Na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząc pierwszy. A na każdym wyjeździe jest taka sytuacja że nie robi się nic. My wybraliśmy na to własnie ten dzień. Dużo opisywania nie będie, bo co tu opisywać?

Wstaliśmy później niż zwykle – zdrowo po 9. Kiedy już zwlekliśmy się z łóżka, wyruszyliśmy na wymarzone English Breakfast. Co prawda parówki były lokalne, ale za to jajka sadzone, fasolka i smażona szynka – pierwsza klasa. Do tego smazone pieczarki i dwa tosty. Lekka odmiana po serze i oliwkach 🙂

Reszta dnia to smażenie się przy hotelowym basenie, jak na angielski dzień przystało. Lunch – po cheeseburgerze z frytkami. A wieczorem – grill party w hotelu. Ledwo dowlekliśmy się do pokoju, a nasze pełne brzuchy dawały o sobie znać przez całą noc. Masakra – nigdy więcej!

Wieczory są coraz zimniejsze, choć nadal nie chcemy sobie wyobrażać jakie temperatury panują teraz w Europie 🙂