O wizycie w Disneylandzie marzyłem jak chyba większość dzieciaków. Gdy byłem mały marzenia ograniczały się oczywiście do wersji amerykańskiej, jednak gdy w 1992 roku powstała jego europejska wersja, pomyślałem sobie, że pojechać tam będzie o wiele łatwiej. I tak mijały lata, potem ślub, potem urodził się Franek, stwierdziliśmy, że Franek jest za mały, pojawiła się Lila, pojawiła się Helena. I nagle minęło… 27 lat! Gdy w końcu MasterCard zgłosił się do nas z propozycją wyjazdu, w dodatku w 5 urodziny Helki, nie zastanawialiśmy się zbyt długo. Nie opiszę Wam strategii przy kupowaniu biletów, bo zwyczajnie tego nie robiliśmy – mieliśmy wszystko zorganizowane. Opowiem za to o moich odczuciach, o odczuciach dzieciaków oraz o poszczególnych atrakcjach. Gotowi? To ruszamy.

Garść rozczarowań

„Plusy dodatnie nie mogą przesłonić plusów ujemnych” jak mawiał klasyk, więc na starcie kilka rozczarowań, by potem zanurzyć się w pełni w tych dobrych sprawach.

Po pierwsze rozmiar. Szczerze mówiąc wyobrażałem sobie, że park jest znacznie większy. Co prawda to oznaczałoby, że nie da się go zwiedzić w jeden weekend, ale mimo wszystko zawsze myślałem o bezkresnym miasteczku. Tymczasem – choć nie można zupełnie powiedzieć o nim, że jest mały – wielki też nie jest. Ale niektóre atrakcje są naprawdę spore (na przykład hotel w którym spada się z windy ma chyba 6 pięter). Generalnie w ciągu jednego dnia spokojnie można przemieszczać się między atrakcjami położonymi na różnych końcach, nawet kilka razy, co może jest plusem?

Po drugie ilość bohaterów. Nie wiem jak to działa, czy to kwestia licencji, ale miałem wrażenie dość ograniczonego ich doboru. Klasyka czyli Miki i Minnie, Donald i Daisy, Goofy, Pluto (choć nie było nigdzie moich ulubionych siostrzeńców i wujka Sknerusa!), trochę księżniczek, Księga Dżungli, Toy Story, Chip i Dale (yeah!), Nemo i oczywiście Elza z Anną. Pewnie kogoś jeszcze przegapiłem, ale brakowało mi całkiem sporo – począwszy od Aut (ta część jest dopiero budowana), przez Marvela (pojawiały się pojedyncze postacie, ale też cały park w budowie) czy Vaiany i kilku innych animacji. No dobra, był Król Lew 😀 Ok, ok. Są Star Warsy i to rekompensuje wszystko. Choć dużo ich tu niestety nie ma, będą w nowo budowanej krainie.

Po trzecie wreszcie jedzenie. Pal licho, że to tylko fastfoody, sęk w tym że w sobotę nie da się właściwie czegoś po prostu zjeść – trzeba rezerwować miejsca i to z kilkugodzinnym wyprzedzeniem. A kolejka po hot-dogi to nawet 40 minut stania. No cóż.

I po czwarte francuski. Ok wiem, że to Francja, ale powinny być choćby tury gdy coś jest po francusku, a coś po angielsku. Tymczasem część atrakcji była dwujęzyczna, ale część tylko po francusku. Sorry, ale Gwiezdne Wojny po francusku to pomyłka 😀 Trochę jak walka z bagietkami zamiast mieczy świetlnych i winem zamiast krwi.

Fastpass i kolejki

Ale zanim przejdę do innych opisów słowa o kolejkach i fastpassach.

Zwykły bilet uprawnia do korzystania z prawie wszystkich atrakcji (poza nielicznymi jak strzelnica która jest płatna dodatkowo), ale… niestety oznacza stanie w kolejce. To pewnie zależy mocno od pory dnia, roku i dnia tygodnia, ale my we wrześniowy weekend widzieliśmy nawet 60 minut czekania na niektóre atrakcje. Można natomiast dodatkowo wykupić specjalne bilety do przeskakiwania kolejki, zwane fastpassami.

