Image

Emigracja

Adieu…

Właśnie kątem oka zerknąłem na pewną liczbę na blogu i okazało się, że to… setna notka. No proszę, kto by się spodziewał. A dopiero co zerkałem na pierwsze notki pamiętające gdy strona ta była po prostu stroną ślubną 🙂 ale koniec rozczulania się. Do pióra!

Lubię urlopy. Kto ich nie lubi? Ano te osoby które muszą wziąć wolne, aby wcale wolnego nie mieć. I tak jest właśnie tym razem. Read More

Tydzień w macierzy

Dokładnie tydzień temu spędzałem ostatni dzień w Szwajcarii. Może nie do końca ostatni, bo będę tam jeszcze w następny weekend, a potem pod koniec marca, ale to w biegu, bez Denisa, nie liczy się. Zmieniłem już „Home city” na Facebooku, więc następne wyjazdy będą wyjazdami turystycznymi. Jestem już tu, w Polsce. Dziś telegraficznie. Ze zmarzniętymi palcami. Read More

To ostatnia niedziela…

dd-9.jpgLubię teraźniejszość. Nawet bardzo. Przeszłości zmienić nie możemy, a przyszłość jest tylko mieszanką nieskończonej ilości opcji i wielką niewiadomą. Teraźniejszość jest tu i teraz. Nauczyłem się ją lubić dawno temu, gdy podczas kolejnych już wakacji pomyślałem: korzystaj! Teraz! Właśnie teraz! Za miesiąc będziesz siedział w ławce.
Dlatego carpę djem dość często. Djem i djem, korzystam, uświadamiam sobie i chłonę rzeczywistość. Tak jest właśnie teraz. Teraz, gdy jeszcze jestem w Szwajcarii, gdy przeżywam ostatnią niedzielę tutaj – tak, w najbliższą sobotę wyruszam w wielką podróż w kierunku Polski. Tym razem terminalną.

Read More

Don’t you cry tonight

Ja wiem, że piosenka którą postanowiłem nazwać dzisiejsza notkę jest zupełnie o czymś innym, ale słowo „płacz”, czy „ryk” w każdym możliwym języku, jest nam ostatnio szczególnie bliskie. To właśnie dlatego tak długo nie pisałem – zbierałem się do napisania notki już od co najmniej dwóch tygodni. Ale niestety albo nie miałem czasu, albo siły, albo po prostu weny. Albo też to o czym chciałem napisać zmieniało się zupełnie – bo nasze życie i samopoczucie zmienia się jak poczciwy człowiek w wilkołaka, czy jak dr Jekyll w Mr Hyde’a. Czyli tak jak Franek z grzecznego, słodkiego aniołka w bachora którego chce się wystawić na dwór, żeby mieć chociaż chwilę ciszy.

Read More

Szum Biały

„rodzaj szumu akustycznego (a ogólniej: wszelkiego rodzaju szumów – sygnałów o przypadkowo zmieniających się w czasie parametrach, w tym sygnałów elektromagnetycznych, a także – np. w ekonomii – wahań kursów walut albo akcji na giełdzie, w demografii – wahań liczby ludności itp.) o całkowicie płaskim widmie; nazwa wyprowadzona przez analogię do światła: światło białe to de facto szum elektromagnetyczny mieszaniny wszystkich możliwych barw o całkowicie płaskim widmie w zakresie widzialnym.”

Czemu o tym piszę? Za chwilę. Read More

Myśli garść

Zbieram się. Powoli ale się zbieram. Minął juz prawie tydzień, a dla mnie to chwile dopiero. Powoli ogarniam myśli i próbuję sobie wszystko uporządkować.

