Day 10 – Venice, ah Venice!


Budzi nas deszcz. Hardkor. Szkoda, bo nakręciliśmy się bardzo na Wenecję, ale zwiedzanie jej w taką ulewę nie ma sensu. Rozważamy opcję pojechania już dziś do Bibione i powrotu do Wenecji później (w Bibione spędzamy dwie noce), ale w miarę pakowania deszcz słabnie, aby w końcu zupełnie ustać. Świetnie!

Śniadanie + checkout z dzieciakami to nadal wyzwanie, choć robimy to kolejny raz. Jesteśmy już naprawdę bardzo zmęczeni. Ani chwili nie żałujemy naszej wyprawy, ale to rzeczywiście dość męczące. To nie urlop z gatunku „leżenie fają do góry” 😉 Dokonujemy wszelkich formalności i ruszamy w stronę Wenecji. Całe szczęście bez wózka, za to z dwoma nosidełkami. Lila jest oczywiście zapakowana w swoje już na starcie, Franek idzie pieszo, a z jego nosidła robimy plecak. Wzięliśmy kurtki just in case, niebo jest nadal całe w chmurach.

Plan na Wenecję jest prosty – pokręcić się po okolicy, koniecznie Most Rialto i Plac Św. Marka, ewentualnie gondola, lunch i spadamy. Boimy się nieco o to czy Franek da radę chodzić (jego nosidło naprawdę super sprawdza się jako plecak na kurtki) ale krótka bajka o Magicznych Kaloszach + rzucone mu wyzwanie rozwiązują sprawę – na tyle dobrze, że … w ogóle do końca dnia nie wchodzi do nosidła i sam atakuje każdy napotkany mostek rzucając mi wyzwanie! Żeby dawał się tak przekonywać, gdy będzie starszy 🙂

Wenecji słowami opisać się też nie da. Tu już specjalnie nie fiksujemy się na Ezio, tylko na kanałach i niestety tym, by nie zostać stratowanymi przez turystów. Jest niby poniedziałek, ale i tak jest ich masa. Pogoda za to robi się świetna – wychodzi słońce, choć nadal nie ma upału – idealnie! Chcemy kupić dziobatą maskę doktora, ale kosztuje 49 euro (po stargowaniu 30) – nadal za dużo. No.

Kręcimy się po wąskich uliczkach. Gondolę sobie odpuszczamy, kosztuje 80 euro, czyli więcej niż doba hotelowa dla całej naszej rodzinki w większości hoteli w których śpimy. Obiad jemy w knajpce z widokiem na Most Rialto, przy którym Ponte Vecchio wydaje sie pusty i wyludniony. Mamy coraz większą ochotę uciec. Ochota ta potęguje się na placu Św Marka – mam tam chęć wzorem Ezio rzucić bombę dymną i wykończyć wszystkich ukrytym ostrzem. Łokieć w łokieć.

Wsiadamy do wodnego tramwaju i płyniemy Canal Grande aż do pętli autobusowej skąd udajemy się do samochodu. Tym razem ścigaliśmy się ze słońcem – w momencie gdy ruszamy robi się totalny upał. W sumie dobrze, że nie było tak w Wenecji. Jedziemy do pobliskiego Bibione – Mary była tam dawno temu z rodzicami. To nadmorski kurort, gdzie chcemy wynająć domek i pobyczyć się przez półtora dnia. Wystarczy zwiedzania!