Istnieją trzy rodzaje fastpassów – zwykły, super i ultimate.

System zwykłych fastpassów pozwala omijać kolejki w niektórych atrakcjach, ale nie jest to takie proste. Fastpass zakodowany jest w twoim bilecie, gdy chcesz skorzystać z danej atrakcji bez kolejki, podchodzisz do specjalnego kiosku, przykładasz bilet, a on wypluwa ci bilecik z godziną o której możesz przyjść, aby wejść bez kolejki. Gdy wrócisz w podanym okienku godzinowym, możesz skorzystać z szybkiej kolejki (osobne wejście). To nie jest tak, że nie czekasz zupełnie, bo inni też mają fastpassa, ale to jest naprawdę mega różnica. Wszystkim oczywiście steruje komputer wiedząc gdzie jakie są kolejki.

Super fastpass działa tak, że nie musisz dostawać specjalnego biletu i godziny przyjścia, wchodzisz kiedy chcesz szybką kolejką. Różni się jednak od Ultimate tym, że nie obowiązuje on na wszystkie fastpassowe atrakcje.

Ultimate fastpass jak sama nazwa wskazuje, to totalny sztos – przychodzisz, pokazujesz, jesteś traktowany jak VIP 😉 Obowiązuje na wszystkich fastpassowych atrakcjach, bez konieczności przyjścia później. My mieliśmy właśnie ten wariant, co pozwoliło nam zobaczyć praktycznie wszystko, a także skorzystać z niektórych atrakcji 2, 3 a nawet 4 razy. Dokładne informacje oraz wykaz atrakcji objętych fastpassem jest tu.

Niestety nie jest to zbyt tanie – w dzień nieweekendowy zwykły fastpass kosztuje ok 127 zł za osobę, za dzień. W weekend cena ultimate fastpassa może wynosić ponad 600 zł za dzień, tak więc dla 5 osobowej rodziny 3 dni to… 12 tysięcy złotych!!! Plus cena biletów wstępu!

Specjalne eventy

 

Oprócz samych atrakcji co pewien czas odbywają się show. Zarówno te otwarte jak pokaz świateł na zamku Śpiącej Królewny, czy parady bohaterów,

Księga Dżungli

Księga Dżungli

jak zamknięte będące trochę mini musicalami. Byliśmy na Królu Lwie, (muszę przyznać, że „aaaaaa sibenia!” słyszane na żywo naprawdę powoduje ciary na plecach, a tancerze byli wspaniali!) oraz Mickey and the Magician gdzie pojawiło się sporo bohaterów z różnych bajek.

Bohaterowie

W określonych miejscach pojawiają się bohaterowie, czyli między nami dorosłymi po prostu aktorzy w przebraniach bohaterów. Dla mnie była to najmniej fascynująca atrakcja, ale powiedzmy sobie szczerze, że w wieku 42 lat powoli z tego wyrastam 😀

Dzieciaki oczywiście się straszliwie jarały i zbierały nawet autografy w specjalnych zeszytach.

Dobra, Chip&Dale się jarałem 😀

Jakaś księżniczka

I kolejna…

Dwa parki

Ale skończmy smutne tematy i pomówmy o tym co tam się działo. A działo się dużo 🙂

Sam park podzielony jest na dwa resorty (można kupić osobne bilety do każdego z nich) czyli główny Disneyland Park oraz Walt Disney Studios. Pierwszy jest bardziej bajkowy i skupia się na postaciach z bajek, ale także atrakcjach w dużej mierze bazujących na rollercoasterach. Drugi, dobudowany 10 lat później, wygląda trochę jak Hollywood za dawnych lat ze starymi szyldami i neonami, choć oferuje również atrakcje ze sporymi przeciążeniami i możliwością zwrotu posiłku 😉

