Jesteśmy. Wróciliśmy. Żyjemy. Cali i zdrowi. Choć wydawało mi się to zupełnie nieprawdopodobne. Dlatego, że było za dobrze. Było tak dobrze, że byłem pewien iż coś musi się wydarzyć – przyroda lubi równowagę, a ten wyjazd był po prostu niesamowity, choć nic tego nie zapowiadało.

Nie mieliśmy specjalnych planów na sierpień, choć moim mocnym postanowieniem było nieprzespanie tego lata. Wykosztowaliśmy się już na wiosnę, na Kanarach. Pogoda była średnia, wyjazd dość udany, ale dzieciaki jak zwykle go nie doceniły. Dlatego razem z Ferreirami i Lipcami zorganizowaliśmy wyjazd nad Jezioro Krasne koło Lublina.

Nie nie zwiastowało tego, że będzie epicko. Murowany domek znaleziony w ostatniej chwili, kiwający się kibel i niedokręcona umywalka, jak zwykle za mała lodówka, wąskie tapczany, które nie były w stanie wszystkich pomieścić oraz brak jakichkolwiek podziałów na pokoje oprócz „szóstka dorosłych na górze, siódemka dzieci na dole”. I praktycznie brak zasięgu jakiejkolwiek sieci. Ale nie o to chodzi. Zupełnie nie o to chodzi.

Bo wiesz, najlepszy wyjazd może być zrujnowany przez kiepskie towarzystwo. A najgorsze miejsce może zyskać blasku gdy pojedzie się tam z właściwą ekipą. I tak było tym razem.

Już drugiego dnia atmosfera była tak wspaniała, że zaczęliśmy dostrzegać pozytywy naszej lokalizacji. A było ich pełno. Otóż miejsce to – jak się okazało – to istna podróż do przeszłości. Jakże dalekie od mazurskiego tłoku i gwaru. Małe jezioro, które po kilku dniach nieziemskich upałów nagrzało się do temperatury iście wannowej. Wąska i brzydka niby-plaża, która choć z początku wydawała mi się paskudna, po chwili okazała się niesamowita – siedzimy nad samą wodą, brak wodorostów, woda płytka przez bardzo długi czas.

Ale czas wokół nas zwolnił. Chwilami czułem się jak za dzieciaka, jak podczas niezliczonych wakacji z rodzicami. Paskudny zapach frytek z pobliskiego baru. Lody włoskie z automatu. Długie kolejki po piwo. Krystyny w jednoczęściowych kostiumach na leżakach, Janusze w majtkach zamiast kąpielówek rozwiązujący krzyżówki. Gumowe materace – pamiętasz? Te z gumy, łatane specjalnymi łatkami, takie, które potrafiły przeżyć lata. Przecież te właśnie musiały mieć co najmniej 20 lat. Automat do gry – jakaś nawalanka w której trzeba iść w prawo. Asfalt klasy Z, który topił się pod butami. I sklep spożywczy – taki w którym… miejscowi kupują „na zeszyt”.

Wzięliśmy iPady, wzięliśmy nawet dysk z filmami. Po co? Telewizor w domku nawet nie śnił o wejściu HDMI, a zasięgu internetu praktycznie nie było. Dzieciaki kąpały się w jeziorze, ganiały na gofry i lody, by później biegać wokół domku i bawić się patykami i huśtać na wielkiej huśtawce. Ubrudzone do granic możliwości, opalone, szczęśliwe.

Jedynym nieszczęściem było moje wbiegnięcie do jeziora z iPhonem w kieszeni – trudno, umarł definitywnie, zorientowałem się po 30 minutach wodnych szaleństw z Frankiem. W sumie potrzebowałem tego. Przełożyłem kartę do iPada, ale nie chciało mi się z niego korzystać. Wymyślałem przepisy na grilla i po prostu cieszyłem się wolnością. Od internetu, od gównianych wydarzeń opisywanych na portalach, od fejsbukowych kłótni. Lekko zamroczony alkoholem chłonąłem świeże powietrze, zapach jeziora i szum drzew.

Ach, zapach jeziora. Pachnie tak samo jak kiedyś. Gdy wchodzisz do niego powoli, zawsze najpierw jest zbyt zimne, decydujesz się na pełne zanurzenie, nurkujesz i myślisz że jednak jest niesamowicie.

Franek nauczył się pływać, Lila nauczyła się nurkować.

I pogoda. Ta pogoda. Akurat w te dwa tygodnie. Była niesamowita, nie wiem czy pamiętam takie upały. Dwa tygodnie bitych 30 do 35 stopni w cieniu, a pewnie i ponad 4 w słońcu. Totalny upał, żar i spiekota. Tak, takie właśnie lato lubię, szczególnie na urlopie.

Rozpieściło mnie to lato zupełnie, na takie właśnie czekałem. Po to cierpieliśmy przez kwiecień i maj, nawet czerwiec i lipiec, bo poza wyjątkami wcale nie były jakoś specjalnie ciepłe.

To właśnie takie wakacje pamięta się latami.

I towarzystwo. To towarzystwo. Dobraliśmy się niesamowicie. Pomimo dwóch tygodni na dość małej powierzchni praktycznie zero kłótni, nie licząc minimalnych spięć. Tęsknota już dzień po powrocie. Znamy się (przynajmniej z Ferreirami) dopiero 4 miesiące, a wiemy już, że znajomość będzie trwała długo. To samo zresztą myślą dzieciaki, które polubiły się bardzo.

To było wspaniałe lato. Niebieskie Lato. Takie, jakie pamiętam z dzieciństwa. Takie jakie oglądałem w telewizji, w hiszpańskim serialu. Choć to nie koniec, o nie. Za chwilę wyjazd do Zakopca, potem ja wyjeżdżam na Festiwal Whisky, potem jedziemy do Krakowa, by w końcu we wrześniu razem z Mary polecieć na targi parentingowe do Kolonii! Oczywiście o wszystkim napiszę.

Ludzie. Przede wszystkim ludzie. Z dobrym towarzystwem pojedziesz wszędzie. Słabe – zepsuje ci najlepszy wyjazd.