Nie przeprowadzałem się w swoim życiu prawie wcale. Większość spędziłem na warszawskim Zaciszu – to tu wprowadziliśmy się gdy miałem rok, to tu chodziłem do podstawówki, to stąd wyjeżdżałem w stronę liceum, czy uczelni, to tu mieszkałem gdy poznałem Mary, to tu zamieszkaliśmy razem. Może właśnie dlatego tak niesamowite były dla mnie te niecałe dwa lata w Genewie – to jedyny okres w moim życiu, gdy odciąłem się prawie zupełnie od tego co było wcześniej i rozpocząłem wszystko niejako od nowa. I pewnie dlatego – a także dlatego, że w sumie dość sentymentalny ze mnie typ – tak bardzo przeżywam powroty tutaj.

Zrozum mnie – zostaję wyrwany na kilkanaście miesięcy i przeniesiony w miejsce dość magiczne. Żyjemy tam dość dostatnio i zupełnie beztrosko – choć nie udaje znaleźć mi się tam pracy, pensja Mary wraz ze wszystkimi dodatkami (a były to czasy zaraz przed kryzysem, więc korpo nie szczędziło środków) starcza nam na wszelkie zachcianki. To znaczy bez przesady, nie były to miliony, ale my chyba nigdy nie mieliśmy przesadnie wysokich wymagań finansowych. Żyjemy sobie beztrosko, właściwie bez obowiązków, bez dzieciaków, gdzieś pośrodku Europy, między Paryżem a Mediolanem, między lodowcem na który możemy dotrzeć w ciągu godziny, a dość ciepłymi jeziorami.

Po czym wracam znowu na Zacisze – najpierw w nieco inne miejsce, w końcu po kilku latach do mojego starego domu. Genewa pozostaje tylko wspomnieniem – słodkim wspomnieniem. Nie jest mi źle, wręcz przeciwnie, jednak to wszystko siedzi gdzieś tam w głowie jak sen, jak odległe wspomnienie, trochę niedostępne, bo nie mam zbytnio jak pojechać tam ot tak, po prostu na weekend. I nagle mogę przejść się tymi ścieżkami i dotknąć wszystkiego jeszcze raz. Tym bardziej, że tam prawie nic się nie zmieniło.

Ale chyba najważniejsze było to gdzie mieszkaliśmy, bo miejsce to jest naprawdę magiczne. Genewa, jak spora część europejskich miast, składa się z Genewy właściwej i przyległych gmin, które de facto Genewą już nie są. Petit-Lancy lezy dosłownie kilka minut od centrum, ale biorąc pod uwagę, że Genewa to jednak miasto niezbyt duże, to już przedmieścia. Ale nie brzydkie i rozlane przedmieścia pełne niedokończonych ulic pełnych błota i betonowych płyt. Nie nudne przedmieścia składające się z takich samych domków postawionych seryjenie przez developera w celu wyciśnięcia jak najszybszej kasy na kolejną inwestycję. Ani bieda-przedmieścia straszące paskudnymi, kolorowymi szyldami i upstrzone outdoorami.

Petit-Lancy, czyli gmina w której mieszkaliśmy, wygląda jak wielka makieta zaprojektowana z pietyzmem przez maniaka – modelarza. Dopieszczona w każdym detalu. Wąskie uliczki pełne małych domków z zielonymi ogrodami. Małe ronda porośnięte kwiatami. Parki, pełno parków. Parków bardziej miejskich i tych leśnych ze strumieniami, wodospadami, łąkami i zagajnikami. Ech.

Tramwaj zatrzymuje się, a moje serce bije coraz mocniej. Wyprowadziliśmy się stąd siedem lat temu, przed czterema laty natomiast przyjechaliśmy tu w odwiedziny. Lancy jakby zupełnie nie zauważyło tych czterech lat. Rozbudował się nieco sklep, restauracja z pieczonymi mulami dalej tkwi na swoim miejscu, zupełnie jak wystawa osiedlowego elektryka, na której przygotowuje on razem z żoną okolicznościową wystawę – teraz oczywiście wielkanocną.

Zapowiadaliśmy się naszym sąsiadom, ale niestety w protestanckiej Genewie Wielkanoc zaczyna się już właściwie w Wielki Czwartek i sąsiedzi nie mają zbytnio czasu się spotkać. Sklepy są zamknięte, tak samo spora część restauracji. Jednak gdy widzimy sąsiada w ogródku, nie możemy postrzymać się przed przywitaniem się. Mówimy, że nie chcemy im przeszkadzać – mają gdzieś wyjechać. Oni jednak zapraszają nas na piwo do swojego ogródka. Nie możemy odmówić.

Ja dość szybko przypominam sobie francuski i choć nie rozumiem wszystkiego, opowiadamy co u nas. W naszym domu mieszka starsze małżeństwo, które dopiero co się wprowadziło. Patrzę na ogródek, którego doglądałem, na żywopłot, który przycinałem i jakoś tak dziwnie. To niesamowite jak wielkie piętno odcisnął na nas ten pobyt.

Żegnamy się i po spacerze w okolicznym leśnym parku wracamy do centrum, nad jezioro. Zalegamy na trawniku. Ja zamawiam piwo – kosztuje 8 franków i choć płatność kartą teoretycznie jest możliwa od 10, pani mówi “ale skoro pan nie ma gotówki, to przecież nie będę robiła scen”. To trochę osładza smak kufla piwa za jakieś 35 zł. Ech, trudno, kasę będziemy liczyć po powrocie 🙂