Atrakcje

Dobra, nagadałem się o wszystkim innym, czas przejść do samego ptasiego mleczka, do creme de la creme, czyli atrakcji! Bo to właśnie one są tu najważniejsze. Prawdę mówiąc sporo z nich mogłoby dziać się w zwykłych parkach rozrywki (no dobra, takich lepszych) bo nie sama licencja czyt postacie były tu najważniejsze, a to jak są one zorganizowane. Opiszę więc wszystkie w których byliśmy wraz z moją krótką oceną. Aha, nie mam dużo zdjęć. Po pierwsze większość z trakcji jest dość ciemna, po drugie czasem konkretnie buja na kolejkach i bałem się, że aparat mi wypadnie. Więcej ująłem na filmie, który wkrótce mam nadzieję zmontuję 🙂

I Disneyland Park

Park główny podzielony jest na 5 tematycznych krain.

1. Mainstreet USA

Do parku idzie się ulicą utrzymaną w klimatach wiktoriańskich, wszystko wygląda jak cukierkowa wersja Dzikiego Zachodu (o nim za chwilę), a może wschodu, bo to bardziej styl południowego wschodu USA z początków XX wieku. Stare dystrybutory paliwa, stary samochód Coca-Coli, stare witryny sklepów, a nawet fryzjer!

 

2. Frontierland

Dziki Zachód to zdecydowanie moja ulubiona kraina. Marzyłem o pobycie w takim miasteczku i choć nie można tu otworzyć drzwi kopniakiem, napić się burbona i wynająć kurtyzany 😀 to jest całkiem zacnie. Pierwsze fasady wyglądają jak traperskie domy z bali, później klasyki niczym z Westernów, by płynnie przejść w meksykańskie pueblo.

Phantom Manor, czyli dom strachów

Dom strachów zbyt straszny nie był, poza faktem, że w wagoniku zostawiłem telefon. Udało się go odzyskać 😉 Przejażdżka po starym domu, trochę duchów. Takie se.

Thunder Mesa Riverboat Landing, czyli parostatkiem w piękny rejs

Parostatek wygląda jak z Tomka Sawyera. Mini rejs trwa jakieś 15 minut i jest dość spokojny i kojący. Warto wybrać się w ramach odpoczynku.

 Big Thunder Mountain, czyli rollecoaster przez kopalnie

No dobra, SZTOS! To chyba jedna z moich ulubionych atrakcji. I nie tylko moich, dzieciaki zwariowały na jej punkcie. Momentami jest naprawdę grubo, choć jest kilka bardziej hardkorowych kolejek. Podróż wiedzie przez kopalnie, pomiędzy sztucznie zbudowanymi skałami Kordylierów i wygląda bardzo malowniczo, tym bardziej, że reszta kolejek raczej przebiega w zamknięciu. My byliśmy 3 albo 4 razy (pogubiłem się). Bardzo!

3. Adventureland

To kraina odkrywców, trochę w klimatach karaibskich, niezbyt duża. Niestety kolejka Indiany Jonesa była akurat zamknięta, buuuuu!

Pirates of Caribbean czyli oczywiście Piraci z Karaibów.

To taka wodna atrakcja polegająca na przepłynięciu się przez jaskinie piratów. Po drodze skarby, złote monety, kościotrupy pijące rum i takie tam. Klimat całkiem fajny, choć emocji dość mało, bo po prostu płynie się łódką (ale jest spadek tu i ówdzie). Myślę, że warto.

La Cabane des Robinson, czyli chatka Robinsona

Jako ultrafan Roibinsona i ogólnie klimatów survivalowo wyspowych nawet się tym zajarałem 🙂 To takie wielkie drzewo na którym znajdują się różne elementy domu Robinsona Cruzoe – od podajnika na wodę zasilanego wodospadem, po pianino i biblioteczkę (on miał nawet pianino?!). Dobre jako przerywnik.

4. Fantasyland

To dość cukierkowy i mocno klasyczny świat księżniczek, zamków i tym podobnych. Tu znajdziemy sporo atrakcji dla najmłodszych.

