Image

2012 Kos

Days 11-14 Leniwy finisz
5 lat ago

Days 11-14 Leniwy finisz

Ostatnie dni potraktujemy wyjątkowo hurtowo i minimalistycznie, bo niestety zbyt wiele już w nich się nie wydarzyło. To i tak cud, że większość pobytu była na tyle ciekawa, że udało się dywersyfikować nasze dni, niestety końcówka była wybitnie plażowo-basenowa. Choć na pewno nie nudna! Read More

Day 10 – Nisyros
5 lat ago

Day 10 – Nisyros

Choć powiedzieliśmy sobie, że nie wykupujemy tym razem zbyt wielu wycieczek (trudno podróżuje się z dwójką maluchów) to ta skusiła nas od razu. Otóż wyspa Kos nie ma zbyt wielu atrakcji jeśli chodzi o krajobraz naturalny, nie jest też szczególnie urokliwa architektonicznie. Ot, przybytek turystyczny. Nisiros jest w tym względzie jej przeciwieństwem.
To także wyspa wulkaniczna, posiadająca jednak krster wulkanu do którego można wjechać oraz piękne, typowo greckie miasteczka, takie z jakimi właśnie Grecja się kojarzy. Read More

Day 9 – Chill
5 lat ago

Day 9 – Chill

Jako że najbliższe spore wydarzenie (wycieczka na drugą wyspę) jest dopiero jutro, postanowiliśmy uciec z hotelu na Agios Fokas, czyli plażę na którą trafiliśmy na rowerach. Dojeżdża tam autobus z centrum Kos, więc tym razem mogliśmy dostać się tam o wiele szybciej. Dojechaliśmy do centrum i zaczęliśmy szukać przystanku linii numer 5. Kupiliśmy bilety i pomknęliśmy wzdłuż morza obserwując ścieżkę rowerową którą mknęliśmy w piątek. Read More

Day 8 – Beachin’

Po dość wyczerpującym (szczególnie dla portfela) dniu rowerowym postanowiliśmy odwiedzić naszą plażę przyhotelową. Jest ona jak już pisałem piaszczysto-kamienista. Ma to tę zaletę, że ilość zabaw w które można bawić się z dzieciakami wzrasta niesamowicie, minusem niestety jest piasek który włazi oczywiście wszędzie. I nie, nie jest to nasz polski, żółty piaseczek, tylko bury piachol. Życie 🙁 Read More

Day 7 – Mike on a bike
5 lat ago

Day 7 – Mike on a bike

Nadszedł czas by choć jeden dzień miał ujemny bilans kalorii. Albo żeby choć trochę ich spalić. Słowem – ROWERY. Nie było to takie proste, bo Lila jest trochę za mała na zwykły fotelik rowerowy – latałaby na boki. A o przyczepkę rowerową dość trudno. Całe szczęście wczoraj podczas naszej eskapady do Kos wyczailiśmy wypożyczalnię ze specjalnym rowerem, z koszem na dzieci. Tak więc rano pomknęliśmy autobusem do miasta i wypożyczyliśmy rower.

Tu słowo o rowerach na wyspie. Otóż korzystają z nich oczywiście głównie Holendrzy. Nawet wypożyczalnia jest prowadzona przez Holenderkę, która poślubiła Greka i zamieszkała na wyspie. Dla nich poruszanie się rowerami jest tak naturalne, że tu jedną z pierwszych rzeczy które robią jest wypożyczenie roweru. Wyspa ma 40 km długości, czemu nie zjeździć jej na rowerze? Read More

Day 6 – Kos, Kos
5 lat ago

Day 6 – Kos, Kos

Czas na lekką odmianę – dwa dni pod rząd na basenie to trochę za dużo. Postanowiliśmy więc udać się do stolicy. To o tyle proste, że ta odległa jest o jakieś 1,5 kilometra. Przygotowaliśmy więc oba wózki i zaraz po śniadaniu ruszyliśmy wzdłuż szosy. Po lewej stronie mijamy spalone słońcem trawy i widok na góry, które nie są już tak nieznajome jak na początku – tamtędy wracaliśmy przedwczoraj z Kefalos. Co jakiś czas natomiast mijaliśmy kolejne nieudane inwestycje o których już pisałem. A przecież możnaby spokojnie postawić tu knajpkę z darmowym WiFi, skoro w hotelu są one płatne. Na 100% Udawałaby się tu część gości znudzona przemysłowym żarciem i wyborem – drinki z butelek za friko, albo Jack z Colą za 10 Euro. Ale nie, lepiej postawić kolejny plac zabaw dla dzieci. Z napisami po grecku, tak żeby turyści nie zrozumieli. Read More

Day 5 – Another day in paradise

Nuda. Nic się nie dzieje. Jak w polskim filmie. Aż mi się chce wyjść z kina.

