To było dla nas straszne. Było jakieś trzy tygodnie po porodzie, rodzice – jedni i drudzy – wrócili już do Polski. Wydawało nam się, że już wszystko wiemy. Siedzieliśmy z naszym dopiero co urodzonym Frankiem w Genewie i chcieliśmy uporządkować sobie życie na szwajcarski wzór. I wtedy się zaczęło. Kolki.

Kiedy niektórzy rodzice mówią, że ich dziecko ma kolki, bo czasem popłakuje, to myślę sobie „co ty wiesz o zabijaniu?”. Kolki to kolki. To nie jakieś popłakiwanie. To hardkor, to płacz przez kilka godzin dziennie. Przez trzy miesiące. 90 dni. Kwartał. Ćwierć roku. Rozumiesz? Zaczyna się ok 17, kończy różnie – czasem o 20, czasem o 23, a czasem o 4 nad ranem. Bo tak. Napiszę o tym kiedyś osobną notkę, ale powiem tak – to była dla nas pewna próba. Nie jakaś bardzo hardkorowa mogłoby się wydawać – zawsze powtarzam to, że cierpliwość to mają rodzice dzieci chorych, naprawdę chorych.

Ale to nie było łatwe. Dlatego, że mieliśmy inne pojęcie o tym co oznacza „płaczące dziecko”. Z filmów, z opowieści znajomych. Wiecie – na filmie gdy dziecko lekko kwilnie, podbiega do niego mamusia, bierze go na rączki, dziecko beka i cichnie. Gdy znajomi opowiadają o swoich dzieciach, wszystko jest piękne i wspaniałe. Zasypia na klaśnięcie, raczkuje, chodzi, cytuje Homera, po ciemku, na wyrywki. I wtedy widzisz siebie. Gdy trzymasz wrzeszczącego bachora na ręku, gdy zalewa cie krew, bo masz swoją cierpliwość na wrzask – nieważne z jakiego powodu on się odbywa.

Miałem wiele razy dość. Zaciskałem zęby i mówiłem sobie w duszy „KURWA MAĆ!”. Miałem ochotę położyć dziecko do łóżka i uciec, przejść się z psem, odizolować, odetchnąć, posłuchać śpiewu ptaków. A najgorsze jest to, że gdzieś tam podświadomie – choć z początku sobie tego nie mówiliśmy – uważaliśmy się za złych rodziców. Dopiero później, podczas szczerej rozmowy z dzieciatymi znajomymi, dowiedzieliśmy się, że to nie dotyczyło tylko nas. I naprawdę dziecko nie musi mieć kolki, by się w nas zagotowało.

Tak, pierwszy szok może być duży. Owszem jest super, są emocje, jest nowe stworzenie w domu, jest kochane, jest małe, jest śliczne, jest nasze. Ale nie oszukujmy się – tracimy od cholery naszego czasu, naszej wolności, naszych możliwości wyboru. Gdy do tego dochodzi wrzask w ucho – możemy wybuchnąć.

Oczywiście wiele zależy od samego człowieka. Są ludzie bardzo cierpliwi, są krewcy cholerycy. Do tego baby blues, czyli hormonalna wahania u kobiet po porodzie przybierają naprawdę różne formy. Jesteśmy niewyspani, wkurwieni (przepraszam, ale to przekleństwo jest celowe) stratą wolnego czasu, często głodni, bo rozwalił nam się harmonogram dnia, sumuje się tu naprawdę dużo czynników.

To niebezpieczne

Może dojść do najgorszego. Serio. Chcę tu zabrzmieć bardzo wyraźnie – w żadnym stopniu nie usprawiedliwiam ludzi, którzy wyrządzają krzywdę niemowlakom. Szczególnie ludzie, którzy robią to pod wpływem alkoholu, na kacu, zasługują na najwyższe potępienie. Natomiast miewałem myśli w stylu „skoro ja – dość świadomy człowiek, doszedłem do takiego stanu, co musi czuć skacowany menel, który wraca do swojej konkubiny i zasypia, by obudzić się godzinę później od ryku dziecka?

Nie trzeba nim być, by usłyszeć głos „kurwa, mam dość!” i chcieć rzucić dziecko na łóżko. Oby tylko na łóżko. Od znajomych słyszałem, że wrzeszczeli „wystawię cię do cholery na mróz!” i inne tego typu rzeczy. Tak, to może doprowadzić do załamania nerwowego i naprawdę nie chodzi o to, byście teraz pocieszali się mówiąc „ja taki nie byłem, jestem lepszy!”. My z Heleną też tak nie mamy. Jest nadzwyczaj spokojna, to nasze trzecie dziecko, jesteśmy przyzwyczajeni.