Opada cała wrzawa – być musiała bo taki jestem. Radością każda muszę się dzielić – tak mają ekstrawertycy i jest to dla nich naturalne jak oddychanie. Podczas kiedy Wy, zamknięci do środka introwertycy, lubicie w ciszy i spokoju napawać się czymkolwiek, dla nas zamykanie się w sobie z radością, jest jak kichanie z zamkniętymi ustami. Coś z nosa wyleci, wiatry zafurczą z wysiłku, o i tyle radości tylko dlatego że kichnąć głośno nie chciałeś. I po co? 🙂

Read More

Hello World!

7839Wszystko zaczęło się ze szwajcarską dokładnością, a może raczej pruskim drylem 😉 Termin porodu znany nam od wielu miesięcy – 14 grudnia, wreszcie nadszedł. Tego właśnie dnia mieliśmy zaplanowane badanie. Niestety o 8 rano – trudno jest wcisnąć się z wizytami pod koniec ciąży, kiedy są już dość częste. Wiem, wiem, dla większości z was to nie jest jakaś hardkorowa godzina, ale my, rozpuszczeni zupełnie, do tej pory budziliśmy się właśnie o tejże godzinie. Tym razem obudziliśmy się o 5. Najciekawsze było to, że obudziłem się też ja, może czując podświadomie co ma się wydarzyć.

Read More

Czekając na Godota

Godotem oczywiście jest Franek. Franciszek. Syn nasz.

Siedzimy i czekamy. Właściwie siedzimy, leżymy, sprzątamy, jemy i oglądamy TV. Głównie Pitbulla. Ściągnąłem wszystkie 3 serie i oglądamy jeszcze raz. Tacie bardzo się podoba, a dla nas to najlepszy polski serial – ever. Read More

Listopad miesiącem oszczędzania

Ile można się oszukiwać? Lato nie wróci na pewno. To stało się jasne pod koniec października, przestałem się łudzić. Pozostało nam długie czekanie. Czekanie w domu – z kilku powodów.

Po pierwsze mobilność Marysi zmniejsza się z każdym dniem. Po drugie nasz samochód nadal tkwił w piwnej stolicy Europy. Po trzecie wszędzie panoszy się grypa – czy to ludzka, czy świńska. A Genewa miastem międzynarodowym jest, więc ryzykować zbytnio nie chcieliśmy.

Read More

Gotujemy!

Zapraszam do mojej książki kucharskiej 🙂

http://gookbook.glogg.pl

Home sweet home (Alabama)

Dopiero co wygrzewaliśmy się w ogródku i odpędzaliśmy od os które upatrzyły sobie naszą winorośl, a już i jesień staje się historią. Coraz więcej liści zamiast na okolicznych drzewach znajduje się w naszym ogródku, deszcz rozmiękcza nasz trawnik, a rtęć w termometrze coraz bardziej opada z sił. Witryna „Steigmaier i synowie” zmieniła wystrój na jesienny, żeby kilka dni temu wypełnić się czerwienią, bielą, zielenią i migającymi lampkami choinkowymi. Read More

Ich habe es eilig und mein Wagen ist kaputt!

7394

Niemieckiego uczyłem się już dość dawno, bo jakieś 15 lat temu. Kilka ładnych lat nauki, prawdę mówiąc z dość małym przekonaniem – ani to nie był do końca mój wybór, ani wielkiej sympatii do tego narodu nigdy nie czułem. Nie, nie zrozumcie mnie źle, nie mam za złe rodzicom, wręcz przeciwnie – cieszę się bardzo że się go uczyłem, zresztą zaraz się dowiecie dlaczego. Po prostu nie sądziłem że potrafię jeszcze cokolwiek po niemiecku powiedzieć – ot kilkaset lekcji, nudnej gramatyki i powtarzania zdań. A jednak…

Read More

Doublesoo

5924 Choć tak naprawdę nasze wakacje rozpoczęły się (i zakończyły w klasycznym słowa znaczeniu) już w czerwcu, to mini przyjazdy i wyjazdy trwały przez całe dwa upalne miesiące. Pierwszym z nich był przyjazd dwóch Suchych, czyli Soo i Piotrka Su* wraz ze swoimi żonami/kobietami 🙂 Wreszcie! Tak, tak pisałem już nie raz że jeśli mam na coś narzekać w Szwajcarii to własnie na brak znajomych.

