Po co mieć dzieci?

Będę szczery. Pytania o sens posiadania dzieciaków nigdy sobie nie stawiałem. Nie wiem, po prostu miałem to gdzieś zakodowane. Nie to że nie mogłem się jakoś straszliwie tego momentu doczekać, ale było to dla mnie dość oczywiste – tak jak to, że kiedyś wezmę ślub, czy będę chodził do pracy. Podejście takie było dość powszechne w moim pokoleniu, prawda jest taka, że dzieci większości moich kolegów i koleżanek z klasy są starsze od moich. Jak już nie raz pisałem, biorąc ślub w wieku 30 lat miałem wrażenie, że to strasznie późno. Patrzę sobie dzisiaj na 30 latków i myślę, że trochę się to poprzesuwało.

To dobrze stawiać sobie takie pytania. W ogóle im więcej pytań sobie stawiamy tym lepiej – to znaczy, że myślimy, że rozumujemy, że rozkminiamy o co w tym wszystkim chodzi. A pytanie o posiadanie potomstwa – nie bójmy się tego – to pytanie niemalże o sens życia. Bo przecież fakt posiadania czy nieposiadania dzieciaków w dużej mierze zazwyczaj definiuje to, jak wygląda większość naszego życia.

Warning!

Zanim jednak powiem jak to wygląda z mojej perspektywy, jak zwykle słowo ostrzeżenia dla czytających zbyt szybko, czy też wiedzących co chcę powiedzieć, jeszcze przed przeczytaniem tekstu. Tu pewnie sporo takich osób będzie, jak znam życie. A więc jasno – nie kwestionuję decyzji o nieposiadaniu dzieci, każdy ma do niej prawo, są różne, różniste powody i szanuję to. Opisuję mooje przemyślenia, a mam moi drodzy ten komfort, że przeżyłem całą dorosłą dekadę swojego życia bez potomstwa, potem nieco czasu z psem, z jednym, potem drugim i na koniec (tak sobie myślę :P) z trzecim dzieckiem. Więc tak, mam szeroką perspektywę. Jeśli więc chcesz mi wykrzyczeć w nos „nie każ mi robić dzieci!!!” to siadaj, pała.

Żebyśmy nie wyginęli

Nie chcę zbytnio poruszać wątku poświęcania się i ocalania ludzkości. Choć przyznam, że w sytuacjach kryzysowych, po kilku nieprzespanych nocnych godzinach wmawiałem sobie, że te dzieci to moja misja ocalenia ludzkości, że dzięki mnie ludzkość przetrwa. Ale to tylko taka gadka samomotywacyjna – kiedyś podczas zabiegu na uchu bez znieczulenia, mówiłem sobie, że torturują mnie na wojnie, ale nic nie powiem. Pomagało.

Przede wszystkim to jest tak – szczególnie z nami facetami ale nie tylko – że często nie ma w ogóle potrzeby posiadania dzieciaków przed znalezieniem odpowiedniego partnera czy partnerki. To nie działa tak: „Potrzebuję potomstwa, więc muszę znaleźć samicę”. No nie, zupełnie. Przynajmniej w moim wypadku. Dlatego też zupełnie rozumiem osoby dla których dzieciaki są abstrakcją, osoby, które nie znalazły sobie kogoś na stałe. I znowu, da się, da się mieć nawet kilkoro dzieci z różnymi osobami, ale mnie o to zupełnie nie chodziło. Po prostu mieliśmy oboje wewnętrzne pragnienia stworzenia pełnej, kompletnej rodziny. Za taką uważaliśmy rodzinę z dziećmi. Można to czuć lub nie, można to rozumieć lub nie. Nie da się tego w kogoś wmusić. Ale nie o tej potrzebie miałem pisać. Chciałem dziś napisać – o tym, co z perspektywy czasu dało mi posiadanie dzieci.

Tak, „dało mi”. To takie dość egoistyczne podejście, ale specjalnie chcę napisać z tej perspektywy, gdyż słyszałem od wielu osób, że są zbyt egocentryczni by posiadać potomostwo, którym trzeba się opiekować. I owszem, trzeba coś z siebie dac, trzeba momentami dac nawet bardzo dużo, ale też dużo dostaje się w zamian. I o tym właśnie chciałem napisać.

Co na starość?

