Zmienia się. Wiele się zmienia. Technologia otaczająca nas zmienia się w tempie wykładniczym. 10 lat kiedyś nie znaczyło zbyt wiele, 10 lat dzisiaj to niemalże cała epoka. Ale zmienia się nie tylko technologia, zmieniamy się także my i nasze podejście do świata, do nas samych. Często powtarzam, że gdy ja brałem ślub 10 lat temu, w wieku 30 lat, miałem poczucie, że jestem ostatni na mecie. Większość moich znajomych rówieśników zdążyła wziąć ślub i doczekać się potomstwa. Dziś trzydziestoletni singiel nikogo nie dziwi.

Można oceniać to oczywiście na wiele sposobów, przy czym zazwyczaj w takiej ocenie staram się patrzeć na całość zjawiska, nie na poszczególne osoby. Bo przecież decyzja o wzięciu ślubu, czy posiadaniu dzieci może wynikać z miliona czynników i każdy ma do niej prawo. Trudno to jednoznacznie oceniać. Dziś jednak chciałbym na to spojrzeć z jeszcze innego punktu widzenia.

Może to kwestia tego, że żyjemy coraz dłużej, może to kwestia jakiejś świadomości i pewnego wyzwolenia ze społecznych oczekiwań. Nie wiem. Mamy do tego coraz luźniejsze podejście, widzę coraz więcej związków partnerskich (przecież nie powiem konkubinatów, bo to od razu oznacza flaszkę i bicie). Widzę coraz więcej par mówiących „dla nas to ok, nie mamy z tym problemu, nie chcemy brać ślubu”. Może nawet „nie chcemy się wiązać na stałe”.

I to jak już mówiłem nie jest samo w sobie złe – w końcu dorośli ludzie podejmują świadomie pewną decyzję, mają do tego prawo, chwałą im za to. Problem polega jednak na czymś innym. Problem polega na tym, że w wielu przypadkach widzę faceta mówiącego „nie potrzebujemy ślubu” albo nawet „nie chcemy się wiązac na stałe”. Lub nawet „nie chcemy mieć dzieci”. I kobietę stojącą obok, uśmiechającą się i niby przytakującą, niby zgadzającą się, ale prawdę mówiąc po jej oczach widać, że to nie do końca prawda. Mija rok, dwa, trzy i kobieta przytakuje coraz mniej, uśmiecha się w coraz bardziej gorzki sposób, a towarzyszący jej młodzieniec ciągle radośnie powtarza, że tak jest im lepiej, że tak luźniej, że po co jakieś formalności.

Nie chcę kusić się na ocenę ile jest takich przypadków, jak to się statystycznie rozkłada. Chcę mówić tylko o tych właśnie konfiguracjach – o kobietach potrzebujących jakiegoś poczucia stabilizacji i ich beztroskich Piotrusiach Panach. Nie o realnych dwustronnych decyzjach. Bo tak, są takie wypadki, znam je osobiście. A właściwie znałem – znam tylko jedną połowę, bo Piotruś Pan odfrunął, nawet po 10 latach. Albo został odfrunięty, kobieta nie chciała wiecznie słuchać „jeszcze nie teraz, chyba nie jestem gotowy”. Albo jest przy niej i mówi: „jeszcze nie teraz, jeszcze chwila, jeszcze rok”.

My faceci chyba zawsze mieliśmy mniejszą chęć stabilizacji. Nasz instynkt zakładania rodziny nie jest aż tak silny, mniej facetów ma silne parcie na żonę, dzieci i dom. Tak to jest skonstruowane – to płeć piękna ma większe potrzeby w tym zakresie, my zazwyczaj po prostu się zakochujemy i zgadzamy się na wszystko 😉

Ale faceci nie są na to gotowi. Jeszcze nie. Jeszcze chwila. Dziwnie brzmi to w ustach człowieka, który za swoje motto przybrał #nevergrowup, ale nie raz powtarzałem, że to nie o niedorozwój społeczny mi chodzi.

Bo gdy widzę te związki, te związki trzydziestoletnich kobiet pragnących jednak mieć stałego partnera, swoje gniazdo, dzieci, coraz bardziej myślących o tym, że zegar tyka (i znowu narażę się niektórym, ale tak do cholery jest, że każdy rok po trzydziestce to mniejsza szansa na zdrowie dziecko) oraz ich partnerów, wiecznych dzieciaków, to myślę sobie krótko: gdzie wy macie jaja?

Serio. Bo decyzja o zaręczynach wymaga jaj. No wymaga. To nie jest tak, że musisz być absolutnie pewien, bo uwierz mi, nigdy nie będziesz absolutnie pewien, no chyba że w trakcie seksu, gdy cała krew odpłynie z mózgu do innego organu. Nie, zawsze są wątpliwości i to wcale nie jest dziwne. Bo nigdy nie weźmiesz ślubu z ideałem (gdyby nawet takowy istniał, dlaczego miałby wybrać ciebie?).

To JEST trudna decyzja. I nie może być pochopna. Ale czekanie z nią latami przypomina mi gościa, który ma właśnie skoczyć na bungee i stoi dobrą godzinę, udając przed innymi, że tak naprawdę to on przyszedł podziwiać widoki.

Miej jaja. Skocz. Skocz mając nadzieję, że lina się nie urwie. Pewnie sprawdziłeś, ale ani nie możesz wiedzieć jak to będzie, ani nie możesz być pewien w 100%. Trudno. Na tym polega odwaga – możecie się ze mnie śmiać, ale taka decyzja naprawde wymaga odwagi. Tak już wyszło, że w naszej kulturze to my robimy ten pierwszy krok i nawet w bardzo partnerskich związkach (a nasz na pewno do takich należy) to facet musi zrobić ten krok.

Żyjemy w fajnych czasach – ja zaraz kończę czterdziestkę, nie wyglądam jak siwy i podstarzały inżynier Karwowski. Nie chodzimy w garniturach na sztywne prywatki, nosimy się po młodzieżowemu, gramy sobie na Playstation, dziś jest tak wiele okazji by pielęgnować w sobie małego chłopca.

Ale do cholery, nie można wiecznie odkładac takich decyzji. Tym bardziej, że być może Twoja kobieta ma inne zdanie. Może niekoniecznie chce ci to powiedzieć, może jej trochę głupio, może po prostu boi się, że cię straci gdy zacznie naciskać. Może oczywiście wcale nie chcieć dzieci, może nie chcieć ślubu, może nawet nie chcieć stałego związku. Może nawet nie chcieć Ciebie.

Ale nie przekonasz się w stu procentach, dopóki nie zadasz TEGO pytania. Dopóki nie kupisz tego pieprzonego pierścionka i nie zadasz tego pytania. I nie chcę słyszeć, że się boisz. To znaczy możesz się bać, ja się bałem jak cholera, ale głównie że coś spieprzę. Zaczęliśmy wchodzić nie na tę górę co trzeba (taki to miałem plan), bałem się, że zaraz znajdzie pierścionek, który miałem w kieszeni.

Zrób to. Albo bądź pewien, absolutnie pewien, że nie chcecie tego oboje.
Bądź dorosły.

P.S. Wszystkie osoby krzyczące w komentarzach „wcale nie muszę mieć dzieci i jest mi dobrze!” lub też „nie chcemy oboje brać ślubu i koniec!” – bo takie jak zwykle się pojawią – proszę grzecznie o przeczytanie tekstu jeszcze raz. Tym razem ze zrozumieniem <3