Read More

Back to the future

Od ostatniego wpisu minęło już tyle czasu, że właściwie wcale nie zdziwiłbym się, gdybyście po prostu postawili na mnie krzyżyk i zdecydowali że nie będziecie odwiedzać az tak bardzo zaniedbanego bloga. Dwa miesiące, które zawsze były tymi najbardziej cennymi – wakacje. Może to dlatego właśnie ogarnęło mnie takie straszliwe lenistwo i rozleniwiony strasznymi upałami zupełnie opuściłem się w informowaniu was o moich whereabouts?

Read More

My home is…

…where my heart is. But where is my heart?

Ciągle myślę że w Polsce. Ale wystarczą dwa dni w stolicy i zaczynam mieć wątpliwości. Nie sądziłęm, że będe chciał wrócić do Genewy, a jednak…

Po pierwsze musze wam drodzy czytelnicy przyznać się do jednej dość dziwnej rzeczy. Otóż jedną z moich wewnętrznych sprzeczności (których mam tak wiele, że czasami w myślach bratam się z Hemingwayem i zastanawiam się czy nie cierpię na chorobę dwubiegunową) jest jednoczesne umiłowanie porządku i prostoty i jednoczesna niemożność jego utrzymania. Doszedłem już w sumie do etapu pogodzenia się z tym faktem (a żona dbająca o porządek i wyjazd d Genewy pomógł mi trochę w jego utrzymywaniu). Ale doszła do mnie jedna rzecz – dość nagle i dość mocno.
Read More

Kocha, nie kocha, kocha, nie kocha

Nie, ten wpis nie będzie o naszych miłosnych rozterkach spowodowanych upłynięciem Pewnego Czasu od naszych zaślubin. Nie to żeby ich nie było – w końcu każdy mężczyzna który wytrzymuje z kobietą w ciąży powinien dostawać pokojowego Nobla, ale to zupełnie inna historia i nie będę jej rozwijał, bo spowoduję jeszcze zaognienie na PEwnych Frontach 😉

Będę pisał o Polsce. Nie jakoś patetycznie i wzniośle, choć prawde mówiąc mam wrażenie, że na obczyźnie wszyscy prędzej czy później stajemy się romantykami.

Read More

Bon bon

tophatPisałem już o grzeczności Szwajcarów nie raz. Pisałem na początku, pisałem później gdy nadal nie przestaje mnie zadziwiać. Musze napisać natomiast jeszcze o jednej rzeczy bo ona ciągle nie daje mi spokoju. A mianowicie o różnorodności grzecznościowych form.

Dla kontrastu i wsadzenia buta w butonierkę (ha! jednak trochę uważałem na polskim!) powiem wam, że przecież nasz polski język też bogatym w formy jest niewątpliwie. Pamiętam jak swego czasu Niemcy dziwili się niepomiernie, że mamy aż tyle określeń na oddawanie moczu (stąd też niezapomniane tłumaczenia takie jak „Druck stabilisieren”, czy „sich mit Fluss verbinden”).

Read More

Le jardinage

DSC_5060.jpgMaj w pełni. Wystawa w warsztacie „Steigmeier i synowie” nie zmienia się co prawda aż od wielkanocy (co jest wielkim zaniedbaniem, w końcu była już wystawa jesienna, zimowa, bożonarodzeniowa, walentynkowa, wiosenna i wielkanocna), ale jest coraz cieplej. Co ciekawsze połączenie górskiego klimatu pobliskich Alp i łagodnego klimatu tworzonego przez olbrzymie jezioro jest całkiem przyjemne. Nawet jeśli jest gorąco, to co jakiś czas powieje chłodniejszy wiaterek, a bakterie zabite są chyba w ogóle. W Polsce – jak słyszałem – wszyscy chorzy, a tu nic. Nawet ja, chorowity grypowo tutaj jestem zdrowiutki. A może to dlatego, że chodze na siłownię i się wysypiam? 🙂

Z Marysią wszystko ok, oprócz tego że się bardzo męczy i bywa jej niedobrze. Ale to chyba nic w porównaniu z tym co może się dziać (a znam z opowieści, czy opowiadań siostry). Czekamy na kolejne USG 2 czerwca.

