Spadła. Musiała ześlizgnąć się jakoś ze schodów, upadła na twarz i rozcięła sobie wargę. Była już północ, imprezowaliśmy w ogródku, gdy ktoś usłyszał jej płacz. Pobiegłem do domu co sił w nogach i zobaczyłem ją stojącą koło schodów z piżamką całą we krwi. Białe kafelki wokół niej były też całe nią umazane. Serce stanęło mi na moment – to jeden z tych momentów, w których doświadczam czym jest nieskończoność, bo nie jestem w stanie wyobrazić sobie ogromu troski, miłości, czy poświęcenia dla jakiego byłbym zdolny, by wszystko z nią było w porządku. Zresztą nie tylko z Helą – to całkiem oczywiste, że czuję to do każdego z dzieciaków.

Nic się jej nie stało. Na szczęście. Rozcięta warga od środka – pewnie zagoi się za tydzień. Mocno krwawiła, pewnie trafiło na jakąś żyłkę. Zresztą widok krwi na tej małej piżamce założonej na małe, słodkie nóżki, na kochane rączki, na małe ciałko – nie byłem, no nie byłem nigdy w stanie wyobrazić sobie tego co stanie się ze mną po zostaniu tatą. Kocham to małe stworzonko tak bardzo, że na samą myśl, że coś jest nie tak, pęka mi serce.

Po chwili pojawiły się wyrzuty. Dlaczego nie było mnie obok? Choć przecież było późno, powinna była już spać. Ale gdybym był obok? Może bym złapał? Zrobiłbym cokolwiek? Dlaczego mnie tam nie było?

To normalne. Jesteśmy odpowiedzialni za te małe ssaki – nazywajmy to olbrzymią miłością, czy zwierzęcym instynktem – zrobimy dla nich wszystko. Ale czy to znaczy, że musimy być ciągle obok? Przecież nawet gdybym siedział blisko schodów – czy byłbym w stanie cokolwiek zrobić? Ochronić ją? Czy zdążyłbym odwrócić głowę? Pewnie nie.

Będzie się działo. Na pewno coś będzie się działo. Mały szkrab nie zaczął nawet chodzić, gdy przez nieszczęśliwy wypadek złamał nogę. A to przecież nie koniec. Przypominam sobie swoje historie i wiem, że nie jestem przecież żadnym wyjątkiem.

Rozciąłem, sobie głowę – pamiętam to jak przez mgłę, bo miałem niecałe trzy lata. Zostaliśmy z babcią – podobno skakaliśmy po tapczanie i otworzyła się jedna z szafek. Uciekałem bo nie chciałem wody utlenionej, brudząc całą ścianę. Babcia siedziała obok.

Gdy miałem nieco ponad trzy lata sięgnąłem po nóż stołowy – chciałem podać sztućce do stołu. Strąciłem na siebie stojącą na nim gorącą herbatę. Wrzask, płacz, objęcia Dziadka. Wizyta w szpitalu – nic się nie stało, nie ma śladów. To była sekunda. Rodzice byli obok.

W drugiej klasie siedziałem koło Taty na barierce, jedliśmy zapiekanki.
– Michał, nie siadaj tak, spadniesz do tyłu.
– Na pewno nie spadnę!
Fik do tyłu, głowa o kamień, rozcięcie, masa krwi, Tata niesie mnie na rękach do szpitala – dwa szwy. Był obok. I co z tego?

Moja siostra, Marta. Dwa razy wybite jedynki. Może dlatego została dentystką? 🙂 Raz na placu zabaw, na „smoku”. Drugi raz u nas w ogródku, przewróciła się i wyrżnęła w metalową kratkę – jedyny twardy przedmiot na całym trawniku. Najpierw mleczne, później stałe. Sztukowane do tej pory. Kto mógł to przewidzieć? Kto mógł zapobiec?

A potem jeździłem na obozy harcerskie. Do lasu. Bez rodziców. Mogło wydarzyć się milion gorszych rzeczy. Wydarzyło się w sumie niewiele – ot zdarta skóra na rękach, i może jeszcze jakieś obtarcia – ale po czasie zdaję sobie sprawę, że większość wydarzyła się w domu lub obok rodziców.

Kusi. Cholernie kusi, by być helikopterem. By chronić. By roztoczyć niewidzialną barierę, odizolować, zamknąć w złotej klatce i karmić owocami, jak śpiewała Nosowska. Ale przecież to bez sensu.

Bez sensu, bo to nic nie da. Nie pomoże. Nic nie zmieni. Chociaż nie, zmieni. Dużo zmieni.

Zmieni tyle, że wychowamy dziecko pod kloszem. Że gdy wreszcie wyjdzie na pierwszą imprezę, że gdy wydarzy się pierwsze cokolwiek – nie będzie wiedziało co robić. Bo rodzic zawsze był, a nagle go nie ma. Nie będzie gotowe, nie będzie przygotowane. Wyrządzimy mu tym jeszcze większą krzywdę – może z miłości, może z troski – nieważne.

Pozostaje nam tylko kłaść jak najwięcej do głowy. Pakować bagaż mądrości, wpajać wartości, licząc na to, że będzie samo wiedziało co zrobić w takiej czy innej sytuacji.

I pogodzić się z tym, że COŚ NA PEWNO SIĘ WYDARZY. Bo się wydarzy. Statystyka. Jak bardzo by to nie bolało.

Bo boleć będzie. Bo dobrze już wiem, że nie będę mógł zasnąć, gdy wypuszczę ich na imprezę, gdy pojadą gdzieś sami, bez opieki. Gdy się wyprowadzą. Już zawsze. Jak moi rodzice, którzy boją się o mnie, choć skończyłem 40 lat. Jak moja Babcia, która bała się o Tatę, nawet wtedy gdy miał już wnuki.

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Ale jeśli chcesz dobrze, w przecież chcesz dobrze – nie bądź helikopterem latającym ciągle nad dzieckiem. Wyrządzisz mu tylko krzywdę.