Pisałem już o tym wiele razy, więc przepraszam jeśli musisz czytać ten wstęp po raz kolejny, ale było to dość ważne wydarzenie w naszym życiu, a właściwie lekcja którą dostaliśmy zaraz po ślubie. Byliśmy w podróży poślubnej, gdzie spotkaliśmy starszą od nas parę z którą szybko się zakumplowaliśmy. On był jakoś przed czterdziestką, ona po trzydziestce – podobnie jak u nas obecnie. Mieli trójkę dzieci – tak samo jak my obecnie. Byli w tym samym hotelu co my, tylko na opcji all-inclusive. Nas cisnęło mocno, by podróżować po wyspie i nie do końca rozumieliśmy ich błogie, przybasenowe lenistwo. Powiedzieli nam, że kiedyś to zrozumiemy. Dali nam też inną radę.

Poślubna rada

– Widzicie, my w lata parzyste wyjeżdżamy z dzieciakami. Zazwyczaj gdzieś po Polsce, oni i tak do końca nie docenią droższych wyjazdów zagranicznych. W nieparzyste zostawiamy je dziadkom i jedziemy sami. Na Kanary czy gdzie indziej. Nam też coś się od życia należy.

Zapisaliśmy to gdzieś w pamięci i kontynuowaliśmy nasz wypoczynek, choć nie do końca to rozumieliśmy. Dziecka jeszcze nie planowaliśmy, ale wiedzieliśmy że przyszłość to wspólne wyjazdy z wesoło szczebiotającymi pociechami. Ale ciągle pamiętaliśmy ich słowa i przy pierwszej możliwej okazji postanowiliśmy je wypróbować. Choć nieco inaczej 🙂

…którą wzięliśmy sobie do serca

W 2010 roku pojechaliśmy na Teneryfę z Frankiem, rok później spędziliśmy tydzień razem z nim i moimi rodzicami, na tydzień zostaliśmy sami. 2012 to wspólny wyjazd z Frankiem i niespełna roczną Lilą na wyspę Kos. Tu zachwiała się nieco teoria mówiąca, że dzieciaki nie doceniają wyjazdów zagranicznych – akurat ten wyjazd Franek pamięta do tej pory, choć był wtedy małym brzdącem. Rok później to nasz wyjazd bez dzieciaków na La Palmę – na dwa tygodnie! A potem wszystko się nieco pomieszało, choćby przez to, że ja sam mogłem ustalać sobie urlop, niedługo później także Marysia. Ale nadal trzymamy się tej zasady – co jakiś czas wyjeżdżamy sami. Na tydzień, lub nawet na dwa. Dlaczego?

Kochamy nasze dzieciaki. Bezgranicznie. Piszę o tym często tu na blogu i naprawdę robię to szczerze. Bycie tatą to wspaniała sprawa i nie zamieniłbym tego na nic w świecie. Wyjeżdżamy też z nimi często. Byliśmy na długim tripie po Europie z dwójką, a w tym roku pojechaliśmy na zupełnym spontanie do Wenecji.

Ale bądźmy realistami. Są co najmniej dwa powody dla których co jakiś czas po prostu mamy ochotę wcisnąć szkodniki dziadkom i wybić się gdzieś bez nich.

Są dziadkowie i dziadkowie

Ale zanim o tym napiszę, słowo wyjaśnienia. Zdaję sobie sprawę, że pisanie o tym jak oddajemy dzieci naszym rodzicom i wyjeżdżamy sami, jest trochę jak pisanie „fajnie jest mieć pięć samochodów”. I tak jak posiadanie pięciu fur nie jest czymś oczywistym, tak – jak się okazało – możliwość zostawienia dzieciaków nie jest czymś co może zrobić każdy.

Po pierwsze to siła wyższa. Część z Was ma rodziców w innych miastach, w innych krajach, lub po prostu mówiąc brutalnie nie ma ich na tym świecie. Część natomiast ma rodziców, którzy po prostu nie chcą takiej przysługi wyświadczyć.

Czasem to po prostu złe stosunki z rodzicami. Tu prawda leży gdzieś po środku – pisałem już o tym kiedyś. Ja wiem, że istnieją złe teściowe i paskudni teściowe, a nawet wyrodni rodzice. Tak, oczywiście tak. Ale często jest tak, że to wasza wina. Że to wy jesteście tak samo uparci, kłótliwi i po prostu źle z nimi żyjecie. Wiem o tym dobrze, bo przecież to bardzo często sytuacja kiedy synowa jest zbyt krnąbrna by zaakceptować teściową, bo ta nie jest idealna. Bo się za bardzo wtrąca. Bo to, bo tamto.