Read More

I want to be BIG!

Był sobie kiedyś taki film z Tomem Hanksem. Nazywał się „Big”. W sumie chyba nigdy nie widziałem go w całości, bo to były czasy kiedy oglądałem o wiele więcej trailerów niż filmów – tylko trailery były odkodowane na Teleclubie i innych kanałach satelitarnych. Trailer do „Big” widziałem milion razy. Pewien chłopiec mający dość problemów bycia dzieckiem (eh, głupek!) podchodzi do maszyny spełniającej życzenia, wrzuca monetę, mówi „I want to be big!” i… budzi się następnego dnia jako Tom Hanks 🙂 Abstrahując może od samej atrakcji zbudzenia się jako Tom Hanks (do głowy przychodzi mi od razu milion możliwości jak to wykorzystać) (nie, Soohy, nie w ten sposób), sama idea stania się dorosłym nigdy specjalnie mnie nie pociągała – może dlatego w końcu nie widziałem tego filmu? To znaczy owszem, marzyłem o tym żeby skończyć tą durną edukację (tu miałem rację, polska edukacja to dno), marzyłem o tym, żeby mój zarost rósł równo i gęsto i o jeszcze kilku innych rzeczach 🙂 Ale wiedziałem w sumie że nie chcę bardzo się zmieniać, że nie chcę być sztywniakiem, dorosłym, poważnym człowiekiem.

Read More

With a little help from my friends

4302

Jeśli miałbym opisać Genewę jednym przymiotnikiem byłoby to słowo „zielona”. Genewa jest po prostu bardziej zielona niż jakiekolwiek inne miasto które znam. Szczególnie teraz, gdy kwiaty przekwitają a ich miejsce zajmują liście. Wszystko stało się bardzo szybko – mlecze, które znam właściwie z weekendów majowych, tu rozkwitły już dwa tygodnie temu, a teraz – choć jeszcze kwiecień – część zamienia się w dmuchawce. Wiosna natchnęła mnie tak bardzo, że kupiłem soczewkę makro +4 – mogę sfotografować nawet oczy muchy 🙂 Parki są dosłownie wszędzie, a tam gdzie ich nie ma rosną drzewa. Głównie platany, choć oczywiście nie tylko. Pełno żywopłotów – cisy, tuje, graby. Na każdym rondzie klomby z bratkami, w każdym ogródku irysy, tulipany. Bajka.

Read More

Ciepło, ciepło, gorąco.

Wiosna pełną gębą. Nie pisałem dość długo z prozaicznego powodu – dziwnym trafem nie miałem dostępu do mojego serwera – tylko stąd (inni widzieli serwisy) i tylko do tego. Panowie z superhosta naprawili sprawe i znowu mogę pisać.

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu, a pogoda zrobiła się całkiem wiosenna – na tyle, że można już chodzić w cienkich sweterkach, lub na upartego w tshircie. Własnie siedzę w ogródku, dochodzi 20.00, a na dworze wciąć 20 stopni. Lubię wiosnę i jesień – jak ostatnio pisałem – bo trochę się za nimi stęskniłem. Ostatnio zima dość ostro przechodziła w lato – kwiecień jeszcze trochę mroził, a potem nagle maj wybuchał upałami. Na jesieni „Indian Summer” przeradzał się bezpośrednio w zimną pluchę. Tu – jeśli czytaliście – rozkoszowałem się jesienią tak długo, az po raz pierwszy w życiu jesiennie widoki i koloryt liści po prostu mi obrzydły.

