduje o formie wyrazu! Do tego œ, czy stare dobre o… Masakra.

Prawdę mówiąc normalnie chyba bym się załamał. Ale jest inaczej. Otóż przy tak intensywnym kursie nie mam wyboru. Zyję językiem. Uczę się go tyle, że nawet sny mam po francusku. Do tego to pierwszy język którego uczę się w pełni świadomie. Nie jako uczeńs podstawówki wysłany przez rodziców, czy licealny balangowicz. Uczę się, obserwuję, słucham, zadaję pytania. Chcę wiedzieć gdzie jest zaimek, rzeczownik, czasownik, przymiotnik. Gdzie jest podmiot, gdzie orzeczenie, gdzie przydawka a gdzie dopełnienie.

Rzeczy dziwne, szczególnie dziwne odmiany (imiesłów uprzedni, używany w wielu językach do tworzenia czasu przeszłego złożonego, np I have GONE, czyli past participle odmienia się zgodzie z… dopełnieniem. Dla tych, którzy język polski mieli dawno temu w liceum 😉 podam przykład – po angielsku (bo u nas nie ma czasów przeszłych złożonych).

A więc kupiłem kwiaty – I have bought the flowers. Kupiłem je – I have bought them.

Past participle, czyli imiesłów uprzedni „bought” przyjmuje liczbę mnogą, bo kwiaty są mnogie…

Je les ai achetés. Gdybym kupił jednego kwiata byłoby Je l’ai acheté. Czyli wyraz „kupiłem” jest inny jeśli kupiłem jedną rzecz, a inny jeśli kupiłem kilka… Inny jeśli kupiłem stół (męski), czy lampę (żeński). To trochę dla nas dziwnę. No bo inaczej „kupiłem” lampę, a inaczej „kupiłem” stół 😀

Angielski wymięka, hiszpański przy tym to miodzio. Ale uwaga! Co ciekawe, różnice w języku mówionym podobno zacierają się we Francji. O ile w Szwajcarii te wszystkie podobne w wymowie (choć jak skomplikowane w piśmie) formy istnieją (a ja uczę się e wymawianego w górę i w dół – huh) to we Francji nie!

Wszystko to dość skomplikowane… ale co zrobić. Uczyć się! Nieskromnym będąc przyznam (doceniam imiesłowy, tak rzadko dzisiaj u nas używane), że dość szybko mi idzie. Po 3 tygodniach gadam sobie po francusku. Ale nigdy nie miałem w sumie możliwości tak szybiek nauki. Mało kto ma… Więc korzystam. I doceniam piękno języka polskiego… I możliwości wszelakie ustawiania wyrazów chociażby.

Jaś poszedł do szkoły. Do szkoły poszedł Jaś. Poszedł do szkoły Jaś. Do szkoły Jaś poszedł. Jaś do szkoły poszedł. Wszystko jasne. Wszystko proste. Niektóre wersje może trochę dziwne, ale cóż – rozumiemy je, sa poprawne. To niesamowite. Kochajmy więć naszą mowę, doceniajmy że używamy jej bez znajomości tych wszystkich cholernych reguł. Bo pewnie jest ich więcej niż ze francuskim. Koniungacje, deklikancje, brrr.

Kończyżć ten wpis muszę ja, zanim zasną wszyscy, jakby powiedział Mistrz Yoda 😀 Dobranoc.