Jest coś magicznego w równych liczbach i rocznicach i choć nie wierzę w żadne numerologie, to trzeba przyznać, że w tym roku wszystko układa się naprawdę szczególnie. Równo 25 lat temu, w wieku 17 lat, zdałem egzamin na żeglarza jachtowego. Pięć lat później, w 1999 roku wyruszyłem na mój pierwszy morski rejs, który obfitował w takie ilości przygód, że czasem myślę iż warto byłoby je spisać zanim usunie je z mojej głowy czas. A 5 lat temu, w zupełnie innej dla mnie życiowej epoce los znowu pchnął mnie na morze, gdzie wypływamy już regularnie odliczając miesiące przez cały rok.

Nie wiem jaki wpływ na życie mają patroni z dzieciństwa – patroni szkół, czy jednostek harcerskich, ale na mnie na pewno olbrzymi wpływ miał patron naszego szczepu harcerskiego Mariusz Zaruski – człowiek, który łączył w sobie pasję do gór i morza, kapitan i jednocześnie założyciel TOPR. Tli się we mnie ten ogień do gór i morza, i cieszę się niezmiernie, że ostatnimi laty regularnie, każdej wiosny pokonujemy górskie szczyty, a latem wyruszamy do Chorwacji, czy Grecji. W tym roku za moją namową postanowiliśmy powtórzyć choć część trasy z 1999 roku, czyli popłynąć do Włoch.

***

Budzimy się o chorej porze, czyli w okolicach godziny czwartej, marząc tylko o tym, żeby bezproblemowo dostać się na lotnisko i być uśpionym przez szum silnika. Okazuje się jednak, że to nie takie proste.
Pierwsza przygoda dopada nas już na Moście Grota, bo Mary zupełnie poważnym tonem, mówi, że lecimy jednak z Okęcia. To o tyle dziwne, że pytałem jej dwa razy, tego typu błędu spodziewałbym się po mnie, to też nie w jej stylu rzucać takie żarty przed śniadaniem i kawą. Okazuje się, że to nie żart, całe szczęście że pomyłka nastąpiła w tę stronę. Lecimy Wizzairem i on rzeczywiście lata z Okęcia od jakiegoś czasu. Zmieniamy kurs i kierujemy się w stronę Ochoty.
Na miejscu okazuje się, że płatność aplikacją nie chce przejść. Nie dość, że tracę wtedy zniżkę 20 zł z kuponu, to za chwilę minie magiczne 7 darmowych minut kiss&ride. Płatność w końcu przechodzi (trzecią kartą z rzędu), ale dodatkowo musimy zapłacić za postój kierowcy.

Trzecia przygoda dopada nas podczas kontroli bagażowej, kiedy to Maycon przypomina sobie, że ma w bagażu podręcznym swój scyzoryk. On zawsze boi się, że będzie ostrzej traktowany jako imigrant, ale przewożenie scyzoryka do kabiny? Całe szczęście kontrolerka lotu uśmiecha się tylko i wyrzuca nóż do kosza. Jeszcze tylko szybkie śniadanie w lotniskowym McD, boarding i błogi sen.

***

Lądujemy w Katanii. Do mariny mamy ponad 100 kilometrów, wynajęliśmy samochód przez internet w Hertzu. Niestety po raz kolejny okazuje się, że firmy rent-a-car tkwią ciągle w XX wieku, szczególnie jeśli dzieje się to w południowych Włoszech. Burdello bum bum.
W kolejce do biura kilkanaście osób, otwarte dwa okienka, a w nich… istny strajk włoski. Szybka kalkulacja i wiemy, że będziemy tu stać co najmniej dwie godziny. Wtedy mój wzrok przykuwa napis informujący, że gdy tylko zostanę członkiem elitarnego golden circle, mogę odebrać samochód bezpośrednio na parkingu. Otwieram maila, klikam, klikam, po kilku minutach udaje się. Ekipa zostaje na miejscu, ja idę na parking.
Na miejscu kolejne biuro i kolejna kolejka – całe szczęście nieco mniejsza. Niestety obsługa nadal podobna.
Wiecie ja kocham Włochy. Ich pizzę, kawę, góry, morze, kulturę, język, nawet gdy krzyczą są wspaniali. Ale gdy mam coś załatwić trafia mnie szlag! Panie niespiesznie wypełniają papiery, których są setki i wypożyczają samochody w iście ślimaczym tempie. Hasło “speed of Hertz” nabiera tu ironicznego znaczenia. W końcu przychodzi moja kolej i dowiaduję się, że muszę dać swoją kartę kredytową, a nie Marysi. Mamy tylko jedną kartę kredytową, reszt to płatnicze, więc mówię iż nie ma takiej możliwości. Pani odpowiada więc, że nie wypożyczy samochodu, bo karta musi być kartą kierowcy. Nie chcemy brać dodatkowego kierowcy, bo kosztuje to 13 Euro za dzień, przy czym nasz samochód spędzi większość czasu na parkingu w marinie. W końcu pani przyjmuje moją kartę euro Mbank (która może właśnie z powodu zacofania Europy pod kątem płatności jest wypukła) i próbuje na niej zablokować środki. Niestety w przypadku karty debetowej one fizycznie muszą znajować się na koncie, a ja nie korzystam na codzień z Mbanku. Szybki telefon do Taty, który przelewa 1500 zł ze swojego mBanku (mógłbym przelewem ekspresowym z Inteligo, ale ostatnio szło 2 dni) i dzień uratowany.
Pędzimy w stronę mariny zjadając po drodze lunch w restauracji (i zadając kłam twierdzeniu że jedzenie we Włoszech musi być dobre) i docieramy do mariny co do minuty razem z drugą częścią załogi podróżującą z Palermo. Szybkie zaształowanie (czyli zapakowanie na łódkę), tradycyjne zakupy w Lidlu (bo wiemy co gdzie leży :D) i powoli zaczynamy odpuszczać nerwy i pośpiech dnia codziennego.

To znowu się dzieje. Wymarzony tydzień w roku. My, przyjaciele, muzyka, wino, słońce i szum fal.

Rejs.