Read More

Wiosna

Obudziłem się o 8.20, choć dziś sobota. Byłem pewien, że jest znacznie później, ale promienie słońca wpadające przez nasze okno nad łóżkiem skutecznie przekonały mnie, że trzeba wstawać. Reszty dokonał Denis – nigdy nie budzi nas pierwszy (chyba że dolne piętro jego piramidy Maslowa da o sobie znać), ale gdy tylko wyczuje że się budzimy – rusza do akcji.

Za oknem rzeczywiście słońe i błękitne niebo. Oczywiście temperatura ma się nijak do tego, do czego przyzwyczaiło nas Cabo Verde, ale to też ma swoje zalety. Lubię wiosnę. Może dlatego, że wychowałem się w takiej a nie innej strefie geograficznej – nie wiem czy mógłbym żyć na stałe tam gdzie rok dzieli się tylko na porę suchą i deszczową. Lubię ją chyba nawet bardziej od upalnego lata i cieszącej oko jesieni. A napewno bardziej od zimy. Zimy to generalnie w ogóle za bardzo nie lubię.

Read More

Gorąco i mokro

3207

Nie, nie, to nie to o czym myślicie 😛 Ale po kolei.
Weekend jak to weekend – zaczął się w sobotę. Wtedy to mieliśmy pojechać na narty do Avoriaz. Tylko że tym razem na jeden dzień. Postanowiliśmy zostawić Denisa w hostelu dla psów – warunki tu są całkiem dobre a i cena rozsądna. Rano , jeszcze niczego nie podejrzewając , zawieźliśmy Denisa. Problemy zaczęły się chwilę później – mój brzuch zaczął wydawać dość dziwne odgłosy. Nic nie przejmując się ruszyliśmy w stronę granicy francuskiej. Zaraz za granicą poczułem że jednak wszystko w porządku nie jest. Niestety dostałem rostroju żołądka i to naprawdę niesamowicie ciężkiego. No nic – nie ma co wracać, pojechaliśmy do apteki, kupiłem odpowiednie leki i pojechaliśmy dalej. Czułem się dość dziwnie, trochę jakby mnie coś rozbierało (nie, niestety nie była to moja żona). Kiedy dojechaliśmy na miejsce wiedziałem już że z nart nici. Byłem strasznie osłabiony i choć dolegliwości chwilowo ustąpiły, to cały się trząsłem i miałem chyba stan podgorączkowy. Pozwoliłem jednak Marysi nacieszyć się śniegiem (ta to ma męża!) i przespałem się w samochodzie. Około 17 byłem juz pewien że mam gorączkę, więc poprosiliśmy Bartka, aby prowadził samochód w drodze powrotnej.

Read More

Koniec wakacji

Tak, wiem, wiem, wiem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Moje lenistwo spowodowało, że nie napisałem nic od… nawet nie chcę liczyć od kiedy. Dziękuję za popędzanie – to rzeczywiście …
Read More

Jingle bells

2983

Mokro i mroźno na przemian. Biało. Liści na drzewach już praktycznie nie ma.

Tak to prawda. Od ostatniego wpisu minęły prawie trzy tygodnie. Co mam na swoje usprawiedliwienie? Pewnie nic 🙂 Dziękuję wszystkim tym, którzy upominali się o wpisy, dzięki temu wiem, że ktoś to czyta 🙂

Read More

Assasin’s Creed

Są różne sposoby na to aby przestać czuć się w nowym kraju jak turyści. Mogą one być powiązane z zakupem domu, z jego urządzeniem, czy choćby… ze zderzeniem się z rzeczywistością przy jego okradnięciu. I to właśnie się nam wydarzyło.