Peter Pan’s Flight, czyli lot Piotrusia Pana.

Nasze pierwsze skojarzenie to Junibacken w Sztokholmie i lot przez bajki. Tu jest dość podobnie – lecimy nad Londynem i przez parę innych miejsc znanych z bajki. Jest całkiem fajnie, choć niestety dość krótko 🙁

Sleeping Beauty Castle, czyli zamek Śpiącej Królewny.

To pozycja obowiązkowa, bo ten zamek zna z czołówki Disneya każdy z nas (to znaczy nie ten konkretnie, no ale). W środku rzeczywiście jest dość bajkowo, choć prawdę mówiąc liczyłem na więcej. Przebieżka po galeryjce i sklep w którym na żywo można obserwować dmuchanie szkła – tego nigdy za dużo.

I to tyle, niestety nie byliśmy na pozostałych atrakcjach takich jak karuzela Lancelota, karuzeli Dumbo, czy filiżankach, bo nie było tam fastpassa, a kolejki były ogromniaste. Labirynt Alicji w Krainie Czarów też nas ominął i tego żałuję najbardziej 🙁

5. Discoveryland

I wreszcie wkraczamy do najbardziej futurystycznej krainy, czyli krainy science fiction! To tu Franek oszalał do reszty, choć trzeba przyznać, że dziewczyny również.

BuzzLightyear Laser Blast, czyli strzelanie do robotów

To oparta na Toy Story 2 strzelanka – jedzie się w dwuosobowych wagonikach i strzela laserowo do celu. To znaczy promieni lasera oczywiście nie widać, ale system zlicza punkty. Mnie udało się za drugim razem (za pierwszym głównie kręciłem GoPro :D) zdobyć ich 15500! Zabawa fajna dla wszystkich – od Heli aż po mnie.

Star Tours, czyli Gwiezdne Wojny po raz pierwszy

Obowiązkowa atrakcja dla fanów SW! Wsiadamy do małego promu (kilka rzędów siedzeń po ok 10 osób) i ruszamy. Z przodu wyświetlane jest gdzie lecimy, a cała kabina odpowiednio się przechyla. Ale nie mylcie tego z atrakcjami z nadmorskich kurortów – tu NAPRAWDĘ jest grubo. Co więcej, jest kilka historii (nie wiem ile), za pierwszym razem lecieliśmy w najnowszej trylogii, za drugim w epizodach 1-3 i spotkaliśmy Jar Jara. To nie jest zwykły lot – lecimy, spadamy, rozbijamy się, a nawet bierzemy udział w słynnych wyścigach w których wygrał Anakin!

Hyperspace Mountain: Mission 2, czyli Gwiezdne Wojny po raz drugi.

Jeszcze spokojnie…

No to jest totalny sztos i KONIECZNOŚĆ, chyba najlepsza moim zdaniem kolejka jeśli chodzi o przeciążenia. To znowu rollercoaster, ale tym razem hardkorowy. Jedziemy po ciemku robiąc dwukrotnie obrót o 360 stopni. Zewsząd lasery, tie-fightery i ogólnie wciśnięcie w siedzenie. Grubo!

Naprzóóóóód!!!

II Walt Disney Studios

Jak już mówiłem ta znacznie mniejsza część przypomina raczej Hollywood z dawnych lat. Została otwarta 10 lat później, w 2002 roku i niedługo będzie naprawdę imponująca – mają powstać tam trzy obszary: Avengers, Star Wars (!!!) oraz Frozen. Można tu nieco spokojnie zjeść (znacznie mniejsze kolejki), jest tu też kilka naprawdę zacnych atrakcji:

Flying Carpets Over Agrabah czyli latające dywany.

Dobra, szczerze mówiąc to nadaje się bardziej do wesołego miasteczka gdzieś w głębokiej Polsce. Nawet Helena była zażenowana. Może dobre dla rodziców z dwuletnimi dziećmi, czy coś 😉

Crush’s Coaster,

Dobra, to był dość spory szok, puściłem tam Mary z Frankiem i Lilką (to jest od 120 cm więc Helka się nie załapała), a okazało się to porównywalne hardkorem do Star Wars! Prędkość, przeciążenia, obroty – nieźle! Całość w klimacie Nemo.

