Jako, że jutro już opuszczamy wyspę postanowiliśmy odwiedzić jescze jedno spore miasteczko – Puerto del Carmen. Tak na prawde chcieliśmy jeszcze odwiedzić centrum handlowe koło Playa Blanca, gdzie znajduje się KFC, ale niestety okazało się, że dziś jest Święto Hiszpanii i centrum jest zamknięte :/ Nici z tradycyjnej zagranicznej degustacji KFC. Chyba że jest jakies na Fuerteventurze…

Puerto del Carmen przekonało nas jeszcze bardziej, że nasza Costa Teguise to był idealny wybór. To co zastaliśmy tutaj, to taka [Łeba plus Jastrzębia Góra plus Jastarnia] do kwadratu. Masakra. Pełno straganów gdzie sprzedają fajansiarskie breloczki na każda okazję, ręczniki, dzbanuszki i inny szit – niestety mało tradycyjnych wyrobów. Oprócz wisiorków z lawy i olivinio – lokalnego kamienia, drogich jak 150.

Pochodziliśmy sobie trochę po tym przybytku, ja tradycyjnie porobiłem zdjęcia polując na ptaki z moim nędznym obiektywikiem 70mm 😉 i wróciliśmy do pensjonatu. Aha, zapomniałbym, byliśmy w McDonaldzie! Niestety żadnych lokalnych kanapek (localsi pewnie nie jedzą w McD) za to amerykańska kanapka z wołowiną i… ćwierćfunciak z serem! Tak tak panie Czokajło, McRoyal nazywa się tu jak w USA – Quatrolibre con queso! Mary oczywiście nie omieszkała go zamówić.

Wieczorem wykonałem kilka średnioudanych prób sfotografowania zachodu słońca. Muszę sie jeszcze pouczyć :]

Wieczorem poszliśmy na romantyczną kolację, a może raczej przekąskę. Restauracja niby włoska, ale łosoś i krewetki na pewno lokalne 🙂 I uwaga, co najważniejsze – szef restauracji myślał, że jestem… z Kolumbii! Nie, nie wyglądam jak tamtejszy baron kokainowy, podobno mam kolumbijski akcent 😀 Dziwne. Mieszkałem 3 tygodnie w Maladze, ale to było 11 lat temu 😉 i tam mogłem nabawić się lekko akcentu andaluzyjskiego. Zjadają oni końcówki, czyli słowo „Gracias” wymawiają „Grasia”. Wszystko polega na trzech podobnych głoskach – c, s i z.

W czystym kastylijskim c wymiawia się jak nasze s, za to s wymawia sie jak cos pomiędzy naszym s i sz. Czyli „grasjasz”. Za to z jest bardzo twarde (praktycznie jak angielskie bezdźwięczne th).

Na Kanarach za to s wymawia się niemalże jak h. Brzmi to trochę śmiesznie – „grasjah”.

No dobra, a skąd ta Kolumbia? Nie wiem… Wiem że mój nauczyciel od Hiszpańskiego mówił z lekko meksykańskim akcentem, czyli z szeleszczącym s – „grasjass”. Może w Kolumbii mówi sie podobnie i może ja tak mówię? W każdym razie <chwalę się> fajnie być pomylonym z rodowitym hiszpanojęzycznym </chwalę się> :PPrzy okazji zachęcam do nauki hiszpańskiego. Polacy mają podobne dzwięki w swoim alfabecie, dlatego hiszpański akcent nie nastręcza nam trudności.