Budzę się. Z jednej strony czuję, że jeszcze wcześnie, z drugiej coś mówi mi, że powinienem już wstać. Okna zasłonięte są dość szczelnie, przez zostawioną szczelinę w drzwiach tarasowych wpada słońce, zapach tropików i niewiarygodnie głośny śpiew ptaków. Wyłączyliśmy klimatyzację – nie jest zbyt gorąco, szczególnie w nocy, a moje zatoki specjalnie za nią nie przepadają.

Patrzę na telefon – jest dziewiąta trzydzieści lokalnego czasu, czyli szósta trzydzieści w Polsce. Mamy pół godziny na zjedzenie śniadania. I to będzie chyba jedyny wysiłek tego dnia. I następnego. I następnego.

Jest bajecznie. Zostaliśmy zakwaterowani w niskim budynku blisko basenu, na parterze. Okna i drzwi tarasowe wychodzą bezpośrednio do ogrodu porośniętego palmami, czerwonymi kwiatami i innymi roślinami, których nazw zupełnie nie znam. Wychodzę na taras i patrzę na ogród. W oddali, między drzewami sunie jak zjawa ktoś z obsługi hotelowej. Ma na sobie w białą, zwiewną szatę (kandura) sięgającą aż do kostek, na głowie chustę (guthra) przepasaną czarnym sznurem (agel). Tutejsi Arabowie wyglądają jak ci z kreskówek przemierzający pustynię na wielbłądach. Nawet oficjalne stroje obsługi lotniska to właśnie stroje Beduinów.

Nie wiem, czy tym razem rzeczywiście jest tak idealnie, czy to ja nauczyłem się wreszcie korzystać i cieszyć się teraźniejszością wakacji od pierwszego dnia. A nauka tego zajęła mi kilka dobrych lat. Pamiętam dokładnie wszystkie moje rozczarowania poprzednich urlopów. Gdy po raz pierwszy wylądowaliśmy na Kanarach, brakowało mi lokalnej kultury, na którą się nastawiłem. Rok później, w Turcji – mnogości restauracji, które pamiętałem z Lanzarote. Na Teneryfie wspominałem duże baseny z Fuerteventury, których tym razem nie było. Była za to promenada. Później, na Fuerteventurze i na Maderze tęskniłem za promenadą, którą moglibyśmy spacerować wieczorami. Hotelowi na wyspie Kos brakowało natomiast przytulności, którą pamiętałem z poprzednich hoteli. Co roku budowałem sobie wyobrażenie o wyjeździe z różnych wspomnień i oczekiwań, tylko po to by musieć zderzyć się z rzeczywistością. Dlatego teraz wyjeżdżam na urlop bez żadnych oczekiwań.

Ale jest rzeczywiście bajecznie. Pogoda nie jest zbyt upalna – coś jak ciepłe dni polskiego lata. Temperatura w cieniu w ciągu dnia to okolice 25 stopni. W słońcu można się spokojnie smażyć – nie ma praktycznie wiatru, a na niebie nie widać ani jednej chmurki. Hotel jest większy niż małe pensjonaty z mikro basenem, ale znacznie mniejszy niż kolosy, które znamy z Fuerteventury, czy Lanzarote. Do restauracji mamy jakieś trzysta metrów, do basenu sto. Zaraz za basenami zaczyna się plaża – piasek nie jest może tak drobny jak nad Bałtykiem, ale to żółty pustynny piach wymieszany nieco ze sproszkowanymi czarnymi skałami.

W hotelu nie ma praktycznie Brytyjczyków. Oni wyjeżdżają chyba tylko na Kanary;) Jest trochę Rosjan, Czesi, Polacy. Jest spokojnie i w miare kulturalnie.

Jedzenie? Chyba najlepsze jakie mieliśmy do tej pory na wszystkich wyjazdach. Z wiadomych powodów nie ma wieprzowiny i brak bekonu chyba doskwiera mi najbardziej. Jest “bekon” z indyka, ale to bekon tylko z nazwy, jest równie paskudny jak “mięso” sojowe. Z mięsa serwowana jest natomiast wołowina, kurczak i jagnięcina, a przyrządzane jest to tak wspaniale, że wszystkie dotychczasowe hotele mogą się schować. W końcu bogactwo arabskich przypraw jest znane na całym świecie. To samo z warzywami – ilość sałatek przyprawia o zawrót głowy, często są to liście zupełnie nieznane w Europie, a przynajmniej mało popularne. W związku z małą ilością brytyjczyków, a dużą ilością Rosjan, brakuje typowo brytyjskiego jedzenia, pojawiają się natomiast potrawy takie jak kurczak po kijowsku, czyli… de Volay 😀

Nie tęsknimy za zimą. Nie mówię o zimie w górach, na stoku. Zima w warszawskim wydaniu to zazwyczaj brak słońca, ciemnica i plucha. Nic fajnego.

Wraz z wiekiem i ilością dzieci rośnie w nas chyba tolerancja baseningu i plażingu. 10 lat temu na Kanarach mogliśmy tak wytrzymać maksymalnie jeden dzień, dziś nawet trzy dni nie stanowią problemu. Ale już za chwilę trzeba będzie gdzieś się ruszyć!