Day 1. Plan: no plan.

Day 1. Plan: no plan.

Chyba każdy mój wpis wyjazdowy zaczyna się od opisywania syndromu poprzyjazdowego. Oprócz zmiany pogody (to akurat mnie nigdy nie rusza – jako osoba uzależniona od słońca cieszę się nim od pierwszej sekundy) oceniamy zawsze na szybko hotel i inne warunki w których przyjdzie nam spędzić urlop i zastanawiamy się, czy dobrze wydaliśmy ciężko zarobione pieniądze. I ta ocena często jest zaniżona – nie wszystkie hotele sprawiają dobre pierwsze wrażenie, mamy poza tym jeszcze w sobie pełno stresu – w końcu po to wyjeżdżamy, żeby się go pozbyć.

Dodatkowo jest jeszcze coś innego – bardzo często wyobrażamy sobie jak będzie wyglądał nasz wyjazd i budujemy sobie różne oczekiwania – na przykład bazujące na poprzednich wyjazdach. I jeśli jedziemy gdzieś pierwszy raz, może być z tym ciężko. Gdy jechałem po raz drugi na Kanary, miałem w głowie miasteczko blisko hotelu – tak było na Lanzarote, oraz w Turcji w Oludeniz. Niestety hotel był położony trochę na odludziu. Ale tym razem to świetne baseny i bardzo zróżnicowane jedzenie było plusami tego wyjazdu. Kolejnym razem – na Teneryfie, nastawiłem się na świetny basen, ale ten był mizerny. Była za to świetna promenada nad ocenanem, tuż za hotelem. I tak dalej. Obserwuję często osoby, które mają zły humor, bo coś nie jest tak, jak sobie wyobrazili. Bo pojechali na Kanary i myśleli, że będzie tętniące życiem. Bo pojechali na Maderę i nie ma upału, tylko jest chłodno i górzyście. A więc po pierwsze musisz mieć dobrego doradcę, bo może okazać się, że dany kierunek wcle nie jest dla ciebie, a po drugie nie masz co przyjeżdżać z bagażem wyobrażeń. Weź pusty bagaż na wspomnienia 🙂

Los Zocos to kompleks małych, dwupiętrowych budyneczków z dwupokojowymi apartamentami. Białe budynki ustawione są w dwa duże prostokąty, pomiędzy którymi znajduje się kilka basenów i palmy. Baseny nie są zbyt duże, ale to dlatego, że cały hotel nie jest olbrzymi – od naszego apartamentu położonego na samiutkim końcu, do recepcji idzie się 2-3 minuty.

Decydując się na wyjazd na przełomie marca i kwietnia, wiedzieliśmy, że upałów nie będzie, choć nie wiedzieliśmy też do końca czego się spodziewać. Zazwyczaj jeździmy raczej PO sezonie (w sezonie jest drożej, więcej ludzi i po prostu za gorąco), kiedy jest już nieco chłodniej, ale na tyle gorąco, że cały dzień można spędzać przy basenie. We wrześniu i październiku noce są też w miarę ciepłe – ok 20 stopni, więc woda jest ciągle ciepła. Tym razem, choć powinno być ok 25 stopni, prognoza uparcie pokazywała 19-20 i raptem 15 stopni w nocy. Wzięliśmy więc ze sobą rzeczy jak na maj w Polsce – opcja plaża i sporo bluz, koszul, a nawet kurtki. Jak się okazało – całkiem słusznie.

Chmur na niebie jest całkiem sporo, choć przesuwają się one bardzo szybko. To wyspa i to dość mała (60 km długości, 20 szerokości), nie ma żadnych większych gór, na których chmury mogą się zatrzymać. Gdy wychodzi słońce, jest na tyle gorąco, że można spokojnie plażować, po chwili jednak niebo wypełnia się chmurami i robi się zimno, tym bardziej, że ciągle wieją północne wiatry. Bluzy z suwakiem były dobrym wyborem 🙂

Idziemy z dzieciakami na plażę – ta jest bardzo blisko – chyba najbliżej ze wszystkich naszych wyjazdów. Nie jest to rajska plaża jak Corralejo na Fuerteventurze, ale ma żółty piasek, są palmy, jest ocean. Czego chcieć więcej? Siedzimy na plaży przez niecałą godzinkę, aż nadciągają czarne chmury.

Jako że przez tę pogodę nie da się nic planować, postanawiamy skorzystać z opcji all-inclusive i przetestować hotelowe wino lane z kija, które skutecznie umila resztę dnia.

No właśnie – to hotel all-inclusive. Nie przepadam za nimi, szczególnie tu, na Kanarach, gdzie naprawdę jest co zwiedzać i nie ma co siedzieć w hotelu. Ale po pierwsze z taką ilością dzieciaków jesteśmy jednak nieco mniej mobilni, po drugie hotele bez „all“-a były tylko minimalnie tańsze. Na Kanarach „All“ to nie taka opcja jak w Egipcie, czy Tunezji, gdzie (podobno) jest rzeczywiście pełen wypas jedzeniowo-alkoholowy. Tutaj do wyboru mamy tylko piwo marki piwo, whisky firmy whisky itp. Za wszystkie lepsze opcje trzeba płacić. Choć podobno jest opcja wykupienia za 7 Euro karnetu na wieczór który otwiera bar z Jack Danielsami i innymi zacnymi trunkami. Nie omieszkamy spróbować 🙂