Co robić?

Przede wszystkim uświadom sobie, że to nie jest kwestia ciebie. Wiele ludzi ma takie problemy, wiele osób ma kryzysy po tym, gdy dziecko (szczególnie pierwsze) pojawi się w rodzinie. Nie jesteś (prawdopodobnie) złym człowiekiem. Masz po prostu prawo do tego, by mieć dość, by chcieć odpocząć, odsapnąć. To może być gwałtowna zmiana w twoim życiu, a każdy potrzebuje mieć w miarę ogarnięty parter piramidy potrzeb Maslowa – być wyspanym, najedzonym. A także mieć trochę czasu dla siebie.

Po drugie najlepiej gdy nie jesteś sam(a). Pamiętam gdy wychwalaliśmy pod niebiosa samotne matki – jak one mogą sobie poradzić? My mieliśmy siebie nawzajem i zmienialiśmy się gdy trzeba. Całe szczęście ja nie miałem pracy w tamtym okresie, więc mogliśmy dzielić się 50/50. Pamiętam gdy obudził mnie wrzask Mary około 2 w nocy: „NIE WYTRZYMAM JUŻ Z TOBĄ!!!” Wstałem z łóżka, zabrałem jej Franka i powiedziałem: „Idź spać.” Musieliśmy się zamieniać, bo nie mieliśmy siły.

Po trzecie poszukaj pomocy z zewnątrz. Nie, nie mówię o psychiatrze 🙂 Mówię choćby o rodzicach. Mój kolega z pracy, który też miał dzieciaki w podobnym wieku jak nasze, opowiadał mi o tym, że nie mogą liczyć na dziadków z różnych powodów. Dla mnie to niewyobrażalne. O dobrych stosunkach z rodzicami i teściami też będę pisał, ale to naprawdę kluczowe. Macie prawo do odpoczynku. A jeśli nie możecie na nich liczyć – zamieniajcie się. Wychodźcie osobno. Puść męża na imprezę, niech sobie odsapnie. Puść żonę na imprezę – niech się wyluzuje. Franek był dokarmiany butlą z różnych powodów, więc było łatwiej, przy Lili i Heli Mary po prostu odciągała i mroziła pokarm – ja zostawałem z dzieckiem, a ona szła. Gdziekolwiek. Na zakupy. Na spacer.

Po czwarte może musicie poszukać nowych znajomych. Nie chodzi tylko o to, by gadać o kupie. Chodzi o to, że często niedzieciaci znajomi nie kumają twoich problemów. Mogą, ale nie muszą. Wyjdź wspólnie na spacer z innymi znajomymi którzy mają dzieci. Im nie przeszkodzi ryk, zmiana pieluchy, smród kupy. Może nawet wezmą małego na ręce i ci pomogą. To nie jest tak, że wypadłaś z życia przez posiadanie dziecka. Po prostu wskoczyłaś poziom wyżej.

Dzieciaki to wielkie szczęście, ale też z początku wielki szok i wielkie zmiany. Jak pisałem nie raz – a potwierdzą to moi znajomi – pomimo trójki dzieciaków, wiode w miare normalne życie, chadzam na imprezy, prawdę mówiąc łatwiej mnie wyrwać na miasto niż wielu niedzieciatych, zramolałych mentalnie pierników 😉 Ale początki mogą być trudne. Wiele tragicznych historii ze śmiercią małego dziecka w tle, okazuje się być historiami kobiet pozostawionych sam na sam z małym dzieckiem. Kobiet którym skończyło się dotychczasowe życie, a zaczęło myślenie o pieluchach, kupach, mleku i spaniu. Kobiet, których mąż spierdziela sobie z kumplami co drugi dzień, lub codziennie, kobiet, którym nie pomagają rodzice ani nikt inny.

Nie jesteś inna. Ty też nie jesteś inny. Może być ciężko – choć wcale nie musi.

Dasz radę. Ludzie dają rade od wieków 🙂 To tylko kilka miesięcy. A może nawet tygodni. Ludzie mający 18 letnie dzieci mówią, że chcieliby mieć takie problemy. Może coś w tym jest? 😉

Powodzenia!