Obudziliśmy się jak zwykle po szóstej. Najpierw budzi nas zawsze łagodna playlista ze Spotify, kilka minut później w oknach podnoszą się rolety. Gdy to nie pomoże – prędzej, czy później przybiegną do nas trzy budziki. Dzieciaki budzą się nieco wcześniej, ale to przestało już stanowić jakikolwiek problem. Dziś nie stanowiło żadnego.

Franek wstał, umył się, wybrał sobie ubranie, ubrał się. Wziął przygotowaną dla niego kartę płatniczą, poszedł do sklepu. Kupił sobie mleko oraz rzeczy na drugie śniadanie. Wrócił do domu, zjadł płatki i zaczął przygotowywać sobie drugie śniadanie.

Lila wstała razem z Helą, poszła z nią do łazienki, posadziła ją na nocnik. Od naszego wyjazdu dwa tygodnie temu, Hela nosi już tylko majtki treningowe i raczej sika na nocnik. Lilka założyła swoje ubranie (przygotowane poprzedniego dnia) i wybrała ubranie dla Heli. Hela sama założyła bluzkę, z resztą ubrań pomogła jej starsza siostra. Gdy jest jeszcze chwila – dziewczyny też jedzą płatki – przygotowuje je Franek lub Lila. Przypomnę – Franek ma 7,5 toku, Lilka 5,5, Hela 2,5. Prawdę mówiąc nam tylko pozostało umycie się i odwiezienie dzieciaków do żłobka, przedszkola i szkoły.

Czy tak jest codziennie? Cóż, tak dobrze nie było jeszcze nigdy, choć przez ostatnie miesiące Mary zajmuje się rano tylko Heleną, choć jak widać i tu powoli będzie coraz lepiej.

Czy dziś chcę napisać o tym, że fajnie mieć dużo dzieci, bo się sobą zajmują? Tak, fajnie, choć ja nie o tym. Ja o samodzielności. Czy jestem dumny z siebie i chwalę się tym publicznie? Nie, nie o to chodzi. Jestem dumny z dzieciaków. Z nas – trochę. Bo wiecie, to nie jest jakieś arcytrudne osiągnięcie. W dużej mierze osiąga się je jednym – nieprzeszkadzaniem. Tego naprawdę nie trzeba w nich wmuszać. Wystarczy nie przeszkadzać. I tylko czasem pomagać. Ale nie za bardzo.

Dzieciaki kochają samodzielność. Od najwcześniejszych miesięcy życia są dumne z tego, co uda im się zrobić samemu. To trochę śmieszne, że tak bardzo chcą być dorosłe, odliczają każde urodziny z dumą, podczas gdy my – w sumie niewiele później – zaczęliśmy raczej patrzeć na każde swoje urodziny ze strachem i przerażniem. Oni chcą być dorośli. Chcą być samodzielni.

Zwracamy uwagę na niewłaściwe rzeczy. Chwalimy się tym, że nasze dziecko zaczęło mówić już w wieku półtora roku, że zaczęło chodzić szybciej niż Antoś szwagierki. Tymczasem nie kojarzę zdrowego dorosłego, który nie potrafiłby chodzić, lub mówić. Dzieci i tak się tego nauczą. Warto jednak od najmłodszych lat ćwiczyć w nich samodzielność. Bo uwierzcie mi – widziałem wielu zdrowych dorosłych, za których wszystko robili rodzice. I którzy zostali w wielu względach totalnymi życiowymi pierdołami. Dzieci upośledzone społecznie, trzymane pod kloszem tak bardzo, że na samą myśl zniknięcia matki – jeszcze w szkole podstawowej – dostawały spazmów. Widziałem matki siedzące razem z dziećmi w klasie. Nie chcę oceniać pojedyńczych przypadków – są różne sytuacje, są różne wydarzenia, które wpływają na psychikę. Nie jestem zresztą specjalistą od tych spraw. Wiem natomiast jedno – widziałem w swoim życiu dziesiątki sprawnych i samodzielnych dzieciaków, a jako wieloletni drużynowy harcerski, do samodzielności niejednego dziecka się przyczyniłem.