Młoda pobiła dziś kolejny rekord i budziła się w nocy chyba z 10 razy. Dlatego też z wdziękiem zombich spędziliśmy cały dzień na basenie, a raczej na dwóch basenach. Najpierw na mniejszym, potem na dużym, głównym. Nie jest źle, myślałem, że po tylu dniach będe już rzygał niebieskim kolorem, a na sam zapach chloru będę chciał uciekać gdzie pieprz rośnie. A jest wręcz przeciwnie – zaczynam odczuwać w tym dziką rozkosz. Jet co prawda „far fuckin’ away” od leżenia plackiem i nicnierobienia – zajmowanie się dwójką dzieci oznacza tyle, że o godzinie 21 (czyli 20 naszego czasu) masz chęć paść na pysk i padasz na pysk. I zasypiasz. I rano wcale nie jesteś specjalnie wypoczęty. Read More

Day 4 – On the road again
5 lat ago

Day 4 – On the road again

Dzisiejszym Mistrzem Otwarcia Dnia została Liliana która rozpoczęła go z hukiem o 6.00. Czemu nie? Może to i dobrze, bo już o 8.45 musiałem być w recepcji, aby odebrać wypożyczony samochód. Wszystko poszło gładko, gdyby nie to, że zamiast zamówionego Peugeota 107 dostaliśmy Hyundaia i10. „Its bigger, mister, it’s bigger” – może i tak, ale to był chyba najgorszy samochód jakim jechałem, wliczając w to moją Wołgę rocznik 1975. Miałem wrażenie, że gaz w tym samochodzie ma kilka pozycji – chodził tak ciężko, że każde dodanie gazu kończyło się szarpnięciem wszystkich pasażerów. Jako bloger – odradzam 😛 Read More

Day 3 – She sells sea shells
5 lat ago

Day 3 – She sells sea shells

Dziś postanowiliśmy spędzić choć część dnia nad morzem. Choć lokalna plaża nie jest miejscówką zbyt popularną z kilku powodów. Po pierwsze trzeba tam dojść. To dla wielu turystów już spory problem – jeśli można iść dalej lub bliżej to przecież nie ma sensu iść dalej. Po drugie plaża nie jest wcale aż tak urokliwa. Jest piaszczysta, co samo w sobie stanowi już sporą zaletę, ale piasek nie jest tak ładny jak na Fuerteventurze, Sal, czy nawet nad naszym Bałtykiem. Jest po prostu bury. Po trzecie jest dość wietrznie. Dla mnie w sam raz – nie czuć upału, choć można w ten sposób łatwo się oszukać i spalić. Słońce nie oszczędza także wtedy gdy wieje wiatr. Po czwarte wreszcie – nie ma obok baru All Inclusive. A za sam leżak trzeba zapłacić 5 Euraczy. Tłumów więc na plazy specjalnie nie było. Read More

Day 2 – Obżarstwo i lenistwo
5 lat ago

Day 2 – Obżarstwo i lenistwo

Powiedzmy to sobie jasno. All Inclusive to ZŁO. Nie tylko z powodów o których wspominałem w tej notce, to po prostu zło dla osób które z niego korzystają. Wyobraźcie sobie dwa tygodnie w miejscu, gdzie zza każdego rogu wyglądają uśmiechnięci panowie i panie gotowi napełnić szklankę alkoholem. Ile się chce. Obok szklane gabloty pełne jedzenia. Świeżych frytek, mięsa, sałat, sosów, ciast, lodów i innych łakoci. To jest hardkor. Jeśli pojawiają się jakiekolwiek postanowienia umiarkowania to znikają przy każdej możliwej sposobności. No bo jak wytrzymać?