Szwajcaria zawsze jawi się jako kraj mlekiem i miodem płynący. To prawda – dobrobyt, wysoki poziom życia, taksówkarzom czasami az nie chce się gdzies jechać – bo po co. Wszystkie zawody o nizszym statusie sa zapełnione przez Portugalczyków. Do tego nasz postkomunistyczny sen o „wspaniałym zachodzie” i sprawa gotowa. Co prawda znajomi tu mieszkający opowiadali nam o złodziejach, ale nie chciało nam się w to zbytnio wierzyć. Tzn mówili prawdę, no ale NAS? Eee.

Denis obudził się razem z dzwonami – o 7 rano. Po jego siku nie zamykami drzwi , bo to już dzień. O 7.15 zaczął niespokojnie się wiercić – myśleliśmy że chce siku. Przygarnąłem go do siebie i chciałem spać dalej. Wtedy usłyszałem hałas na dole.

Read More

Zjadłszy śniadanie

Uczę się francuskiego. To chyba już wszyscy wiecie. Mam dwa miesiące niczym nie zakłóconego spokoju i oczekiwania na permit – pozwolenie na pobyt. Bez tego właściwiie wszystkie moje starania o pracę są bezcelowe, a firm jest na tyle mało, że nie ma sensu marnować okazji. Zeby kompletnie nie zgłupieć postanowiłem, jak już pisałem, uczyć się francuskiego dwa razy dziennie. O 9 rano i o 15.

Lekcje te wyznaczają mi mój rytm dnia – czuję się trochę jak student. Rano zawsze zastanawiam się czy aby był to najlepszy pomysł, przecież mogę mieć lekcję o powiedzmy 10, albo nawet 11! Ale potem wiem że to całkiem dobry pomysł. Budzę się razem z Mary, idziemy razem do wujka Proktera i cioci Gamble, tam mam lekcje. Nie śpię za długo, mam co robić. Read More

Denis the Menace

2944

Wszystko zaczęło się od doła Marysi. Ot taki sobie dół – może zawirowanie kobiecego pierwiastka (który zapewne nigdy nie zostanie odkryty), a może „culture shock” – nie wiem. Fakt, że zaczęliśmy zastanawiać się nad psem.

Pies powinien być mały, żeby można go było zabierać ze sobą, także do samolotu, ale z drugiej strony oczywiście „z jajem”. Marysia po krótkim polowaniu internetowym upatrzyła sobie rasę Cavalier King Charles Spaniel. Całe szczęście dość szybko wybiłem jej to z głowy (oczywiście w tym miejscu przepraszam wszystkich wielbicieli tej rasy i wogóle, ale ja po prostu miałem spaniela no i wiem że mistrzami intelektu to te psy nie są, o.). Próbowaliśmy jeszcze trochę powybierać pomiędzy różnymi ciułała i innymi gryfonikami, aż w końcu zwróciliśmy się z pomocą do… no kogo? Wymienionego już po raz 3 na tym blogu Kowlaka! Który poza niezliczonymi swymi zaletami (niektóre z nich sa nawet bardziej, niż jego następc…. eee nieważne 😀 ) zna się na psach. Polecił nam szorstkowłosego teriera, ale my wybralismy krótkowłosego Jack Russell Terriera. Jeśli ktoś nie wie to właśnie ten pies z Maski z Jimem Carreyem. Mały, krótkowłosy, walnięty, z ADHD. Zupełnie jak ja 😀 Read More

Independence Day

2866

Na 90 lecie niepodległości przylecieliśmy do kraju. Wizyta niestety dość krótka, ale intensywna. Najpierw dwa dni w górach, a potem odbiór Denisa. Ale o nim później.