Ratatouille: L’Aventure Totalement Toquée de Rémy, czyli symulator myszy

Całkiem fajne przeżycie – połączenie jazdy w wagonikach, a właściwie samochodzikach (nie na szynach) oraz projekcji 3D. W skrócie – jesteśmy myszą i poruszamy się po świecie znanym z Ratatatuj. Dwa razy nawet obrywamy lekko wodą 🙂 Warto, byliśmy dwa razy.

Toy Soldiers Parachute Drop

To symulator spadochronu w klimacie Toy Story. To znaczy żaden tam spadochron, po prostu gondola spadająca w dół. Nawet fajne, choć strachu nie ma. Lepsze spadanie za chwilkę 😀

RC Racer

To znowu kolejka jeżdżąca po torze w kształcie litery U. Ja tam nie poszedłem, bo dotarliśmy tam po sutej kolacji i bałem się o jej losy, a ktoś musiał zostać z Helą 😉 Franek i Lilka mówią, że wypas.

The Twilight Zone Tower of Terror, czyli prawdziwy zmierzch

Dobra, przyznam się, że Zmierzch kojarzył mi się z Robertem Pattinsonem i jakimiś tam wampiro-cukierkami, tymczasem zupełnie wyparłem serial Twilight Zone z przełomu lat 50 i 60. A to właśnie na nim oparta jest ta atrakcja. To wielki budynek, serio, wielkości prawdziwego hotelu, mający kilkadziesiąt metrów wysokości. Podczas wstępu słuchamy nieco creepy historii, przypominającej nieco w klimatach starego Frankensteina, jednak mogącego być trochę strasznym dla małych dzieci. Zresztą sama atrakcja też jest dość hardkorowa 😀

Do windy prowadzi obsługa ubrana w hotelowe stroje z lat 50, starająca się być trochę straszna. Siadamy w 4 rzędach po 10 osób, wjeżdżamy na pierwsze piętro, oglądamy w otwartych drzwiach krótki wstęp, po czym zaczyna się dzika jazda. Niestety znowu po francusku, więc nie wszystko rozumiałem, ale nie to jest ważne. Ważne jest to, że winda kilkukrotnie spada w dół, w dodatku pod koniec otwierają się okna i widzimy świat na zewnątrz podczas spadania. Jak widać na zdjęciu, bywa grubo 😀

Jest dobrze 😀

Podsumowanie

Choć paryski Disneyland jest nieco mniejszy niż mi się wydawało, to zdecydowanie była to jedna z przygód życia. Jeśli masz możliwości finansowe warto spróbować, choć póki co nie mam zupełnie porównania z wersją amerykańską. Jak pisałem – nie podam strategii poruszania się między atrakcjami, możecie to sprawdzić na innych blogach. Na pewno z Ultimate Fastpass zwiedzanie jest znacznie lepsze, bo nie staliśmy w żadnej kolejce dłużej niż 10 minut.

Największym wyzwaniem dla rodziców były oczywiście nie atrakcje, a odciąganie dzieci od sklepów. Choć trudno, żebyśmy sobie nic nie kupili 😀 Czy wrócimy? Chciałbym. Na pewno po otwarciu świata Avengers i Star Wars. Choć Franek obecnie marzy o Legolandzie. Ale wszystko w swoim czasie 🙂

Aha, jak już pisałem my byliśmy tam na zaproszenie MasterCard, ale razem z nami było mnóstwo rodzin z całego świata, które taki pobyt wygrały w konkursie właśnie przez nich organizowanym. Więc bierzcie udział w konkursach, może do Was uśmiechnie się szczęście. Ciekawostka – konkurs w UK wygrała… polska rodzina tam mieszkająca, którą pozdrawiamy! 🙂