O tym, że prezenty na I Komunię Świętą Franka chcieliśmy potraktować nieco inaczej pisałem już w innym tekście, więc nie będę na ten temat się rozpisywał. W skrócie – zamiast dronów, rowerów i setek innych gadżetów, Franek zebrał kasę na podróż w miejsce związane z jego patronem, czyli Świętym Franciszkiem. Był to oczywiście Asyż. Mieliśmy założenie co do tego wyjazdu – to Franek miał decydować o większości spraw związanych z tym wyjazdem, w tym o środku lokomocji. Niestety sporo z nich nie wyszło, napiszę zaraz dlaczego – czasem rzeczywistość weryfikuje plany.

Po pierwsze Franek wybrał campera. Dzieciaki nigdy nim nie podróżowały, a i ja pamiętam z dzieciństwa, że podróż samochodem w którym się mieszka zawsze rozpalała moją wyobraźnię. Niestety nigdy nim nie podróżowaliśmy i gdy tak zabieraliśmy się za temat i go sondowaliśmy, zastała nas jesień. Podróż przełożyliśmy więc na 2019.

Lato minęło niestety jeszcze szybciej niż rok temu, ale podróż odkładaliśmy też ze względów praktycznych. Latem we Włoszech jest naprawdę gorąco, jest też zdecydowanie drożej. Podróż zaplanowaliśmy więc na przełom września i października, co było świetnym pomysłem. Ale… nie wzięliśmy pod uwagę tego, że podróż do Asyżu camperem to co najmniej dwa tygodnie – da się to zrobić szybciej, ale wtedy właściwie cały czas będziemy w drodze. Zdecydowaliśmy więc odbyć spokojną podróż camperem kiedy indziej, tym razem lecąc do Rzymu samolotem.

Plan podróży

Udało się kupić dość tanie bilety w Wizzair, tym bardziej że po tegorocznej wyprawie na zorze polarne w Norwegii zostały nam w Wizzie zniżki (wykupione na rok). Dodatkową przewagą Wizza na Ryanem (którym często latamy do mojej siostry w Szwecji) jest to, że lata on z Okęcia, a nie z Modlina.

A wiec: lecimy do Rzymu (a właściwie do Fiumicino), pociągiem dojeżdżamy do Asyżu, spędzamy tam 3 dni, przemieszczamy się do Rzymu, spędzamy tam kolejne 3 dni, po czym wracamy do Polski.

Od kilku ładnych lat nie kupujemy poza wyjątkami miejsc w hotelach, raczej wynajmujemy apartamenty na Booking.com. Tym bardziej, że tym razem jechaliśmy z moimi rodzicami, więc wynajęcie apartamentu na 7 osób było całkiem opłacalne.

Z Babcią zawsze raźniej!

…a Dziadkowi zawsze można wejść na głowę! (dosłownie)

Asyż

Asyż jest przepięknym miasteczkiem położonym na górze Monte Subasio, otoczonej rozległą równiną. Dzięki temu widoki, które się z niego rozciągają są niesamowite – rodem z Tolkiena. Gdy patrzyłem w dal, widziałem rozciągającą się u stóp góry równinę pokrytą małymi wioskami i góry na końcu wyglądające jak Mordor.

Widoki kilkanaście metrów od naszego domu

Ale nie tylko widoki na równiny wyglądają imponująco, piękny jest sam Asyż. Zupełnie nie myślałem o nich w takich kategoriach – kojarzyłem go bardziej z samymi zabytkami – to jednak typowe, bardzo gęsto zabudowane włoskie miasteczko z pajęczyną wąskich uliczek, w tym wypadku pnących się także w górę i w dół. Dodajmy do tego fakt, że miasteczko jest bardzo zadbane – budynki są prawdopodobnie regularnie piaskowane, gdyż pięknie lśnią, a na ulicach nie znajdziesz śmieci, co jak na Włochy jest jednak rzadkością (nie licząc północy).

Przepiękne uliczki Asyżu

Czasem zbrukane jakimś pojazdem nie pasującym do stylu i epoki 😉

Asyż niestety przywitał nas bardzo niekorzystną pogodą – padał zimny deszcz, a termometr pokazywał tylko 11 stopni, co nie zachęcało do zwiedzania. Jednak mimo to, ubrani w przeciwdeszczowe kurtki postanowiliśmy dać mu szansę.

Następnego dnia całe szczęście było o wiele ładniej, a pogoda poprawiała się z każdym dniem, by ostatniego dnia naprawdę porządnie się ocieplić.