Umiarkowanie kończy się zazwyczaj w połowie makładania posiłku. Najpierw feta, cebula, ogórek, tzaziki. Ryba. Zdrowa jest przecież. To może trochę frytek. Może jeszcze? Trochę mięsa. Sama ryba to przecież za mało. Pusto ten talerz wygląda. Może jeszcze frytek? Hardkor. Read More

Day 1 – Syndrom Dnia Pierwszego

Dzień – jak to przez ostatnie pół roku bywa – zaczął się dość wcześnie. Właściwie jeszcze w nocy. Lila budzi się jeszcze 2 do 3 razy, Franek natomiast nie śpi dłużej niż do 7. Jeśli jeszcze do końca nie zdałem sobie sprawy że ten urlop będzie nieco inny niż poprzednie to właśnie rano uderzyło to we mnie ze zdwojoną siłą. No cóż, takie uroki wakacji z dziećmi 🙂 Od przyszłego roku wdrażamy w życie nasz plan wyjazdów po Polsce z dziećmi i wyjazdów zagranicznych bez nich – czasem trzeba będzie sobie odsapnąć. Chyba że wpadniemy na pomysł dalszego powiększania rodziny ;P

Syndrom Dnia Pierwszego uderza we mnie zawsze. Im bardziej spięty jestem podczas roku, im bardziej potrzebuję urlopu, tym dłużej trwa urlopowe odblokowywanie się. Podczas pobytu w Szwajcarii nie mieliśmy go na naszych wyjazdach w ogóle, teraz po prostu wszystko mnie drażniło. Zresztą nie tylko mnie – na pamiętam z wykładów że właśnie ta „bańka turystyczna” czyli to co turysta przywozi ze sobą na wypoczynek pęka dopiero po jakimś czasie. Chyba się powtarzam i piszę o tym przy każdym wyjeździe, ale widać to po różnicy na lotnisku przed i po urlopie. Przed – ludzie spięci, znerwicowani, bladzi. Kłócą się o byle co. Po urlopie – wypoczęci, opaleni, zrelaksowani. My jesteśmy na razie w tej pierwszej części :] Read More

Day 0 – Here we go again

Warszawa pożegnała nas jesienna pluchą – w sumie to nawet dobrze, podczas wyjazdu na urlop kontrast jest pożądany, jest dobrym motywem tłumaczenia sobie poniesionych wydatków. Dotaraliśmy na lotnisko przed czasem, bez przygód – słowem nuda. Pozytywnym aspektem odprawy był fakt, iż Itaka wreszcie wpadła na racjonalizatorski pomysł, aby nie stać w kolejce dwa razy. Do tej pory najpierw stało się w kolejce do punktu Itaki na lotnisku, potem w drugiej do odprawy bagażowej. Teraz udało się połączyć to w całość.

Samolot odleciał o 20.55. To trochę późno – dzieciaki usnęły zaraz po starcie. Dało nam to trochę spokoju, jednak prawdziwe wyzwanie miało się dopiero zacząć – ogarnięcie się po przylocie po północy. Udało się to jednak całkiem sprawnie, chyba zaczynamy dochodzić do wprawy. Bagaże, spotkanie z rezydentką na lotnisku, truptamy do autokaru, jedziemy w stronę hotelu. Czujemy się jak stare wygi – w końcu w tym roku mija 5 lat od naszej pierwszej eskapady z Itaką. Read More

Kierunek Grecja!

Witaj zakurzony pamiętniczku. Przypominam sobie o tobie dość rzadko – mam coraz mniej czasu, a i blogów mi się namnożyło. W pracy jest co robić, koszulkowo.com się rozkręca, Z dwójką dzieci też czasu więcej jakoś nie ma. A i lato rozleniwia mnie jakoś zawsze. Tak czy inaczej przypominam sobie o tobie wtedy kiedy zawsze – przed urlopem!

Potrzebujemy go bardzo. Bardzo. BARDZO. To znaczy każdy go zawsze potrzebuje, ale tym razem jest to potrzeba silniejsza niż poprzednie. Urlopu zimowego znów jakoś nie było, po drodze wydarzyły się jakieś dwa tygodniowe. Lila przestała być cichutką dziewczyneczką i czasami potrafi dać porządnie w kość. Czas się oderwać. Read More