Owszem, można podchodzić do sprawy w sposób czysto utylitarny. Moje dzieci to zabezpieczenie na przyszłość. I jest w tym nieco racji – jeśli nic po drodze nie spieprzę, jeśli nie wychowam egoistów, jeśli sam nie będę zbytnim tyranem, to jest spora szansa, że na starość nie zostaniemy z Mary sami. Ja wiem, że każdy liczy na to, że na starość będzie miliarderem z własną wyspą, służbą i pełną opieką medyczną, ale nie oszukujmy się, 99% z Was nie będzie. To właśnie moja mama opiekowała się moją babcią w jej ostatnich miesiącach, pomagała jej i poświęcała naprawdę mnóstwo życia. To tata opiekował się swoją mamą przez ostatnie kilka lat i był z nią do ostatniej chwili. Człowiek w wieku dziewięćdziesięciu kilku lat naprawdę nie jest zdolny do samodzielnej egzystencji i tradycyjnie to właśnie rodzina była przy nim po to, by te ostatnie lata nie były odarte z ludzkiej godności. Pamiętam moją prababcię, mało już się ruszającą, leżącą w swoim drewnianym domku, stojącym nieco z boku zabudowań reszty rodziny. Opowiadającą niestworzone ilości bajek. Żyła sobie tam do końca swoich dni.

Wiem, wiem, to przecież odległe czasy, nie chcecie o tym myśleć. Ja w sumie też. Ale fakt faktem, że czasem myślę sobie o tym, że pewnie będzie nam łatwiej. Chociaż nie, ja przecież będe tym miliarderem 😛

Cofnijmy się więc do chwili obecnej. Co mogę powiedzieć o swoim życiu jako życiu Ojca? Co zmieniło się zupełnie w stosunku do tego co było kiedyś? Jest jedna rzecz, której jestem pewien i która choć do łatwych nie należy, jest czymś, czego nie pozbyłbym się za żadne skarby świata.

Moja skala emocji

Otóż to dość proste – od momentu gdy mam dzieciaki, ta wydłużyła się kilkukrotnie. Z jednej i drugiej strony. Do tej pory wiedziałem przecież co to strach, co to radość, co to miłość, co to troska. Dziś wiem, że ta oś wygląda zupełnie inaczej.

Każdy dzień to troska. To mnóstwo troski pomieszanej ze strachem – strachem, którego się już nigdy nie wyzbędę. Strachem o zdrowie dzieciaków – czy nie zachorują na nic poważnego, czy nic im się nie stanie, czy wyrosną na porządnych i szczęśliwych ludzi. Myślisz, że strach to przecież nic fajnego. I tak, i nie.
„Musisz spróbować gorzkiego, by docenić słodkie” 

brzmi jedna z ulubionych kwestii z Vanilla Sky. I ona jest jedną z moich ulubionych życiowych prawd. Życie bez wahań emocji byłoby nudne i nijakie. Wahań w obie strony, bo przecież to nie tylko strach. To mnóstwo radości. Dzieciecej radości odkrywania świata. Dopiero co sam go odkrywałem, pamiętam czasem co myślałem w zerówce, czy pierwszej klasie. Wydaje się, że to dopiero co, a tymczasem minęły od tego czasu już trzy dekady. Patrzę na dzieciaki i jaram się razem z nimi. Bo one potrafią cieszyć się drobnostkami jak mało kto. Łapią śnieg w usta. Biegają po letnim deszczu. Chlapią się w kałużach. Obserwują mrowisko. To wszystko gdzieś w nas zanika, a dzięki nim odkrywam to na nowo.

Dzieciaki to bezwarunkowa miłość

Oczywiście usłyszę jeszcze, że nie jestem prawdziwym ojcem, przeżyję co najmniej trzy razy nastoletni bunt, ale póki co doświadczam niesamowitej radości na sam mój widok. Nie muszę nic robić, wystarczy, że jestem. A mogę dac tak dużo – jestem dla nich oparciem, jestem wzorem, jestem skarbnicą wiedzy. Franek pokłócił naprawde poważnie w szkole – okazało się, że ktoś powiedział, że jego tata gra lepiej w gry niż ja. Wyobrażacie to sobie?! Nikt nigdy mnie tak bardzo w tym zakresie nie docenił 🙂

Sens

Wiem, że dla wielu osób wyda się to strasznie abstrakcyjne, czy wręcz patetyczne, ale przyznaję często, że dzięcki nim odnalazłem sens życia. Bo gdzie mam go szukać? W robieniu kariery w firmach obcych ludzi? W pomnażaniu własnego stanu posiadania i kupowaniu coraz droższych zabawek? Nie, to mnie aż tak bardzo nie kręci. Chcę być szczęśliwy i choć to temat na osobny, bardzo długi tekst, to właśnie realizowanie się w tym zakresie daje mi masę szczęścia. Może to jakiś pierwotny instynkt opieki nad słabszym stworzeniem? Nie gadaj, większość z nas go ma, niektórzy kupują po to zwierzątka, każdy właściciel zwierzęcia ma mniejsze lub większe poczucie opiekowania się nim (oprócz niektórych właścicieli kotów, którzy raczej są podopiecznymi swoich kotów ;).