O gotowaniu już pisałem 🙂

Pisałem już o tym nie raz – a problem ten dotyczy zazwyczaj matek, choć widziałem i takowych ojców – często mylimy potrzebę dziecka z jego zachcianką. Ale równie często mylimy potrzebę dziecka z… potrzebą rodzica. I choć nie należy bagatelizowac potrzeb rodziców, to należy mocno zastanowić się, co rzeczywiście da dziecku fakt, że fruwamy za nim jak helikopter.

Tak jest szybciej. Pewnie, że szybciej. My szybciej założymy buty, założymy koszulkę. My szybciej nakarmimy, my szybciej zrobimy kanapkę. Ale tu nie o szybkość chodzi. Przynajmniej nie zawsze. O sygnał „potrafisz, wierzę w Ciebie, doceniam Ciebie, zrób to sam”. O dumę, gdy się uda. Kiedy Franek w wieku 5 lat poprosił o metalowy nóż, odruchowo zaprotestowałem.
– Tato, w przedszkoly sami kroimy, od dawna.
No tak. W Montessori, które zrządzeniem losu jest bardzo blisko nas, dzieciaki naprawdę są samodzielne. Same decydują co w danej chwili robić – nie licząc zajęć grupowych. Franek w szkole sam wybiera co będzie robił danego dnia – planuje moduły, których chce się uczyć, a następnie… rozlicza się z wykonania planu. Matko, gdyby ktoś uczył mnie tego w czasach szkolnych…

Tak jest bezpieczniej. Przynajmniej tak nam się wydaje. O losie, ileż ja widzę matek-helikopterów na placach zabaw. Placach pokrytych tartanem, pełnym bezpiecznych zabawek. Ale przecież coś może się stać! Może, może. Oczywiście, że może. Ale nie zawsze dziecko przed tym uchronisz. Co będzie, gdy zniknie twój ochronny klosz? Ileż to razy uderzały w nas niczym sztylety – wzroki matek na placu zabaw, przerażonych tym, że beztrosko czytamy książkę zamiast być w gotowości z odpalonymi wszelkimi systemami monitoringu. Matek, które zrywały się przy upadku dziecka – jeszcze zanim zdążyło krzyknąć były w pół drogi. MÓJ BOŻE WOJTUSIU WSZYSTKO W PORZĄDKU?

W porządku. Wojtuś przewrócił się na piasek. A nawet gdyby przewrócił się na asfalt i starł kolano do krwi – mało to tych obtartych kolan mieliśmy? Mało skręconych kostek i siniaków? Naprawdę uda ci się dziecko przed wszystkimi ochronić?

Hela od początku uważała, że potrafi sama wyżywić się w lesie

Nie dostrzegamy prawdziwych niebezpieczeństw. Bagatelizujemy osiągnięcia nauki i nie szczepimy dzieci, a jeszcze niedawno choroby takie jak polio, czy odra zbierały straszliwe żniwo w wielu krajach na świecie. Wozimy dzieci bez fotelików, lub na tanich poddupnikach, które w przypadku groźniejszego wypadku mogą przyczynić się do śmierci, czy kalectwa. Ale tam, gdzie dzieciaki naprawdę mogą być samodzielne tak często je wyręczamy.

O obowiązkach też pisałem 🙂

Pamiętam dobrze, te umorusane, uśmiechnięte buzie gryzące podpłomyki z ogniska – na obozie, gdzieś w środku lasu. Piasek trochę zgrzytał w zębach, koszula była pognieciona i nieco krzywo zapięta, ale miało to swoją magię – nie było rodziców. Tęskniły za nimi – ja sam te dwadzieścia lat wcześniej tęskniłem, ale jednocześnie cieszyłem się tak bardzo z tej samodzielności. A potem szli spać na prycze, które własnoręcznie wyplotli – nigdy w życiu nie byli bliżej „jak sobie pościelesz tak się wyśpisz”.

Łapię się, ciągle łapię się na tym, że nie pozwalam, bo nie ma czasu.
Że nie pozwalam, bo ja zrobię lepiej.
Czasem nawet, na tym, że nie pozwalam, bo to niebezpieczne.

Ale walę się w myślach po łapach. Niech się uczą. Naturalnych konsekwencji. Tego, że potrafią sobie poradzić. Oraz samego radzenia sobie. I wiem, że w taki czy inny sposób na pewno im to się przyda.

Nam też. O ile mniej roboty rano! 🙂