Soulmate. Słowo, na które po naszemu nie mamy jednowyrazowego odpowiednika. Bratnie dusze. Osoby z którymi czujemy więź zaraz po poznaniu. Z którymi już po kilku minutach chciałoby się spędzić wakacje, przegadać swoje życie, opowiedzieć największe sekrety. Nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo jak – nagle czujesz po prostu, że jesteście dla siebie stworzeni.

Ale nie mówię zupełnie o miłości. Mówię o przyjaźni. Bo o miłości mowy tu nie będzie. Ona jednak rządzi się innymi prawami – wkracza chemia, wkracza pożądanie, wyłącza się rozum. Nie będę też pisał o przyjaźni dwóch osób. Tylko całych rodzin. Bo teraz, gdy mamy już rodziny, myślimy inaczej, myślimy grupowo. Częściej przyjaźnimy się z całymi rodzinami. Kumple kumplami – raczej nie planujesz z nimi wakacji. Ot – wyskoczysz gdzieś na piwo, na imprezę, ale przecież to tylko odskocznia. Mówię o poznaniu drugiej grupy ludzi z którymi po prostu chcesz spędzać czas. Ile się da.

***

Nie myślałem o tym. Zupełnie nie myślałem. Ot – poznaliśmy ileś rodzin, ileś par. Dużo, w sumie nawet bardzo dużo. Z jednymi było nam bardzo po drodze, z innymi średnio już od samego początku. Po prostu coś jest nie tak, jesteście inni, nie zaskakuje. Z innymi bardziej po drodze, choć mimo wszystko się różnicie. Widujecie się raz częściej, rzadziej. Zapraszacie na wspólne imprezy. Z innymi nie widzicie się chwilę aż nagle mija kilka lat.

Aż w końcu… aż w końcu poznajecie tę drugą połowę. Składającą się tak samo jak wy, z wielu elementów. Wielu rozkapryszonych, mających swoje zdanie elementów. I nagle okazuje się, że pasujecie do siebie jak klocki w Tetrisie.

Mamy znajomych, którzy mieszkają blisko nas. Ba, mamy nawet rodzinę w Warszawie. Te kilka, kilkanaście kilometrów dalej. Godzina drogi? W weekend pewnie mniej. I ciągle nie możemy się zobaczyć. Zawsze coś wypadnie, zawsze coś się urodzi. Mamy znajomych z którymi byliśmy kiedyś blisko, ale mimo wszystko nie widzimy się chwilę, miesiąc, rok, dwa, trzy. Po prostu jakoś sie nie udaje. Nie ma karmy, nie ma możliwości, albo tak sobie to tłumaczymy.

I wtedy poznajemy ICH. Rodzinę taką jak my. Dwa plus trzy. Może bez psa, może z innego miasta. Ale tak bardzo pasującą do nas, że po prostu nie możemy się bez siebie obejść. Znamy się raptem sto kilkadziesiąt dni, a widujemy się co najmniej raz w miesiącu. Nocowaliśmy u siebie już po kilka razy, wariujemy jak dwie nastoletnie przyjaciółki, papużki-nierozłączki. Dla osób które nas śledzą, nie będzie tajemnicą, że chodzi o rodzinę Ferreira, znaną z bloga Miss Ferreira.

Znamy się tak krótko, że ciągle z tego żartujemy. Bo od maja tego roku. Czyli właściwie bardzo, bardzo krótko. Widzieliśmy się przez ten czas – nawet nie wiem ile razy. Już się chyba pogubiłem. Nie ma dnia, by nasze dzieciaki nie wspomniały o ich dzieciakach. I vice versa.

Jak? Dlaczego? Nie wiem do końca, choć starałem się nad tym zastanowić. Co powoduje, że do kogoś tak bardzo pasujemy?

Po pierwsze pomaga, gdy jesteśmy na podobnym etapie życia. W miarę podobny wiek, ta sama liczba dzieci. Podobne dążenia i aspiracje. Dzieciaki, ich problemy i nasze problemy z nimi. To zbliża, to bardzo zbliża. Wiek dzieciaków – to też ważne. Piętnastolatek nie znajdzie wspólnego języka z pięciolatkiem jak bardzo by chciał.

Po drugie podobne podejście do dzieci. Ciężko jest się totalnie zaprzyjaźnić z drugą rodziną, która wyznaje zupełnie inne zasady wychowania dzieci. Podczas gdy ty puszczasz je samopas, oni helikoptrują każdy jego krok. Gdy wy złościcie się kolejny raz bo nie możecie już wytrzymać kolejnej ich kłótni, oni niczym Mahatma Ghandi znoszą ich kolejną kłótnię i dziwią się, że się unieśliście. Wspólne przeżywanie zawsze zbliża, nawet gdy jest to kolejny wkurw i wspólna chęć „Boże, niech już zasną!”

Po trzecie podobny poziom finansowy. To ważne, to niestety ważne. Choć tak bardzo chciałbym by nie było – miałem już wiele przyjaźni, także osobistych, które były zruinowane przez zazdrość i zawiść finansową. To samo dzieje się na poziomie rodziny. Nie wyjedziecie na wspólne wakacje, nie pójdziecie do tej samej restauracji bez większego bólu.