Nie patrz na inne dzieci

Jeszcze jedna rada – gdy chcesz wyobrazić sobie jak to jest być rodzicem, nie patrz na obce dzieciaki. One raczej nie wzbudzą w tobie zbytnich emocji. No może w niektórych. W większości raczej nie. Nie dziwię się, że nie widzisz niczego słodkiego w małym, wydzierającym się bachorze, w obsranej pieluszce, czy płaczu. Nic dziwnego. Ale to tak nie działa. Jesteś w stanie zrozumieć to dopiero po urodzeniu się TWOJEGO dziecka. To największa sprzeczność w dziejach ludzkości, z jednej strony dzieci są czymś normalnym i powszednim, z drugiej strony twój klon (bo łechtasz też swoje ego widząc podobieństwa) jest dla Ciebie czymś zupełnie nadzwyczajnym.

Brak czasu? Błagam.

Tak, słyszę to, słyszę. „Nie mamy czasu.” „Jesteśmy zajęci sobą.” „Prowadzimy zbyt aktywny tryb życia.” I tak dalej. Szczerze? Większość osób, które tak mówią, prowadzi mniej aktywny tryb życia ode mnie. To takie tłumaczenie się przed samym sobą. Znam bezdzietne pary twierdzące, że są zbyt zajęte, w rzeczywistości spędzające całe wieczory przed telewizorem. Znam małżeństwa, które razem z dziećmi wyruszyły w podróż dookoła świata. To tak jak z osobami, które nigdy nie mają dla ciebie czasu – zazwyczaj nie są zbyt zajęte. Są zbyt mało zorganizowane. Ilu znajomych – takze tych bez dzieci – nie mogę wyciągnąć na spontaniczny wypad na miasto!

Owszem, czas się kurczy. Ale od samego początku można to ogarnąć. To kwestia dogadania się z rodzicami, czy teściami, a moze znajomymi. To kwestia tego, czy matka (zazwyczaj matka tak ma) nie ma przypadkiem totalnego pierdolca nie pozwalającego rozstać się z dzieckiem nawet na godzinę, nawet gdy dziecko ma 5 lat. To kwestia tego jak bardzo partnerski i dojrzały jest wasz związek. To kwestia wielu innych czynników – my z trójką potrafimy w jeden dzień podjąć decyzję o wyjeździe na karnawał do Wenecji.

Tak, jest mniej czasu. Jest mniej możliwości. Nie można po prostu wstać i wyjść z domu. Ale rzeczy, które mamy w zasięgu ręki powszednieją nam i brzydną. Wolna chata nie cieszy tak jak kiedyś. Bo mam ją codziennie. Naprawdę doceniliśmy wyjścia razem do kina, czy restauracji, gdy nie możemy tego robić codziennie. Wtedy naprawdę są czymś wyjątkowym.

A, że w to wszystko wkładamy więcej wysiłku? To też cieszy. Wyprawa w góry też wymaga więcej wysiłku niż leżenie przez dwa tygodnie plackiem na plaży. A sprawa mi znacznie więcej radości. Choć czasem pot zalewa mi oczy, nogi trochę bolą, a plecak ciąży.

Tak więc jeszcze raz – zupełnie nie neguję decyzji o nieposiadaniu dzieciaków. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że i bez tego można mieć mnóstwo zabawy, emocji, czy czego dusza zapragnie. Ja po prostu z perspektywy czasu i możliwości porównania obu stanów, mówię jasno – fajnie być głową rodziny. Fajnie mieć własną gromadkę, być tą osobą, która siedzi za kierownicą gdy jedziemy na wakacje. Przeżywać wszystko jeszcze raz, z drugiej strony. Być dyrektorem fabryki wspomnień i starać się, by były jak najfajniejsze. Tak, to lepsze od większości hobby i zawodów, którymi się parałem. Serio. I choć czasem jest gorzko, czasem bywa bardzo gorzko, to potem każda słodycz jest boskim nektarem.

A „Kocham cię” nigdy nie brzmiało tak szczerze. Wybacz żono, wybaczcie inne osoby, które mi dawno temu tak mówiły. Za tym zawsze kryło się tysiąc pytań – „czy tak bardzo jak ja, a może za bardzo, a może za mało, a może z jakiegoś innego powodu, a może nieszczerze, a może to gra”. A kiedy Lilka łapie mnie za brodę, patrzy w oczy i mówi KOCHAM CIĘ TATO, to jest to uczucie, jakiego nigdy w życiu nie doświadczyłem. Kolana miękną jak nigdy i myślę sobie, że było warto. Choćby tylko po to, by na skali emocji dotrzeć do tego właśnie miejsca.