Budzimy się wcześnie. Trochę z powodu naszych planów, trochę z przyzwyczajenia – rodzice dobrze wiedzą, że nie da się zaprogramować na wolny dzień – właśnie wtedy gdy możesz się wyspać, budzisz się jak na złość zbyt wcześnie. Bierzemy ręczniki i kosmetyczki i idziemy na szybki prysznic do mariny. Plany są ambitne, ale zanim o nich opowiem, chwila o tym jak żyje się na łódce, ponieważ pewnie większość z Was nie ma o tym pojęcia.

Ja też nie miałem pojęcia gdy płynąłem na mój pierwszy morski rejs w 1999 roku. Rejs, który okazał się najdłuższym do tej pory i obfitującym w najwięcej przygód, ale o tym napiszę może kiedy indziej. Pływałem wcześniej na Mazurach i w Charzykowach gdzie zrobiłem patent żeglarza, ale nie miałem pojęcia o morzu. Oczywiście znałem je tylko z szant w których to zazwyczaj pełno lodowych gór, wielorybów i sztormów. Pływanie we Włoszech, czy w Chorwacji wygląda zgoła inaczej i naprawdę nie trzeba specjalnie znać się na żeglowaniu, by popłynąć na taki rejs. Liczy się dobry skipper, czyli kapitan 🙂

Łódka którą płyniemy jest nieco mniejsza od tej która płynęliśmy dwa lata temu – wtedy mieliśmy płynąć w 8 osób (w ostatniej chwili dwie się wykruszyły), teraz planowo jest to szóstka. Łódka to Bavaria 37, ma około 13 metrów długości. W środku mieści się całkiem spora mesa, czyli tak jakby salon z kuchnią, malutki kibelek, oraz trzy koje, czyli sypialnie. Z tyłu łódki znajduje się kokpit czyli miejsce gdzie siedzi się podczas pływania, spokojnie mieścimy się tu wszyscy. Po zejściu na dół spokojnie chodzimy wyprostowani – to nie jest mała łódka mazurska, sufit jest na wysokości około dwóch metrów.

 

Nasz dom :)

Nasz dom 🙂

Posiłki można jeść na górze, lub w środku, w zależności od pogody. Oczywiście większość czasu spędzamy na pokładzie – albo w kokpicie, czyli tam gdzie steruje się łódką, albo gdzie z przodu na pokładzie. Leżąc i smażąc się.

Mesa czyli salon :)

Mesa czyli salon 🙂

Mimo wszystko nie jest to zbyt duża powierzchnia. Jest powiedzenie, że na rejsie poznajesz kogoś w tydzień tak dobrze, jak na lądzie przez rok. Coś w tym jest. Niby podczas takiego rejsu nie ma sytuacji bardzo kryzysowych, jednak są pewne zadanie do wykonania i od razu wszelkie problemy stają się widoczne. Fochy, lenistwo i inne takie – wszystko widać już pierwszego dnia.

Kuchnia. Naprawdę można przyrządzić tu smaczne rzeczy :)

Kuchnia. Naprawdę można przyrządzić tu smaczne rzeczy 🙂

Całe szczęście my płyniemy ekipą już sprawdzoną. Dwa lata temu nie znaliśmy się zbyt dobrze, choć udało nam się spędzić tydzień bez problemów. Teraz od pierwszego dnia wiemy, że będzi git. Z Marcinem i Magdą znamy się od dłuższego czasu, mają dzieciaki w podobnym wieku, widujemy się co jakiś czas (choć jak to zwykle bywa – za rzadko). Z drugim Marcinem i Kamillą poznaliśmy się właśnie na rejsie w 2014, ale szybko nadrobiliśmy ten czas kiedy się nie znaliśmy. Jest naprawdę świetnie, rozumiemy się, śmiejemy się co chwile. Znajduje potwierdzenie moja teoria, że z dobrym towarzystwem może byś dobrze nawet w kiepskich warunkach. A co dopiero w takich w jakich jesteśmy teraz – a jest naprawdę wspaniale.

Chorwacja jest miejscem niesamowitym. Z jednej strony czujesz połączenie z nią poprzez kulturę i język – dogadasz się spokojnie po polsku, po dwóch piwach czy winach nie będziesz mieć z tym zupełnie problemu. Z drugiej to już ciepłe morze, wieczne słońce i palmy. Kalmary, ryby i warzywa z grilla. Jest bosko. Choć w tym roku plany są ambitniejsze.

Ruszamy ze Splitu, nieco bardziej na południe niż ostatnio (wtedy Sibenik). I tym razem chcemy mocno zobaczyć Dubrovnik, czyli miejsce w którym kręcono Grę o Tron. Nie bez znaczenia jest fakt, że na pokładzie znajdują się sami fani tego serialu. Niestety oznacza to, że przynajmniej przez pierwsze dni nie mamy czasu na kręcenie się na żagielku, tylko ostre zapieprzanie na silniku. Dlatego też ruszamy z rana i celujemy w Korculę, o której sporo słyszałem. Cały dzień upływa nam na spokojnym kołysaniu się na wodzie w rytm turkoczącego silnika. Na żagle poczekamy.

Punktualnie o 13 pochłaniamy sałatkę ze smażonymi w czosnku kalmarami oraz duże porcje białego wina (10 zł za 3 litrowy karton!!!). Z głośników słychać szanty – trochę ro śmieszne prawdę mówiać. Tam ciągle wieloryby i sztormy a my suniemy sobie na totalnej flaucie (flauta to wtedy gdy nie wieje wiatr). Zatrzymujemy się przed Korculą, urządzamy sobie kąpiel z łódki, po czym dopływamy i szukamy restauracji. Nasze chorwackie wypady mają lekki posmak piłki nożnej – w zeszłym roku oglądaliśmy ciągle mecze Mundialu, w tym roku oczywiście Euro. Oglądamy porażkę Islandii (jaka szkoda!!!) zajadając się smażonymi kalmarami, lokalną szynką, rybami i warzywami z grilla. Rany, jakie to dobre! Wcale nie tęsknię za mięchem (wiem, wiem, ryba to teoretycznie mięso, mnie chodzi oczywiście o czerwone mięso). Zwiedzamy uliczki Korculi i zalegamy na łódce. Jutro znowu kawał drogi do zrobienia!