Znów lato. Kolejne lata przychodzą i odchodzą coraz szybciej – boję się, że na starość nie będę już w stanie ich od siebie odróżnić. Za chwilę planowanie Sylwestra, a przecież dopiero co odbył się poprzedni. I poprzedni. I poprzedni. I choć od lat już byłem znudzony, a nawet nieco przerażony kolejnymi nakładającymi się na siebie latami i nieustępliwie nadchodzącymi porami roku, to zdałem sobie właśnie sprawę z czegoś zupełnie innego.

To nie tak. To zupełnie nie tak. To przecież zupełnie na odwrót. One się nie zlewają. Owszem, pędzą coraz szybciej, ale też cholernie się od siebie różnią. Teraz, kiedy mamy dzieciaki.

Franek pojechał na kolonie. Po raz pierwszy. Lilka jest już małą kobietką, choć w sumie nie taką małą. Małą kobietką jest Hela, która ma już swoje zdanie na coraz więcej tematów i ani trochę nie przypomina raczkującego bobasa z kwietnia, czy marca.

Rok temu była jeszcze malutka, a przecież dopiero co to Lila podczas wakacji na Kos uczyła się raczkować. Franek był małym bąblem zafascynowanym Zygzakiem McQueenem. A w sumie dopiero co był jak Hela teraz…

Każde lato jest inne. I każde będzie inne. Bo dla nich rok to szmat czasu. Każdy rok, który dla nas oznacza jedynie kolejny siwy włos (choćby na brodzie) i może jakąś bonusową zmarszczkę, totalnie zmienia ich rzeczywistość. Każdy letni wyjazd jest inny – dopiero co Franek beztrosko pluskał się w basenie, a my musieliśmy patrzeć na Lilkę leżącą na macie tylko co jakiś czas – nigdzie nam nie mogła uciec. Teraz musimy pilnować trójki. A przecież jeszcze chwila i będą wymykać się na imprezy.

Łapię każde lato, każdy wyjazd w kapsuły czasu i chowam głęboko w mojej świadomości. Nagrywam filmy i chowam głęboko do rożnych folderów, obejrzę je za kilka lat. Oglądam zdjęcia z zaledwie dwóch, czy trzech lat temu i nie mogę się nadziwić, jak wiele się zmieniło. Ale wiem, że kapsuły są już szczelnie zamknięte i nie ma do nich powrotu. Że każdy okres w życiu mogę z nimi przeżyć tylko raz. Że za rok będzie bawiło ich co innego, że będą żyli czym innym.

Więc próbuję. Siadam i patrzę. Myślę. Uzmysławiam sobie potęgę chwili. Teraźniejszości. Jedynego aspektu czasu na który mamy jakikolwiek wpływ. Jedynego, który jest na wyciągnięcie ręki. Mówię sobie: „To tu i teraz”. Chrzanię to co było oraz te wyobrażenia o przyszłości, które zawsze są mylne. Tu i teraz.

Bo wiem, że mamy mało czasu. Tak mało czasu.