Do górskiego schroniska w Kanderstegu przyjechałem po raz pierwszy mniej więcej dekadę temu. Pełniłem wtedy funkcję Komisarza Zagranicznego ZHP, i jako swego rodzaju “Minister Spraw Zagranicznych” miałem wziąć udział w corocznym zjeździe stowarzyszenia zarządzającego ośrodkiem. Samolot do Genewy przyleciał dość późno, później jeszcze podróż pociągiem – dotarłem jakoś przed północą i dość szybko położyłem się spać. Rano podszedłem do okna, zerknąłem i… zamarłem. Oczom moim ukazała się olbrzymia skarpa skalna wyrastająca nieopodal, a z drugiej strony – widoki niczym z reklam Milki.

Kandersteg jest małą przydrożną wioską, a może raczej miasteczkiem – w tej części Europy nawet wioski wyglądają jak małe miasteczka. Widoki wokół niego wyglądają tak, jakby ktoś rozwiesił wielką fototapetę z górskimi widokami. Wokół rozpościera się gęsta sieć szlaków wiodących do mniejszych i większych alpejskich jeziorek, które swoim widokiem zapierają dech w piersiach.

Samo schronisko natomiast – ciągle zachowują swój górski charakter – nie ustępuje w luksusach niejednemu hotelowi, w którym bywałem. Pokoje nazwane są krajami lub regionami i nawiązują do nich – każdy z nich urządzony został przez daną organizację skautową. My w tym roku mieszkaliśmy w dużym pokoju nordyckim – polski pokój jest dość mały, a schronisko było dość puste na Wielkanoc.

Pogoda niestety nieco się popsuła i choć gdy wyjeżdżaliśmy świeciło słońce, całemu naszemu pobytowi towarzyszyła mżawka. W tejże mżawce wybraliśmy się po raz kolejny do Blausee, czyli nad niebieskie jeziorko ze złotymi rybami. Widok kosmiczny, choć w 2013 roku błękitne niebo nadawało mu jeszcze bardziej niesamowity wygląd.

Deszcz niestety zmusił nas do wcześniejszego powrotu, więc wieczór spędziliśmy w schronisku, nie licząc wyprawy do kościoła. Msza katolicka zebrała tu raptem kilkanaście osób i była iście niemiecka – przynajmniej w porównaniu do żywiołowej, hiszpańskiej, w której braliśmy kiedyś udział na Kanarach. Co chwilę rozlegało się “funf hunderd sechs und Zwanzig” czy strony z psalmami.

Na kolację jogurty i bułki – posiłki w restauracjach kosztujące kilkaset złotych po prostu chyba nam się znudziły 😉