Po czwarte podobne wartości i poglądy. Oczywiście da się przyjaźnić z ludźmi o różnych poglądach, ale nic tak nie cementuje jak wspólne zdanie na wiele tematów. Nic tak nie zbliża jak „właśnie tak!” i inne afirmacje, których po prostu potrzebujemy. Przy dłuższej znajomości pewnie wyjdzie na jaw polityka, albo inne tematy na czasie – i wtedy czasem jedna poważna niezgoda może zarysowac cały związek.

Po piąte temperament. Nie da się przeżywać zbyt wielu wspólnych chwil, gdy pierwsza część chce imprezować, a druga myśli tylko o kapciach i szlafroku. To znaczy da się, ale będzie to związek w dużej mierze nieszczęśliwy – przynajmniej w mojej skromnej ocenie rzeczywistości.

Po szóste poczucie humoru. Być może ludzie, którzy są totalnymi niewzruszami i nie śmieją się z niczego, mają dobrze w swoim towarzystwie. Nigdy tego nie zrozumiem. Uwielbiam się śmiać, uwielbiam, gdy inne osoby śmieją się ze mną. Uwielbiam ich rozśmieszać. Nawet wtedy gdy powiedzą, że to straszliwy suchar (tak, Sara :P). Dobrze też, gdy ma się podobny dystans do siebie i wyczucie ironii. Inaczej można kompletnie się nie zrozumieć, a nawet obrazić.

Po siódme podobny styl imprezowania. O tak, to ważne szczególnie dla facetów. Lubię spędzać czas z ludźmi, których ani nie trzeba specjalnie na alkohol namawiać, ani nie trzeba przed nimi się bronić (bo chcą ciągle spoić cię wódką). Ot, normalnie, naturalnie. Tak jak ty.

Po ósme…

Ech, mógłbym tak wymieniać. Próbować to kwantyfikować i określać. Ale przyznam się Wam, że tak naprawdę nie mam pojęcia gdzie jest to COŚ. Tym bardziej, że te warunki wcale nie są do końca konieczne. Tak jak zdarzają się związki zbudowane na zasadzie przeciwieństw, tak i dwie trochę różne rodziny mogą się przyjaźnić. Choć im więcej tych różnic, tym mniejsza na to szansa.

Po prostu coś przeskakuje, zupełnie jak wtedy gdy znajdujemy przyjaciela. U nas przeskoczyło w momencie, gdy poznaliśmy Miss Ferreira i ich rodzinę. Just like that. Z dnia na dzień. Pierwszego dnia poznaliśmy się, drugiego wygłupialiśmy, a kolejnego zaprosili nas na noc do siebie do domu. Potem minął miesiąc, drugi, trzeci, a my w tym czasie widzieliśmy się częściej niż z niejedną osobą, która mieszka blisko. Choć przecież mieszkamy w różnych miastach.

Lubimy się tak bardzo, że tęsknimy za sobą i czekamy na spotkanie. Dzieciaki pytają o siebie nawzajem – kiedy tylko się da. My też je kochamy – i te swoje i te drugie. Choć oczywiście przy spotkaniu mamy tej szóstki dość tak bardzo jak tylko się da. I chcemy już, by zasnęły, byśmy mogli w ciszy, przy delikatnej muzyce napić się wina.

 

I wiecie po czym można poznać prawdziwe bratnie dusze? Że zupełnie się sobą nie nudzimy. Że nawet po dwóch tygodniach bycia razem, ciągle nam siebie mało. Że nie kończą nam się tematy. Że mamy już zaplanowanych milion wyjazdów. Także tych bez dzieci – rzecz jasna.

Nie chce mi się zmieniać rodziny. Jest całkiem fajna. Nawet bardzo fajna. Nie chce mi się szukać nowych wrażeń u nowej żony. Za to jaram się jak flota Stannisa, bo nie wiedziałem do tej pory, że można tak bardzo zaprzyjaźnić się z drugą rodziną.

***

Szukajcie bratnich dusz. Nie tylko będąc w wieku nastoletnim, nie tylko wtedy gdy czasu jest zbyt wiele, kasy za mało i za wcześnie jest na miłosną drugą połowę. Szukajcie innych par, innych związków, innych rodzin. Niekoniecznie tych idealnych – chociaż dopóki nie spróbujecie, nie będziecie wiedzieć. Bo jak?

Spotykajcie się, wyjeżdżajcie, poznawajcie. Nie ograniczajcie się do swoich znajomych ze starych czasów. To często tylko sentyment i rozjechanie w wartościach po latach. Nie zamykajcie się w domach, skoro można spędzać czas razem – nawet wtedy gdy dzieciaki zasypiają „w gościach” a wy niesiecie je do samochodu na rękach. Życie wcale się nie skończyło, nie skończyły się przyjaźnie i związki. Wszystko wygląda po prostu trochę inaczej. Wszystko jeszcze przed wami.

Nie prześpijcie tego!