No cóż, my też często mamy różnego rodzaju scysje z rodzicami, wysłuchujemy czasem o tym, że źle ubraliśmy, albo źle wychowujemy. Tak już jest i było chyba od zarania dziejów. Choć tak jak pisałem nie twierdzę, że nie ma teściowych, czy teściów, którzy po prostu są niereformowalni. Tak, to prawda, trafiliśmy bardzo dobrze. Zarówno moi rodzice uwielbiają Mary jak i rodzice Mary bardzo lubią mnie. Tak już po prostu jest. (Dziękujemy Wam, wiemy, że to czytacie! 🙂 )

Ale są po prostu dziadkowie, którzy nie chcą opiekować się wnukami. Dziś żyje się nieco inaczej – mają swoje zajęcia, jogę, biznesy, wyjazdy tysiące innych spraw. No cóż, nie mnie to oceniać, ale… no musze po prostu muszę. Zastanawiam się co myślą tacy samolubni dziadkowie. Co będzie za 20, czy 30 lat gdy na starość będą potrzebowali pomocy? Ja wiem, że miłość dziecka powinna być bezwarunkowa, ale… No cóż. Dobra, nie wnikam, bo w sumie jak zwykle zszedłem z tematu.

…bo mamy dość

Jesteśmy tylko ludźmi. Ja wiem, że czasem z bloga wynika iż w naszym życiu wszystko jest wspaniałe i wesołe. Ale wiecie dobrze (prawda?) że tak nie jest. Kłócimy się jak zwykli ludzie, a dzieciaki potrafią doprowadzić nas do szewskiej pasji. Tak, nie raz podnosimy na nie głos (choć teoretycznie może nie powinniśmy), czy krzyczymy na siebie. Tak, mamy dość, w nocy udajemy czasem, że śpimy, by to ta druga osoba poszła do obudzonego dziecka.

Tak, zasługujemy na odpoczynek. Jak bardzo nie kochałbym pokazywania przyrody moim dzieciom i odpowiadania na milion pytań, to czasem po prostu pragnę ciszy. Tym bardziej, że każdy wyjazd z nimi i pakowanie to oczywiście milion problemów, podróż z co najmniej dziesięcioma kłótniami i takie tam.

Tak, przyzwyczailiśmy się trochę do tego, ale to trochę jak w tym dowcipie w którym chłop prawie przyzwyczaił konia do niejedzenia. Prawie się udało, tylko koń zdechł. I ja czasem myślę, że jeśli nie spędzę trochę czasu samemu, to mózg mi eksploduje.

Tak, przy większej liczbie dzieciaków jest trudniej. Nie oszukujmy się. Owszem, to nie jest tak, że z trójką jest trzy razy ciężej niż z jednym, ale są pewne sprawy jak kładzenie spać, które po prostu zajmują więcej czasu. I zużywają więcej sił. To nie jest kwestia liczenia tego, czy się opłaca mieć więcej dzieci – chcieliśmy trójkę, mamy trójkę, kochamy bezgranicznie trójkę, jest często trzy razy więcej radości, ale… no właśnie.

Tak, samotne wyjścia czasem są rozwiązaniem. Pozwalamy sobie na nie. Ja wychodzę z kumplami, Mary wychodzi na swoje kursy. Jeździmy czasem sami na konferencje. I tak dalej. Oczywiście staramy się, by było to sprawiedliwe, by było równe, jak wszystko w naszym związku. Ale czasem potrzebujemy czegoś więcej.

… bo chcemy więcej siebie

Potrzebujemy siebie nawzajem. Nie siebie jako ojca dzieci, czy matki dzieci. Nie współlokatora. Siebie. Chłopaka i dziewczyny, którzy poznali się nie tak dawno i w sumie nie tak dawno wzięli ślub. Zakochali się w sobie i postanowili być ze sobą do końca życia. Bo niestety w tym całym natłoku codziennych obowiązków tak łatwo o tym zapomnieć.

Wiem, że można. Patrzę się na wiele związków i myślę sobie, że tego właśnie im brakuje. Choć problem zaczyna się nieco wcześniej – jedna ze stron, lub nawet obie, nie zdają sobie sprawy, że potrzebują wygospodarować czas dla siebie.

Uwielbiamy wyjeżdżać razem, bo wiemy, że jesteśmy dla siebie i tylko dla siebie. Bo możemy spędzić razem czas, nawet jeśli ma on polegać tylko na siedzeniu obok. Oglądaniu filmu. Rozmowy o głupotach. Może nawet kłótni, bo one czasem oczyszczają. Może to czas, by porozmawiać o związku – kiedy ostatni raz o nim rozmawialiście? Czy wyszliście z założenia, że jest, bo jest, więc po co o tym gadać? Znam pary, które – na oko – nie rozmawiały ze sobą na takie tematy kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat.

Litwo, Ojczyzno…

I tak, jest wtedy bosko. Gdy wysiadamy z samochodu i nie wyjmujemy nikogo z fotelików. Gdy możemy pojechać gdzieś skuterem. Zmienić plany w ostatniej chwili. Zjeść śniadanie o 12. Gdzieś na mieście. Tak, gdy nie ma się tego na codzień tak bardzo się to docenia.

Kochamy nasze diabły. Tęsknimy już w pierwszych dniach, tęsknimy już w momencie, gdy odjeżdżamy. Ale wiemy też dobrze, że są w dobrych rękach, że przesadne helikopterowanie nad nimi do niczego dobrego nie doprowadzi. W końcu oboje mamy wspaniałe wspomnienia z wakacji u Babci.

Już jutro widzimy się z Helą i Lilą, prawdę mówiąc nie mogę się już tego doczekać. Wiem jednak dobrze, że tydzień rejsu był nam potrzebny. Gorąco polecam. O ile oczywiście macie taką możliwość.