Jeszcze jeden widoczek w Asyżu

Tu kiedyś było koloseum, a teraz ktoś sobie mieszka.

Widok na zamek Rocca Maggiore…

… i widok z zamku na Asyż

Dziadek i dzieciaki. Helka znowu z lekkim foszkiem 🙂

A tu już podziwia widoki

 

Wieczorem Asyż oświetlony został takimi zniczami

Lila w tym roku bierze komunię, więc traktuje modlitwę bardzo poważnie…

… a Hela traktuje poważnie to co robi Lila 😀

Franek natomiast wypatrzył Pinokia

 

Rzym

Rzymu nie da się porównać z niczym innym i nawet mój Tata, który zazwyczaj porównuje miasta w których jest do tego co już zna, zaniemówił. Szczególnie gdy wszedł do Katedry Świętego Piotra, bo ona robi niesamowite wrażenie – szczególnie gdy człowiek uświadomi sobie, w jakich czasach to budowano.

Przepiękna fontanna di Trevi

W wiecznym mieście postanowiliśmy zobaczyć wszystkie główne atrakcje, nie udało się w sumie chyba tylko wejść do Muzeów Watykańskich (choć nocleg mieliśmy 200 metrów dalej), bo po prostu stanie w kolejce po raz drugi (raz czekaliśmy do katedry) przez ponad godzinę trochę nas przerosło. Udało za to załapać się nam na Anioł Pański z papieżem Franciszkiem.

A oto i Papa Francesco

Rzym, jak znakomita część włoskich miasteczek (wyjątkiem jest tu Wenecja) rozkwita po zmroku, więc właśnie wtedy wyruszaliśmy na lody i inne atrakcje. Poruszaliśmy się głównie autobusami i pieszo – metro ma tu podobnie jak w Warszawie tylko dwie linie, więc szansa, że akurat będziemy blisko jakiejś stacji była dość mała.

Rzym <3

I oczywiście koloseum. Lila jest chyba asasynką, nie pamiętam 😀

Dzieci, dzieci, dzieci

Jak wspomniałem na początku, Franek miał planować sporą część wyjazdu, ale chyba nie do końca nam się to udało. Po pierwsze wycieczka z trójką jest wyzwaniem nawet bez dawania im wolności – każdy chce co innego i każdy ma inny pomysł na to co mamy robić. Owszem, często to Franek podejmował różne decyzje, ale chyba nie byliśmy gotowi na wszystkie jego pomysły, inaczej żywilibyśmy się tylko lodami 🙂

Tutaj jeszcze jedno spostrzeżenie – nie narzekajcie na podróże z MAŁYMI dziećmi. Te większe naprawdę są w stanie bardziej dać w kość swoimi humorami czy chęcią zrobienia czegoś akurat inaczej. Pomogło całe szczęście kieszonkowe na wyjazd, skończyło to „kup mi kup mi kup mi”. Dzieciaki kupiły to co chciały, kasa się skończyła i nie było jęczenia (przynajmniej w tym zakresie). Oczywiście były kłótnie, Helena też zaczęła się „psuć” i miała nieco fochów co widać na niektórych zdjęciach, ale cóż, to chyba nieuniknione. Plan samego wyjazdy zakładał też sporo łażenia po atrakcjach niekoniecznie bardzo atrakcyjnych dla dzieciaków, więc nie było aż tak kolorowo.

Mary całe szczęście wzięła ze sobą testowany właśnie wózek Bugaboo Ant,

Mary, Hela i Bugaboo Ant

więc Hela czasem właziła do wózka. (Tu poczytacie o nim więcej) Dla tych, którzy dziwią się, że taka duża i w wózku – robiliśmy ponad 10 km dziennie, a wracaliśmy czasem ok 22, więc ona po prostu tam zasypiała. Było to dość wygodne, jeśli macie większe dzieci i wyjeżdżacie na takie wyjazdy to naprawdę wózek może się przydać.

I na koniec – Franek pisał kronikę podczas naszej wyprawy. To nie były długie teksty, ale po kilka zdań z każdego dnia, jakieś wklejki i tym podobne – miał to zadane z polskiego (jako nadrabianie nieobecności), ale ogólnie uważam, że to fajny pomysł. Ja podobną kronikę pisałem podczas mojego pierwszego wyjazdu za granicę, w Grecji w 1986 roku. Niestety zaginęła 🙁 Ale po latach są to naprawdę niesamowite pamiątki!

Włochy oczywiście polecamy, są niesamowite na północy, południu, w środku, na wyspach, wszędzie! Byliśmy wiele razy i pewnie będzie wracać. Arrivederci!