Każdy wpis rozpoczynający nową podkategorię w kategorii “Wyjazdy” na tym blogu, to dreszcz podniecenia. To znak, że po raz kolejny wyrwaliśmy się z domu, że wyruszyliśmy w nieznane, gotowi na to co nas spotka. Choć nie spotykają nas przygody zasługujące na osobne książki nie przedzieramy się przez amazońską dżunglę, nie uciekamy przed jadowitymi wężami, to dla nas są to wspomnienia, które za zawsze pozostaną w naszych głowach i sercach. A ten rok jest wyjątkowy – to rok od założenia tego bloga i rok od opisania naszej pierwszej wspólnej wyprawy, czy podróży poślubnej.

W nasze eskapady powoli wrosły nasze dzieciaki, i choć – jak widać po ich datach – gęstość wypadów zmniejszyła się, to ich intensywność na pewno nie. Wyjazdy z dzieciakami mają to do siebie, że zawsze są niezwykłe, a zwykła, kilkudniowa wyprawa do Wenecji, staje się czymś nadzwyczajnym. Tym bardziej, że choć my nie zmieniamy się (no rejczel!), to dzieciaki rosną na tyle szybko, że każdy wyjazd jest inny. Dopiero do odbyliśmy nasz Eurotrip z ledwo co mówiącym Frankiem i ledwo chodzacą Lilą (on naprawdę był jakoś wczoraj!), a już podkusiło nas, by znów zwiedzić Genewę. Rany, to już 4 lata temu!

Ruszamy. Wszystko zapakowane – tym razem do wypożyczonego Citroena Grand C4 Picasso – dzieciaki zapięte w foteliki, bagażnik wypełniony do granic możliwości. Denis odstawiony do teściów, a my ruszamy w stronę Norymbergii.

Kiedyś Genewa leżała w odległości jednego dnia od Polski. Jeden dzień zajmowało nam dotarcie do Wrocławia, stamtąd 12 godzin. Dziś trasa do Wrocka zajmuje znacznie mniej, jednak 12 godzin w samochodzie wydaje się męczarnią dla dzieciaków. Dlatego rozbijamy trasę na mniejsze kawałki. Najpierw Norymberga, później nocleg w Zurichu, podróż do Genewy i zahaczenie o aquapark Le Bouveret, 3 dni w Genewie, następnie 3 dni w schronisku skautowym Kandersteg w Alpach, by wreszcie znów przez Norymbergę dotrzeć do Wrocławia. Maksymalnie pięć godzin jazdy – to i tak nieco długo dla dzieciaków, ale staramy się je przyzwyczajać 🙂

Wjeżdżamy do Czech. Mam sentyment do tego kraju – był to pierwszy obcy kraj, który odwiedziłem jako dziecko (choć gwoli ścisłości była to Czechosłowacja). Pamiętam mój lekki zawód – drzewa wyglądały tak samo, droga była podobna i generalnie mało pachniało “zagranicą”.

Jedziemy przez miasteczka – myślę sobie, że przez kilka ostatnich lat zupełnie przyzwyczaiłem się do polskich obwodnic, ekspresówek i autostrad – nie pamiętam kiedy musiałem jechać przez tyle wiosek i miast. A już do totalnej szewskiej pasji doprowadza mnie autostrada wokół Pragi – najeżona fotoradarami i absurdalnymi ograniczeniami prędkości, choć jest dwupasmowa i z pasem zieleni. Nie znajduję żadnego uzasadnienia tak niskich limitów, oprócz chęci obłowienia się na kierowcach. Uff, to nie tylko u nas takie absurdy.

Wjeżdżamy do Niemiec, momentalnie siadam za kierownicą – nudził mnie trochę ten czeski film, postanawiam wypróbować samochód na drogach bez ograniczeń prędkości. To też nie jest zbyt łatwe – niemieckie autostrady są dość kręte, w końcu wytyczane i budowane były dosłownie wieki temu. Choć na większości trasy nie ma ograniczeń prędkości, to ciężko rozpędzić się naprawdę porządnie.

Dojeżdżamy do Norymbergii i po szybkim zakwaterowaniu w apartamencie, wychodzimy na miasto. Jest dość chłodno, około 13 stopni –  niestety trochę za zimno, by w pełni cieszyć się wiosną. Oglądamy zamek i przechadzamy się brukowanymi uliczkami. Pisałem to już kilkukrotnie na łamach tego bloga – uwielbiam europejskie miasteczka, te na zachodzie i te na południu. Polskie małe miasteczka to często niestety zapadłe dziury z brzydką szyldozą – salony GSM, solaria i inne paskudztwa. No cóż, nigdy nie byliśmy krajem do końca miejskim, a już na pewno nie tak miejskim jak Niemcy. A to co było, zostało w dużej mierze zniszczone podczas Potopu Szwedzkiego i innych konfliktów. A szkoda.

Jutro dalsza droga przez Niemcy i Zurych, stolica niemieckiej części Szwajcarii. Niby niemiecka, ale jednak zupełnie inna. Choć nigdy na dłużej tam nie zabawiliśmy!