Przylot do Polski odbył się bez przygód. Zresztą przygód nie ma żadnych, życie na modłę Szwajcarską jest już nam tam bliskie, że z pokora przyjmujemy kolejne takie same dni. Jesień wydłuża się niemiłosiernie – właściwie nigdy nie sądziłem, że może być jej aż tyle. W Polsce jesień zawsze trwała zbyt krótko – już we wrześniu było zimno, październik bywał mroźny, a listopad to gołe drzewa i przymrozki. Tu jest zupełnie inaczej. Ale to o Polsce miałem pisać…

Read More

Saga O Ludziach Lodu

2749

Nie, nie o Szwajcarach. O wikingach oczywiście. Ale to za chwilę 🙂

W Szwajcarii nie dzieje się nic wielkiego. Ot – kolejne deszczowe dni przyprawiające o jesienną deprechę. Niestety na słońce i śnieg nie ma co liczyć – Genewa położona jest w dolinie, tu głównie mży, mrozów brak, śniegu brak. Ze słońcem problemy. Przynajmniej zimą… Aby nie zgłupieś do reszty kupiliśmy Playstation 3, niedługo przylatuje z nami Denis. Będzie wesoło 😀

Read More

Plucha

Pada. Wydaje się, że pada od zawsze, choć to kilka dni dopiero. Ale non stop, bez najmniejszej przerwy. Nie żadna ulewa, wichura, czy burza. Zwykły, nudny, powolny i nieubłagany deszczyk. Wszystko jest szare, mokre, smutne. Ogródek – w pół przekopany – przypomina bajoro, ulice, które jeszcze niedawno mieniły się kolorami jesieni teraz spływają deszczem. I tak może być… aż do późnej wiosny.

Srednia perspektywa :/

Read More

Home sweet home

Powoli przestaję czuć się tu jak turysta. Co prawda nie minęły jeszcze nawet 3 tygodnie (a tyle byłem maksymalnie za granicą do tej pory – w Angli, Hiszpanii czy na rejsie we Włoszech), ale w końcu to nie jest wyjazd turystyczny.

Przede wszystkim ogarnęliśmy już większość rzeczy w domu. Zaczyna to rzeczywiście przypominać przytulny domek, a nie pomieszczenie z  żarówkami wystajacymi z sufitu.

Read More

Jesień idzie, nie ma na to rady

2535|150

Minęło już 9 dni od ostatniego wpisu, choć dla mnie to dopiero chwila. Czemu? Ano tu wszystko dzieje się wolniej. życie w Petit Lancy płynie bardzo powoli i w niczym nie przypomina tego które zostawiłem w Warszawie. Na przywiezienie mebli z Ikei czeka się tydzień, w banku można czekać 10 minut aż zjawi się obsługująca pani. Po prostu nie ma po co się spieszyć. Czyżbym miał nauczyć się życia powoli? JA?

Read More

Tysiąc mil, tysiąc mil…

Była kiedyś taka piosenka, zresztą trochę głupio przetłumaczona z Hundred Miles.Głupio, bo tłumaczowi miało pasować rytmicznie, a że z setki zrobił się tysiąc… To już nieważne 😀

Nieważna też dla meritum jest ta piosenka, tym bardziej że my rzeczywiście przejechaliśmy tysiąc mil. Ale to za chwilę.

Read More

Jedzenie i ludzie

Zanim zacznę, jeszcze kilka słów o ruchu drogowym. Nadal nie mogę wyjść z podziwu jeśli chodzi o płynność ruchu. Tu naprawde wpuszcza się każdy jadący z boku samochód. Po prostu …
Read More

Pierwsze wrażenia

Obiecałem sobie że nie będe bezkrytycznie zachwycał się wszystkim. Na pewno jest czym się zachwycać, ale musze przecież zachowac równowagę. O takie sklepy na przykład czynne są tylko do 18.30. …
Read More

Genewa – przyjazd

No i (Górecki nie zaczynaj zdania od "no i"!) jestem na obcej ziemi. Prędzej niż przypuszczałem. Nie będę jednak accountem zdalnie – będę zajmował się nowymi klientami i tworzeniem strategii …
Read More

Genewa – wstęp

Na starcie winien jestem jakieś intro. Propozycja emigracji padła już jakoś w marcu. Nie była to decyzja łatwa – szczególnie dla mnie. Może wydawać się to dziwne – w końcu …
Read More